Wroniec

Jacek Dukaj
Wroniec
  • Wydawnictwo Literackie 
    Kraków 2009
    145 x 205 
    248 stron
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-08-04392-9

Wroniec to niezwykła, pełna przemocy i okrucieństwa baśń o stanie wojennym. Mimo że głównym bohaterem jest tu kilkuletni chłopiec, a utwór jest wzorowany na opowieściach dla dzieci, jest to bajka magiczna przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Kim jest tytułowy Wroniec? To wielki czarny ptak, który porywa ojca malutkiego Adasia. Wojacy-Wroniacy zabierają z mieszkania, do którego wtargnęło ptaszysko, rodzinę chłopca. Adaś został ocalony przez sąsiada, pana Betona. Wraz z nim, gubiąc go kilka razy po drodze, przemierza mroczne miasto w poszukiwaniu swoich bliskich. Niekiedy fruwa nad miastem niesiony przez U-Lotkę. Przygody Adasia to ponura fantasmagoria. Miasto zostało opanowane przez żelazne Suki (monstra podobne do wielkich psów), Złomoty (mechaniczne smoki machające siedmioma pałami) i GAZ-y (lewiatany wchłaniające ludzi), na każdym kroku czają się Bubeki i Szpicle, a drzewa i dachy obsiadły wredne ptaszyska gotowe w każdej chwili rzucić się na Pozycjonistów, zwanych też Opornymi. Baśń Dukaja otwiera motto z Lewisa Carrolla. I rzeczywiście z Przygodami Alicji w Krainie Czarów utwór ten ma wiele wspólnego. Po pierwsze, pełno tu Carrollowskiej inwencji językowej, nie tylko słowotwórczej, co jest jedną z atrakcji Wrońca. W opowieść wcinają się też dowcipne rymowanki. Po drugie i ważniejsze, Adaś niczym Alicja za wszelką cenę chce się połapać w tajemniczym świecie dorosłych, oczywiście po to, żeby wykryć rządzące nim prawa. Natomiast intencje, jakimi kierował się sam autor, nie są do końca jasne. Wroniec nie tylko wikła się w ciągle żywy spór o stan wojenny, ale też może być postrzegany jako swoisty eksces artystyczny. Można w nim widzieć niezwykle wyrafinowaną grę literacką, swoiste ćwiczenie fantazji i stylu, ale można mu też przypisać przeróżne znaczenia polityczne. Bez wątpienia jest to utwór okazały i ważny nie tylko z powodów estetycznych.

- Dariusz Nowacki

 

Fragment

Ocknął się znowu. Coś strasznego stało się w domu, wiedział. Obudziły Adasia hałasy - ale rozpoznał je dopiero po chwili, gdy usiadł w łóżku i przetarł oczy.
Rozbiła się szyba - to, co usłyszał przez sen, to był trzask sypiącego się szkła. Spadło tez coś ciężkiego na podłogę, a mama krzyknęła przestraszona. Wszystko to działo się w pokoju rodziców.

Wyskoczył spod pierzyny i podreptał przedpokojem. Zimne powietrze owiało mu stopy. Znowu zaczął pociągać nosem.
Drzwi pokoju rodziców były uchylone. Paliło się tam światło. Hałas nie ustał. Adaś rozpoznał głos wujka Kazka. Wujek mówił bardzo brzydkie słowa.
Adaś ostrożnie przysunął główkę do szczeliny.

W rozbitym oknie, na połamanej framudze siedział wielki Wroniec, dokładnie taki, jaki się Adasiowi przyśnił: czarny, lśniący, straszny.
Wroniec rozpostarł skrzydła i zasłonił całą ścianę, od biblioteczki do meblościanki. W jednej szponiastej łapie ściskał zakrwawionego ojca Adasia, drugą zaś wczepił się w parapet.
Uniósł i opuścił gwałtownie długi na metr dziób, ciężki i ostry kilof. Dziabnął nim mamę Adasia. Mama próbowała uratować, odciągnąć tatę; nie udało sie jej. Ptaszysko trafiło mamę. Padła na podłogę, krzycząc z bólu.
Wroniec rozwarł dziób. Strzasnął z niego czerwone krople i zaskrzeczał przeraźliwie, aż echo poszło po osiedlu.
Firanki i zasłonki łopotały w strzępach wokół Wrońca. Lodowaty wiatr wdmuchiwał do wnętrza fontanny śniegu. Lampa pod sufitem kołysała się, krzywy cień Wrońca skakał po wyblakłych tapetach.

