Rewers

Andrzej Bart
Rewers
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    125 x 195
    168 stron
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-7414-676-0

Rewers, noszący podtytuł "Nowela filmowa", to literackie, w pełni autorskie opracowanie scenariusza, który stał się podstawą pełnometrażowego filmu fabularnego pod tym samym tytułem w reżyserii Borysa Lankosza. Jednowątkowa fabuła jest zwodniczo prosta. Rzecz zasadniczo dzieje się w latach 1952-1953 w Warszawie; kilka scen rozgrywa się także współcześnie. Sabina, niespełna trzydziestoletnia redaktorka działu poetyckiego w jednym z dużych wydawnictw mieszka wraz z babcią i matką w ciasnym mieszkaniu pełnym pamiątek dawnej, przedwojennej świetności. W Polsce Ludowej rodzina Sabiny znalazła się na marginesie rzeczywistości. Przedstawiciele – jak mówiono w dobie stalinizmu – dawnej burżuazji byli skazani na podrzędne posady, klepanie biedy i inne szykany. Niektórzy – tu: młodszy brat głównej bohaterki, malarz socrealista i konformista – próbowali odnaleźć się w komunistycznym świecie, inni – jak matka Sabiny – dali się całkowicie zastraszyć i zdominować. Pomysł Sabiny na przetrwanie najgorszych powojennych lat był najprostszy: chciała, zachowując własną godność, zachowywać się przyzwoicie. Jednak to nie polityka czy sprawy publiczne są tu centralną kwestią. Głównym problemem tej bohaterki jest całkiem prywatny dyskomfort – staropanieństwo. Dlatego w domu Sabiny ciągle pojawiają się nowi adoratorzy, lecz ten, którego bohaterka sama wybrała, okazuje się – w kluczowej i najlepiej rozpisanej scenie Rewersu – skończonym łajdakiem. Nie chodzi nawet o to, że jest ubekiem proponującym Sabinie małżeństwo w zamian za donoszenie na jej szefa, którego ta wielbi i ma za najszlachetniejszego człowieka na świecie. Jest kreaturą udającą miłość, żerującą na kobiecym oddaniu i wrażliwości. Musi zginąć – ku entuzjazmowi dwu pozostałych kobiet i z błogosławieństwem brata. Ową zbrodnię, jak bodaj wszystko w Rewersie, należy rozumieć jako zdarzenie symboliczne. Ambicją Barta jest ustanowienie odmiennej – tak pod względem poetyki, jak i na płaszczyźnie ideowo-moralno – opowieści o najgorszych, naznaczonych terrorem i zbrodnią, latach Polski Ludowej. Pisarzowi nie chodzi jednak o unieważnienie treści martyrologicznych związanych ze epoką stalinizmu. Stawia on raczej pytanie, co dziś z tymi treściami jako zbiorowość robimy, jak je wykorzystujemy i przekształcamy.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Sabina z wrażenia nie śpi pół nocy. Powtarza się to zawsze, kiedy ma rozmawiać z dyrektorem Barskim.
Idzie długim korytarzem w stronę gabinetu i czuje drżenie kolan. Z medycznego punktu widzenia może dziwić, że mimo drżenia, idzie szybciej niż zwykle. W sekretariacie pani Krystyna zdradza jej sekret robienia na drutach. Zamówiony miesiąc temu sweter z beżowej wełny jest już gotowy. Ciemnobrązowy kołnierz i mankiety. Zestawienie kolorów doradziła babcia, która miała podobny sweter na pensji, także zrobiony przez kobietę o imieniu Krystyna.
– To takie proste, pani Sabinko. Siedem oczek lewych i sześć prawych. A brzeg mereżką... – Krystyna z sekretariatu jest życzliwa całemu światu, choć, jak mówią, ma kłopoty z mężem, który podobno już dwukrotnie był przesłuchiwany bez powodu.
– Chyba trzeba do tego dużo cierpliwości... – Sabina sprawia wrażenie przejętej, choć w tej chwili obchodzi ją tylko to, co powie Lidia, druga sekretarka Barskiego, która weszła do gabinetu i już długo nie wychodzi.
– Pani redaktor, a kto może mieć więcej cierpliwości od pani? Cały czas nad książkami...
– Ile się należy, pani Krysiu?
– Co też pani, pani Sabinko. Mało to mi pani pomogła z tym lekarstwem. Niech się nosi na zdrowie.
– Tak być nie może. To pani praca i musi być zapłacona... – w głosie Sabiny przekonanie o własnej racji, a w dłoniach portmonetka.
W drzwiach gabinetu pojawia się Lidia. Jest jedną z piękniejszych dziewczyn w Warszawie i Sabina zawsze na jej widok odczuwa ukłucie zazdrości. Gdyby jednak miała wybierać, zamiast urody wolałaby mieć podobną śmiałość. Lidia niczego się nie boi i potrafi się nawet głośno zaśmiać w obecności dyrektora.
– Rozmawia przez telefon, ale możesz wejść. Jest dzisiaj w dobrym humorze. – Przepuszcza Sabinę i zamyka za nią drzwi. – Beżowy kolor pasuje do niej jak ulał. Lepszy byłby tylko szary... – mówi o swetrze, który pani Krystyna zawija w papier.
