Serce narodu koło przystanku

Włodzimierz Nowak
Serce narodu koło przystanku
  • Czarne
    Warszawa 2009
    125x195
    245 stron
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-7536-131-5

W nowym zbiorze swoich tekstów reportażowych, Serce narodu koło przystanku, Włodzimierz Nowak przygląda się uważniej - jak to ujmuje w zamykającym tom tekście Solidarność ucieka rowerem - Polsce niewarszawskiej, czyli Polsce B, miastom i wsiom, które stosunkowo niewiele zyskały na transformacji gospodarczo-ustrojowej po roku 1989 albo nawet straciły na niej.
Na tom składają się reportaże publikowane w latach 1998-2009 w Gazecie Wyborczej. Podobnie jak w poprzedniej książce (Obwód głowy, 2007), również w Sercu narodu koło przystanku Nowak stara się ukazywać interesujące go problemy poprzez historie konkretnych ludzi - rzadziej groteskowe, częściej powikłane, by nie rzec: dramatyczne. Reporter sporo miejsca poświęca ludziom, którzy nie umieli odnaleźć się w zmieniającej się rzeczywistości albo też za próby utrzymania się na powierzchni zapłacili słoną cenę; którzy z powodu ubóstwa czy ułomności znaleźli się gdzieś na marginesie społeczeństwa. Po raz kolejny pisze o rozbitkach, którzy utkwili w ruinach "cywilizacji pegeerów", dawnych wielkich Państwowych Gospodarstw Rolnych, żyjąc w skrajnej nędzy, od jednej dorywczej pracy do drugiej bez nadziei na poprawę swojego losu. O rodzinach górniczych, dla których zamknięcie kopalni oznacza nie tylko problemy bytowe, ale również - koniec tradycyjnego modelu śląskiej rodziny. O młodym mężczyźnie, który chcąc utrzymać pracę w zakładach cukierniczych, dał się zaprząc do nieomal  niewolniczej pracy i koniec końców zginął w wypadku. Nowak przekazuje także historie ludzi, którzy ryzykują życie i zdrowie, by zapewnić sobie w miarę wygodne życie, jak handlarze nielegalnymi sterydami ("koksem") z reportażu Mistrz rozkroku i przykucania czy spece od "trzaskania" samochodów, czyli aranżowania wypadków drogowych w celu wyłudzenia ubezpieczenia, z tekstu Cała Polska trzaska.
W tekstach Nowaka z nowego tomu - jak to w reportażach interwencyjnych - sporo jest ponurych klimatów i ciemnych barw. W ramach swoistego kontrapunktu reporter wprowadził jednak do zbioru reportaż pełen ciepła i nadziei, opowiadający historię niepełnosprawnej kobiety, która za cenę wielu cierpień i wyrzeczeń umiała oswoić własne kalectwo, założyć szczęśliwą rodzinę, ale do tego cały wolny czas poświęca na pomaganie innym ułomnym, nierzadko ratując im życie (Życie jest pionowe).

- Robert Ostaszewski

Włodzimierz Nowak (ur.1958) znany reporter, dziennikarz Gazety Wyborczej, interesują go głównie stosunkami polsko-niemieckie oraz sytuacja na Białorusi.