Adaś rzucił się na pomoc mamie. Wujek Kazek złapał go za ramię. Chłopiec wyrywał się, krzyczał.
Wroniec obrócił ku niemu czarny łeb. Ogromne płaskie ślepia - węglowe szkła - wpatrzyły się w Adasia.
Adaś zadygotał z zimna. Złapał się mocno piżamy wujka. Smoliste ślepia musiały wysyłać niewidzialne promienie paraliżujące, bo Adaś nie mógł się ruszyć ani kroku w tył, ani w przód. Martwe, lodowate spojrzenie ptaka przymroziło chłopca do podłogi.
- SYN! - zakrakał Wroniec.
Buch! - pękła jedna z żarówek.

Wtem Wroniec zwinął skrzydła, szarpnął nieprzytomnego ojca Adasia - i razem z nim runął W noc.
Pozostał wir czarnych piór, białego śniegu i strzępów papieru z rozdartych książek. Papiery, dokumenty, wyrwane kartki walały się po całym pokoju.
Adaś i wujek rzucili się do okna. Mroźny wicher wycisnął im z oczu łzy. Adaś chciał się wspiąć na parapet, ale wujek go powstrzymał. Wskazał tylko cień malejący, na nocnym niebie nad blokowiskiem, ponad dachami i dźwigami.

Wujek z babcią przenieśli mamę do drugiego pokoju. Wujek pobiegł do telefonu. Babcia próbowała opatrzyć mamę. Wroniec dziabnął ją nad sercem. Na mamy nocnej koszuli rosła czerwona plama.
Mama nie otwierała oczu.
Adaś stał w kącie i gryzł palce.

Zjawił się sąsiad od telefonu.
- Zaraz tu będą - powiedział.
Babcia obejrzała się na przerażonego Adasia.
- Niech pan go zabierze, panie Janie.
Pan Jan zatrzasnął pospiesznie drzwi swojego mieszkania. Przekręcił wszystkie zamki i założył łańcuchy.
Złapawszy dech, ostrożnie odsunął klapkę judasza i wyjrzał przez szklane oczko na klatkę.
- Idą - szepnął.
- Kto?
- Oni.
I położył palec na wargach.
Adaś przycisnął ucho do drzwi.

Najpierw poszedł klatką wiatr. Trzasnęły okiennice, futryny. Zaszurały wycieraczki. Huknęły drzwi klatki na dole. Potem rozległ się tupot wielu par ciężkich butów. TUP-ŁUP, TUP-ŁUP. Oni biegli, ale jakby wcale się nie spiesząc. Piętro za piętrem, coraz bliżej. Adaś oderwał na moment ucho od drzwi. Nie zatrzymali się, pobiegli wyżej. Do mieszkania Adasia.
Pan Jan znowu przyłożył palec do warg. Usłyszeli krzyki babci. Wujek Kazek też mówił coś głośno.
kroki znowu zaczęły się zbliżać. Przebiegli z powrotem w dół. TUP-ŁUP, TUP-ŁUP. Po raz drugi huknęły drzwi na dole klatki.
I cisza.

Pan Jan otworzył drzwi, wyjrzał na zewnątrz. Adaś przemknął mu pod ręką i pierwszy popędził na górę, do domu.
Już nie było domu. Połamali, porozbijali, porozdzierali, powywracali, porozlewali, potłukli, porozsypywali, podziurawili, powyrywali, pobrudzili, pokaleczyli, pognietli, postrącali, pomieszali, poniszczyli, zniszczyli.
Adaś zajrzał do łóżeczka siostrzyczki. Puste.
Ani śladu też po mamie, babci, wujku Kazku.
Wszystkie okna otwarte albo wybite. Po ruinie hulał wiatr ze śniegiem.
Pan Jan i Adaś stąpali po ubraniach, papierach, kawałkach sprzętów i mebli.
- Gdzie mama?
- zabrali ich.

