Toksymia

Małgorzata Rejmer
Toksymia
  • Lampa i Iskra Boża
    Warszawa 2009
    208 stron
    150 x 210
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-89603-78-4

Młodziutka studentka fizjoterapii, Ada zmuszona jest do opieki nad pogrążonym w depresji ojcu i sama zaczyna zdradzać objawy choroby, równie młoda studentka Anna wbrew sobie staje się obiektem westchnień Tadeusza, sędziwego weterana Powstania Warszawskiego, Jan znajduje powołanie w pisaniu mów pogrzebowych dla jeszcze żywych, motorniczy Longin nie może się pogodzić z tym, że jego małżeństwo trzyma się z nawyku,  emerytka Lucyna, gorliwa słuchaczka „Radia Maryja”, dąży do świętości. Bohaterów debiutanckiej powieści Małgorzaty Rejmer łączy miejsce zamieszkania (jedna ze starszych, biedniejszych dzielnic Warszawy), jak i to, że wszyscy są w pewnym stopniu chorzy. Cierpią na niezdolność do nawiązywania normalnych relacji międzyludzkich, są więc skazani na skrajną samotność. Kiedy, z różnych powodów, się ze sobą stykają, ich indywidualne schorzenia tylko się nasilają. Wreszcie dochodzi do ich konfrontacji w jednej scenie, przy okazji tragicznego wypadku.
Młoda autorka  opowiada się zdecydowanie po ciemnej stronie życia. Portretuje świat ludzi odrażających, brzydkich i złych, budzących tyle samo odrazy, co współczucia. O sile jej powieści decyduje to, że maksymalnie zbliża się do swoich postaci i wydobywa tkwiące w nich demony,  ani przez moment nie tracąc na wiarygodności, choć  bohaterowie mają groteskowe rysy i nawyki. Równie mocnymi stronami  pisarki są poczucie humoru oraz język, poetycki, a zarazem adekwatny do przyjętej przez nią optyki. Rejmer nawiązuje do zarzuconych ostatnimi laty, ale mających w Polsce wspaniałe tradycje, poetyk groteski i deformującego turpizmu. Nie tylko je przypomina, lecz także odświeża, przykładając do nowych realiów społeczno-politycznych. Toksymię uznano za najbardziej wyrazisty z młodych debiutów, a biorąc pod uwagę talent i dojrzałość młodej pisarki  nie można tu z pewnością mówić o jednorazowym szczęśliwym przypadku.

- Marta Mizuro

Małgorzata Rejmer (ur. 1985) doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej UW, studiuje także Psychologię i Amerykanistykę, zadebiutowała jako poetka w wieku lat 13.

