Pensjonat

Piotr Paziński
Pensjonat
  • Nisza
    Warszawa 2009
    135x205
    136 stron
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-926276-1-6

Akcja tej książki jest wątła, bo zawiera jedynie opis jednodniowej wizyty w podwarszawskim, położonym w letniskowej okolicy pensjonacie młodego mężczyzny, który jako mały chłopiec często tam ze swą babcią bywał, a teraz spotyka kilkoro postarzałych mocno gości, pamiętających go z dzieciństwa. Ale pensjonat nie jest zwykły: mieszkają w nim Żydzi ocaleni z holocaustu, dlatego wszystko, co w nim się pojawia, ma charakter snu o przeszłości, wywoływania duchów, ożywiania nie tylko osób, ale też zamierzchłych zdarzeń, dyskusji i sporów ideowych. Zatem akcja książki tylko pozornie jest prosta: w rzeczywistości rozgrywa się na kilku planach czasowych i pęcznieje od typowo żydowskich anegdot i przypowieści, bo jej bohaterowie żyją przeszłością, która spotyka się z czasem dzisiejszym w jakiejś jednoczesności. Tak właśnie, jako coś bliskiego na wyciągnięcie ręki, a zarazem zniekształconego przez obsesje czy luki w pamięci, widzą przeszłość starzy ludzie – ostatni świadkowie przedwojennego świata Żydów polskich. Autor, urodzony w roku 1973, więc należący do „trzeciego pokolenia po holocauście”, pokazuje, w jakiej postaci istnieje dziś w Polsce żydowska tradycja. Książka ma niezwykły, pełen ciepła i łagodnej ironii nastrój, kreśli bogate zmysłowo obrazy, a jednocześnie pokazuje różnorodność żydowskiego dziedzictwa: ono się nam jawi z jednej strony jako dialog odmiennych losów, z drugiej – jako nieustająca dysputa o sprawach ostatecznych, o istnieniu lub nieistnieniu Boga, o zadaniach stojących prze Żydami. Ta dysputa nasyca świat codziennych zdarzeń i zabawnie się z nim miesza, ale nadaje mu sens nawet wtedy, kiedy ten świat ulega drastycznym przemianom, a większość uczestników sporu ginie. Podejmują ją wówczas ocaleni, wskrzeszając jako partnerów dyskusji umarłych.

- Jerzy Jarzębski

Piotr Paziński (ur. 1973) redaktor naczelny miesięcznika Midrasz, poświęconego życiu i kulturze Żydów. Wydana przez niedużą oficynę książka przyniosła autorowi prestiżową nagrodę tygodnika Polityka.