Adaś wspiął się na parapet. Pan Jan złapał go za kołnierz.
Na śniegu pod blokiem widniały ślady olbrzymich psich łap z głębokim bieżnikiem. Pod blokowym śmietnikiem stał człowiek w czarnym płaszczu z pięciometrową igłą anteny wyrastającą ze szczytu czaszki. Obracał głową na wszystkie strony, a stalowy szpic kreślił
w nocy kółka i ósemki.
- Wzięły ich Suki - zaburczał-zahurczał pan Jan, przyciskając do siebie Adasia grubym ramieniem. Dla chłopca zabrzmiało to, jakby w głębi piersi łysego sąsiada zakręciła się betoniarka.
- Zostawili Szpicla. Uważaj, mały, bo nas zobaczy. Nadaje wszystko do Wrońca.
Adaś zadrżał.
- Z-z-zimno.

Wrócili do mieszkania pana Jana.
Pan Jan zaparzył herbatę. Sobie nalał z butelki do kieliszka Coś Mocniejszego. Łyknął i chuchnął.
- Jak ci na imię, mały?
- Adaś – chlipnął Adaś.
Sąsiad wyciągnął do niego wielgachną dłoń.
_ Jan Stanisław Wieńczysław Beton.
Adaś z trudem uścisnął mu kciuk i palec wskazujący.
- Czemu ma pan takie duże ręce?
- Temi ręcami! – zahurczał pan Beton. – Temi ręcami zbudowałem!
- Co pan zbudował?
- Domy! Ulice! Fabryki budowaliśmy! Miasta!
- Aha.

Pan Beton wrócił na górę po ciepłe ubranie dla Adasia.
Adaś tymczasem oglądał ustawione na regale stare fotografie Jana Stanisława Wieńczysława.
Wszystkie wykonano na wielkich placach budowy. Pan Beton jeszcze miał włosy na głowie. Goły do pasa stał tam z cegłówkami w rękach. Albo ze szpachlą i wiadrem. Na tle maszyn budowlanych. Wkoło pięły się też mury i betonowe słupy. Wisiały na nich wstęgi i transparenty. 1000 PROCENT NORMY. 20 000 PROCENT NORMY. 25 0000 PROCENT NORMY.

Były także zdjęcia mniejsze, z boku. Nieco starszemu panu Betonowi towarzyszyli na nich ładna pani z bardzo długimi włosami oraz chłopiec: kilkuletni, a potem kilkunastoletni. Wszyscy uśmiechali się szeroko.

Pan Jan z trudem znalazł dla Adasia dobre ubranie. Sweter został rozdarty na rękawie, spodnie miały dziurę, a buty były nie do pary. Kurtce oberwano pół kołnierza.
- Poczekamy- powiedział pan Jan. - Twój wujek zadzwonił do rodziny. Wszystko będzie dobrze,  mały. Ciotka albo dziadek zabierze cię, zanim Wroniec się dowie.
- Ale co z tatą? Co z mamą, proszę pana?
Pan Jan potarł łysinę.
- A, to. Przykra sprawa.
- Ale oni wrócą, prawda?
- Z Wrońcem nie ma żartów.
Ktoś zapukał do drzwi.

Był to sąsiad zza ściany pana Jana. Wszystko słyszał. A może i widział przez judasza. Wszedł, wszedł, i zagadał|, zagadał do pana Jana. Pan Jan kiwał głową. Sąsiad uśmiechał się, uśmiechał do Adasia. Adaś udawał, że interesuje go tylko gorąca herbata, którą siorbał z łyżeczki.
- Mogę mogę dać dać panu panu klucze klucze do przejścia do przejścia przez piwnicę przez piwnicę - mówił sąsiad.
Pan Jan mu podziękował. Sąsiad poszedł, poszedł do siebie po klucze.