Fragment

Wspaniały był tramwaj, który prowadził Longin: pachnący, czysty, bardzo unijny. Czasem, jadąc przez Warszawę, Longin wyobrażał sobie, że jest tramwajarzem we Francji albo w Niemczech. Że jeżdżąc po Francji, recytuje Apollinaire’a. Jeżdżąc po Niemczech, recytuje Rilkego. How do you do, mówi do pasażera, któremu sprzedaje bilet, i jest to nikt inny, jak Gunter Grass. Albo Le Klezio. Albo Hokelbet.
Longin mówi: mersi, but no. Free ticket, good book. Kłania się. Jedzie dalej, przez otynkowany świat. Zero graffiti, zero chamstwa z prostactwem. Ludzie śmieją się do siebie, równe mają wszystkie zęby, równe nogi. Ślepy z kulawym idą po równym chodniku.
A tutaj świat jakiś dziwny, niekonieczny. Ludzie chodzą jak kukły posępne z głowami na patykach. Spieszy im się, do czego tak im się spieszy, skoro nie mają niczego. Nawet teraz, daleko, po chodniku ślimaczo pędzi staruszka, poruszając się niemrawymi zrywami, z laseczką podobną do tyczki. Zaraz mu tutaj wyzionie ducha.
Longin czeka, ręką brodę podpiera.
Jedź pan, krzyczy ktoś.
Longin czeka.
Jedź pan, kurwa mać! burzy się tramwaj.
Longin patrzy na staruszkę. Dyszy staruszka, niby jest blisko, ale już za daleko. Longin zamyka drzwi.
Jedzie. Raz, drugi, trzeci.
Głowa kiwa mu się. Tak bardzo jest zmęczony.
Pędzą te staruszki, pędzą. Teraz jakaś z trenem z bandaża, co jej zwisa wokół nogi. Powiedziałby Longin, że to nieszczęście być może, noga się zawinie, coś się omsknie, coś się wykrzywi, kalectwo, kłopoty. Ale kto tam go posłucha.
Zwiesił głowę i jechał tak, mało co widząc, mało gdzie. Wzrok mu się szklił jak cebula na patelni. Wytarł powieki i spojrzał raźno, bo właśnie koło domu swojego przejeżdżał, rodzinnego, czystego, spokojnego, w którym czeka na niego żona wspaniała Alicja, piękna żona, jak z kart powieści Dostojewskiego, nieco być może ponura, nieco być może kapryśna, ale o wielkim sercu, rozległym, o żywiołowej naturze, o charakterze mocnym jak stal. Owszem, być może jest to podszyte jakąś pretensją, jakimś niedosytem, jakimś pragnieniem czegoś większego, ale Alicjo, nie mogę ci wiele dać, bo sam niewiele mam.
A jednak ona kocha go.
Być może jeszcze go kocha.
Dzisiaj ją o to zapyta. Czy ona kocha go jeszcze. I o czym mówimy, kiedy mówimy o miłości.
Longin zwiesił głowę, wzruszony tą myślą. Kiedy ją podniósł, zobaczył go.
Dziwnie skręconą figurę, z ręką ułożoną na brzuchu, która biegła na przestrzał przez jezdnię. Wprost pod koła. Longin nacisnął dzwonek i zaczął hamować. Jęknął. Przeżegnał się i przez ułamek chwili pomyślał o świętym Franciszku, który był tak blisko, o Alicji, która była tak blisko, o dzieciach, które pewnie jeszcze nie wyszły z domu.
Usłyszał huk. I jeszcze dziwny odgłos, trochę jak chrzęst. Tramwajem szarpnęło, jakby najechał na kłodę.
To koniec, pomyślał. Hamując z zamkniętymi oczami, miał wrażenie, że czarne pod powiekami rozlatuje się. Dobiegł go przedziwny świst, czy to mógł być wiatr? Otworzył oczy. Szyba w kabinie była tak strasznie brudna, a za szybą rozciągała się pustka.
Za plecami Longin słyszał wielogłosową kanonadę, jakby grzmiała prowincjonalna opera. Wybiegł z kabiny i popędził do ciała, ale niemal od razu zrobił w tył zwrot. Łkając, pochylił się i wymiotował z obrzydzenia, przerażenia i rozpaczy. Przez moment poczuł się lepiej. A potem wytarł usta i wiedział już, że wszystko, co straszne, dopiero się zaczyna.
Spojrzał w niebo, a niebo było spokojne i bezlitosne.
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie.
Longin wytarł twarz w chusteczkę, wysmarkał nos, westchnął i zrobił krok w stronę ciała. Cofnął się i poszedł otworzyć pasażerom drzwi.
Wszyscy wylali się na ulicę jak spieniony, kolorowy kożuch. Longin patrzył, jak część rozprawia i tłoczy się w zlęknioną kupkę, a część biegnie na drugą stronę, żeby zobaczyć zwłoki.
O kurwa, ja pierdolę, powiedział jakiś młody chłopak.
Kilka osób wyciągnęło komórki i zaczęło nagrywać. Longin podbiegł, chcąc im zabronić, ale zaraz zrozumiał, że nie ma to sensu.
Czekał na pogotowie, na policję i na wyrok.
Los to los, wirowały słowa w głowie Longina. Losu się nie uniknie.
Ale czy pomyślał to sam, czy ktoś już kiedyś pomyślał to za niego – nie wiedział.
Podszedł do Longina mężczyzna, poklepał go po ramieniu.
Niech się pan nie przejmuje, powiedział. Ja wszystko widziałem, jak to było, pan jest niewinny. I trzeźwy pan był, nic panu nie zrobią.
Longin pokiwał głową, a potem odszedł na bok i popłakał się. Trąc oczy, patrzył bezradnie jak wokół tramwaju rozkłada się ekipa z dźwigiem.
Nadjechała karetka, a zaraz potem telewizja, a zaraz po telewizji – policja. Wokół tłumu ludzi kręciła się dziewczyna w różowej bluzce, z mikrofonem, i przepraszając wszystkich najmocniej, zbierała relacje.
Maja Maj, przedstawiła się Longinowi. Jechałam tym tramwajem. Proszę opowiedzieć, co pan czuł, kiedy pan wjechał na tego człowieka?
Longin wziął oddech, ale pokiwał przecząco głową i odszedł na bok.
Patrzył jak dziewczyna rozmawia z ekipą od dźwigu, a potem, z założonymi rękami, obserwuje pracę. Kiedy tramwaj podniósł się nieco, ukucnęła.
O kurwa mać! krzyknęła. Ja znam tego człowieka!
I poderwała się na baczność.
To Tadeusz Stokrocki, wybitny polski powstaniec. W stanie spoczynku.
I szum przeszedł po zgromadzonych, i nogi ugięły się pod Longinem.
Śmierć pod kołami wielkiego powstańca, wykrzyknęła Maja Maj, i zaraz ustawiła się przed kamerą. Wielkiego powstańca, przeszedł szmer.
Zaraz podszedł ktoś do Longina.
Jak pan śmiał, powiedział mężczyzna z wąsami. Zabijać takiego powstańca wielkiego.
I policja, która niemrawo kręciła się wokół tramwaju, naraz nabrała pary. Odciągnięto Longina na bok, żeby zbadać go alkomatem.
Longin zamknął oczy. Dmuchnął.
No no no no no! zawołał policjant. Proszę pana. Pan już z tego nie wyjdzie. Zero sześć promila. Nie wiem od którego paragrafu zacząć.
Kajdankujemy? zapytał policjant obok.
A po co, machnął ręką pierwszy. Widzisz że pan i tak jest zesrany. Pan kto?
Longin Wąsik, wykrztusił Longin.
No, pan Longin Wąsik. Będąc w stanie nietrzeźwym, doprowadził do spowodowania wypadku tramwajowego, w wyniku którego zginął kto przepraszam?
Tadeusz Stokrocki, polski powstaniec, podpowiedział drugi policjant.
No. Polski powstaniec. Jak na mój gust, to nie jest za dobrze, ale może się mylę. Z panem Longinem się teraz przejedziemy po Warszawie. Pogoda jest dobra.
I uśmiechnął się do Longina.