Fragment

Chciałem usłyszeć szczęk żaluzji i chrobot otwieranych okien, dający nadzieję, że moich sąsiadów opuściła czujność i zechcą pokazać się na którymś z nadliczbowych balkonów, ale nic takiego nie nastąpiło, chociaż czekałem do południa, sycąc się widokiem sosen rdzewiejących na wietrze.
Nikt nie wyszedł, ogród był pusty, okna zamknięte. Być może wszyscy skryli się w jadalni albo w świetlicy, jak za dawnych czasów, skupieni wokół popsutego telewizora, pod freskiem z historią Żydów? Może tam trzeba ich szukać? A jak nie tam, to gdzie?
Wtedy to było proste, bo harmider panował na korytarzach od bladego świtu. Na długo przed śniadaniem, jeszcze zanim w kuchni zdążyli przypalić owsiankę, w całym domu trzaskały drzwi, dudniły kroki, wszędzie skrzypiała drewniana podłoga. Pan Abram wychodził z panem Chaimem przed budynek zapalić pierwszego papierosa. Pani Hanka narzekała, że ją łamie w kościach, i skrzekliwym głosem opowiadała babci o nieprzespanej nocy. Pani Tecia szła po gazety. A pan Leon, w kusym płaszczu kąpielowym, z ręcznikiem w prążki, wielgachną szczotką i szklanką do płukania zębów, pędził do łazienki, żeby w spokoju wziąć swój zdrowotny, syberyjski prysznic w lodowatej wodzie. Potem razem z doktorem Kahnem robili poranną gimnastykę. Raz, dwa, raz, dwa! Doktor Kahn wymachiwał rękami, podając tempo. Trzy, cztery! Trzeszczały w odpowiedzi stare plecy pana Leona. Pięć skłonów, pięć wyprostów, dwa niepełne przysiady, kilka skrętów szyją w prawo i w lewo. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć!
Pensjonat napełniał się ich okrzykami, rósł i widniał, bo dzień wpadał do środka ze wszystkich stron. Ludzie zbierali się w kółka przy schodach, na półpiętrze, żwawo dyskutując, potem rozstępowali się i tworzyli kolejne gromadki, póki nie doszli na parter, gdzie można było rozsiąść się wygodnie w buraczkowych fotelach i zaczekać, aż otworzą jadalnię. Za drzwiami wesoło szczękały talerze. Przez szparę widziałem, jak ustawiają na stolikach błyszczące syfony z wodą sodową, jak do sali wkraczają kelnerki z wazami zupy i z półmiskami twarożku ze szczypiorkiem. Lubiłem tę chwilę, kiedy wszyscy razem siadaliśmy pod portretami klasyków jidysz i zaczynaliśmy śniadanie. Nasza rodzina przyszywanych wujków i cioć, inna niż rodziny uwiecznione na zbiorowych portretach. A ja nie mam nawet jednej fotografii pana Leona ani pana Abrama. I nie jestem pewien, czy umiałbym ich odróżnić, gdyby zjawili się nagle przede mną.
Niewiele więcej pamiętam. Chwilami tyle co nic. Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było tylko gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów, o których opowiadał pan Leon. Natłok tych obrazów stwarza iluzję pamięci i podobnie jak mnogość fotografii staje się namiastką życia. Podążam za nimi, szukam ich w pyle między kostkami bruku na znajomej ulicy oraz w szparach w podłodze. Może uchowały się jeszcze gdzieś nadwątlone cząstki dawnego czasu, zarazem odurzające i wstrętne jak zapach gumy arabskiej zachowany w zakamarkach szuflady? I dzisiaj już wiem, że to stamtąd, z tamtej jadalni bierze się stale mi towarzyszące poczucie życia na wyspie, nieadekwatności czy niedopasowania. I że pesymistyczna świadomość tego, że wszystko przemija, jest stare i pozbawione szans na kontynuację, skazane na zdziwaczenie, wynaturzone i pokryte szronem siwizny, sięga korzeniami właśnie tamtego czasu, kiedy podpatrywałem doktor Kamińską i pana Chaima, jak z trudem drobią kroki u kresu leśnej alei.
Kiedy teraz mijałem szereg drzwi na korytarzu, stały tam, jedne za drugimi, wyprężone na baczność, niczym pielęgniarze przed wyprawą na wojnę, ich fronty błyszczały solidnymi warstwami olejnej farby. Ale brakowało tabliczek z numerami, chociaż były tam jeszcze, kiedy przechodziłem wieczorem, a przeciąg szedł od uchylonych drzwi górnego tarasu, gdzie spotkałem pana Jakuba i gdzie rezydował pan Chaim, a latem przy dobrej pogodzie doktor Kahn grywał w szachy z panem Abramem.
Pora śniadania dawno minęła. A może obiadu? Czyżby zjedli beze mnie? Nikt nie zadzwonił dzwonkiem. Ja też nie zadzwoniłem. Nie jestem już mały. Ostatni przywilej najmłodszych, których teraz tu nie ma. Ale czy tu jeszcze ktokolwiek został? Pan Jakub? I kierownik. Nie słychać stukotu jego maszyny, znaczy, że nie dotarł jeszcze do biura. Chwilami przypomina pana Abrama z jego dziennikiem, zwłaszcza kiedy wypisuje rachunki swoim drobniutkim maczkiem. Nasz dzielny kronikarz. Siedzi samotny i skrobie, segreguje fiszki, układa raporty, zostanie po nim sterta niepotrzebnych papierów. Czy w rogu jego kancelarii nie wisi jeden z witraży? Błękitny Benjamin, wilk drapieżny, ulubieniec Wiekuistego. Spoczywa bezpiecznie przy nim, a on go osłania przez wszystkie dni.
Cisza w holu zabrzmiała jękiem. Kiedy się zbliżyłem, echo przyniosło od schodów głosy z jadalni. To kierownik na pewno wrócił do tamtych, żeby dokończyć spór z panem Jakubem. Nasz historyczny spór, który toczymy od czasów Mojżesza, a może i od samego Adama. Jak pan Abram z panem Leonem. I pan Chaim, który zawsze przedstawiał każdą sprawę z jednej i z drugiej strony. I ciągnął te swoje rozmowy o wyjściu z Egiptu i o tamtych, którzy zostali w Warszawie. Kto został, a kto wyszedł. Zawsze skądś wychodzimy, żeby już nie powrócić, ale różnica polega na tym, że gdyby natenczas żaden nie wyszedł, to by nas wcale nie było. Nigdy nie mogłem pojąć tej mrocznej, bezwzględnej logiki, przez całe lata trapiła mnie nieuchronność tamtego wyboru. Czy nie bylibyśmy gdzieś indziej, nie tu, to tam? Nie dzisiaj, to... Bo molekuły, o których tańcu tyle mówił pan Leon, czy nie ułożyłyby się kiedyś w nasze ciała i mózgi - nawet gdyby dziadek i babcia nie wyszli z miasta po pierwszych wrześniowych bombardowaniach?
Przeszedłem przez jadalnię. Była pusta. Nic się tutaj nie zmieniło. Za pięcioma werandowymi oknami białe filary nadal podtrzymywały lekko spadzisty dach, kolorowe kwiatki wyzierały wesoło z betonowych doniczek, między chodnikowymi płytami rosły pędy krwawnika. Wewnątrz służbowy stół wciąż stał pod portretem żydowskiej pary. Uprzątnięty, tylko resztki okruszków zostały na ceratowym obrusie, a trzy zaschnięte okrągłe ślady znaczyły miejsca, gdzie stały nasze kubki z nocną herbatą. Dalej, za przeszklonymi drzwiami, rozpościerała się sala balowa. Pchnąłem je. Nie ustąpiły. Obydwie klamki związano razem kawałkiem sznurka. Zdawało mi się jednak, że ze środka dochodzi rozmowa. Rozmowa, której nie pamiętałem albo której nigdy wcześniej nie mogłem usłyszeć. Ale chwytałem tylko szelest głosów, niejasne, rozmazane kontury zdań, pojedyncze słowa.
Przywarłem twarzą do kryształowego szkła.