Pomyśl lepiej o swoich jaskrawych szminkach – chce odpowiedzieć pani Krystyna, ale milczy.
Gabinet duży i do biurka idzie się długo. Sabina jako dziewczynka była tu z ojcem. Zapomniała już, w jakiej sprawie i dlaczego ojciec wziął ją do swojego przyjaciela, prezesa banku rolnego. Z tamtej bytności został jej w pamięci smak czekoladowej trufli i zapach koniaku pitego przez mężczyzn. Z następnych wizyt pamięta nie tylko każde słowo Barskiego, ale i każde uniesienie brwi.
Biurko stoi w tym samym miejscu co przed wojną, kanapa i fotele przesunięte są bardziej pod okno. Na pewno więcej książek, inne też portrety na ścianach. Portret Piłsudskiego, który zapamiętała, nie był udany, bo Marszałek wyglądał na nim bardzo groźnie, a przecież taki nie był. O portretach, które wiszą teraz, woli nie myśleć. Nowym w gabinecie meblem jest stół konferencyjny. Na pewno nie stał tu w lipcu.
– Wolałbym, abyście nie zawiedli, towarzyszu. Samolot nie jest nam potrzebny, aby przewieźć meble... – Barski rozmawia przez telefon. Na widok Sabiny uśmiecha się i wskazuje jej jeden z foteli.
Sabina siada i przypatruje się lampie na biurku. Ledwie ubrana kobieta z brązu podtrzymuje szklany klosz. Zza niej dobrze widać człowieka, który choćby mówił szeptem, zawsze będzie słyszany.
– To sprawa polityki, i to nie tylko kulturalnej. Rozumiecie, co mam na myśli? Tak, czekam na potwierdzenie... Dureń! – Ostatnie słowo wypowie już po rzuceniu słuchawki na widełki. Teraz dopiero spojrzy na nią i uśmiechnie się tak, jak tylko on potrafi. – Z czym pani przychodzi, pani redaktor?
Wstał zza biurka i usiadł w fotelu naprzeciw niej. Nie był wysoki, ale należał do ludzi, którzy przyciągają uwagę. Tak wyobrażała sobie Napoleona Bonaparte, z tym tylko, że Barski nie robił ważnych min i nie trzymał ręki na piersiach. W pogniecionej marynarce i koszuli z kołnierzykiem na guziczki wyglądał dzisiaj jak pisarz Somerset Maugham, którego zdjęcie miała na biurku.
– Z niczym ważnym. Szefowa kadr zadecydowała, że w najbliższym pochodzie będziemy przebrani w stroje sportowe...
– To raczej odgórna dyrektywa. W zdrowym duchu zdrowe ciało, czy może odwrotnie. My, którzy krzewimy oświatę, mamy okazać gotowość do tężyzny fizycznej. Niby śmieszne, ale w normie, nie sądzi pani?
– Tyle tylko, że my, w redakcji poezji, mamy być łyżwiarkami figurowymi...
– Sam to zasugerowałem. Czymże jest poezja, jeśli nie ślizganiem się po chmurach? Myślałem, że zrobię pani przyjemność. Jest pani młoda, zgrabna, więc w krótkiej spódniczce może pani pięknie rozkwitnąć...
– Panie dyrektorze, ale ja nie umiem jeździć na łyżwach... – Sabina czuje, że się czerwieni, i przeczucie jej nie myli. Na dodatek wie, że źle zaczęła rozmowę, bo przecież nie z tym przyszła.
– I co z tego? Przecież łyżwy będzie pani miała przewieszone przez szyję.
– Biegałam trochę, więc może wystarczą pantofle z kolcami?
Barski unosi się w fotelu i gładzi ją po policzku z pewnym niedowierzaniem.
– Moje dziecko, gdybyśmy tak mogli być we wszystkim uczciwi... Kto lepiej od pani zna się na przenośniach? Wszelkie manifestacje i pochody są w pewnym sensie teatrem... – Zawahał się po tych słowach, a Sabina stwierdza w myśli, że do twarzy mu także z wahaniem. – Odgrywanym w słusznej sprawie, oczywiście. Pani po prostu zagra rolę dziewczyny wysportowanej, a ja obiecuję, że na trybunie udam mędrca. A czy wyglądam na mędrca?
– Tak. I jest pan nim. – Dawno nie była tak przekonana o swojej racji.
– Dobrze, że chociaż w pani oczach. – Barski wstaje i zaczyna chodzić po gabinecie. Nie wiadomo skąd, ale wiedziała, że teraz zapyta ją o to, z czym naprawdę przyszła. – A co z naszym wielkim poetą? Czy już wie, że jeśli nie zdecyduje się na małe przeredagowanie, nie będziemy mogli go wydać? Proszę nie wstawać, ja lubię chodzić. To nawyk z celi.
– Ma przyjść jutro, aby się dowiedzieć, co pan zadecydował.
– Pani Sabino, gdybym to ja decydował o wszystkim, to pozyskanie takiego poety uważałbym za nasz największy sukces... Sytuacja międzynarodowa jest jednak taka a nie inna, wszędzie czyhają wrogowie... – Nie mówi tego z przekonaniem, ale i tak jest przekonujący.