Fragment

Święta Barbara, kołocz, i do Warszawy

11 września Joanna znów denerwowała się o męża. Pojechał z chłopami z „Bolesława” na manifestację do stolicy, 30 autobusów. – W radiu mówią, że górnicy walczą z policją. Podpalają i demolują Warszawę. Dałam mamie tabletkę na uspokojenie. Potem opowiadał, że szli kopalniami. Nie mieli ani kijów, ani butelek. Nagle wskoczyli jacyś z kijami i tymi koktajlami, nie wiadomo, skąd, bo dookoła tylko „Bolesław Śmiały”.
Kilka dni później do stolicy wybrały się kobiety z „Bolesława” z wizytą do prezydentowej Kwaśniewskiej. Żeby trochę załagodzić. Wyprawę zorganizowała planistka Barbara Kisielewicz. Wysłała faks do pałacu prezydenckiego. W cukierni Szarego, dwa domy od Krawczykowej i Migułów, zamówiły kołocze (ciasto drożdżowe z posypką, w środku, ser, mak albo jabłka). Wzięły rzeźbę świętej Barbary z węgla i po dwa dni urlopu. Złożyły się na benzynę. Kisielewicz już od Łazisk wkuwała przemówienie do Kwaśniewskiej. – My, matki, żony, córki górników wyrażamy żal i ubolewanie, że do tych drastycznych wydarzeń doszło, ale nie pozwolimy przy tej okazji zrobić z naszych mężczyzn bandytów.
Do Kwaśniewskiej nie trzeba było przemawiać. – Chodźcie, dziewczyny – zaprosiła do pałacu. (BOR-orowcy zaglądali do kołoczy). Poprosiła ministra Piechotę. Więc tłumaczyły ministrowi, że „Bolesław” jest już połączony z elektrownią specjalnym taśmociągiem i nowoczesnym zakładem wzbogacania węgla, podobno jedynym takim w Europie. Wszystko za setki milionów, że szły na to premie górnicze. I nagle się komuś odwidziało. Żeby nie łączyć, tylko likwidować. Jak zamkną „Bolesława”, to w Łaziskach będzie 90 procent bezrobocia.
Prosto od Kwaśniewskiej poszły do Glempa, zostawiły kołocz i umówiły się na wizytę. Potem pojechały do papieża. Wszędzie zapalały świece i modliły się za zagrożone kopalnie.
Profesor Marek Szczepański z Uniwersytetu Śląskiego trochę żartem mówi, że ostatnie strajki wywołały już żony górników. – Wystarczy, że zagroziły: „Jak cię z gruby zwolnią, to biorę dzieci i wracam do matki”. Dzisiaj żona górnika jest w rodzinie menedżerem i ministrem skarbu. Widzi, że dochody rodziny spadają, nie ma górniczych bonusów, że firmie „rodzina górnicza” grozi plajta. Więc z jednej strony po staremu ciosa kołki na głowie swojemu górnikowi: „Co ty mi za grosze przynosisz?”, ale z drugiej jako ten menedżer wie, że jej górnik jest niewykształcony, poza fedrowaniem niewiele umie, nie ma gdzie iść. Na stu górników 16 ma wykształcenie podstawowe plus kursy, a wyższe tylko czterech. Kobieta sama przejmuje inicjatywę. Mam zaprzyjaźnioną rodzinę górniczą, on dołowy kombajnista, ona weszła teraz w szarą strefę, sprząta mieszkania obcokrajowcom.
Statystyczna pani górnikowa jest teraz lepiej wykształcona od męża. Ma wyższe aspiracje niż kiedyś, chce zarabiać, uczyć się. Wyraźną zmianę widać było w 1989 r. Żony górników pomaszerowały do pracy. Przedtem na sto żon górników pracowało 29, a potem już 51. Nawet najbiedniejsze rodziny górnicze kształcą dzieci. Z badań wynika, że na stu górników mających córki, 75 dba o ich wykształcenie. To o kilka procent więcej niż dbających o wykształcenie synów. Widzę w tym rolę zapobiegliwych żon, takie myślenie posagowe. Dyplom jako posag – mówi profesor Szczepański. – Wiele razy podpowiadaliśmy reformatorom, żeby restrukturyzując górnictwo wzięli pod uwagę żony górników, tych domowych menedżerów, którzy łamią teraz ręce nad losem gruby dobrodziejki. Bo kopalnia jest jak kościół, to centrum ustalonych wartości, sposób i styl życia. Przecież to żony poszły pod dom premiera Hausnera, pod biurowce Kompanii Węglowej i pojechały do Kwaśniewskiej.
Złośliwi mówią, że baby o swoje walczą, bo górnik dołowy robotę dostanie, a najbardziej zagrożona jest „powierzchnia”. Tam pracują kobiety. Dawniej na „powierzchni” panowali mężczyźni. – Trochę kobiet było tylko w rachubie, przeważnie panny, bo mężatki siedziały w domu z dziećmi – pamięta Leokadia „Lala” Supryn, szefowa Ligi Kobiet Polskich w „Bolesławie”. – Zaczęli przyjmować panie do biura, bo nie mogli opanować kumoterstwa. Chłop popił, do roboty nie przyszedł, a potem szedł z flaszką do kolegi z biura, żeby to wpisał w urlop.
„Pierońskie cipy, nic nie robią, tylko kawa piją” – złorzeczyły chłopy na dole, kiedy na powierzchni zaczęły panować kobiety.(...)

Chłop na grubie, stara doma
Babcia Aniela wspomina męża: - Frydek był dobry, ale wtedy więcej chłop rządził. Kobita miała robotę w domu, pełno dzieci. A chłop jak popił, to czasem grzmotnął.
- A za moich czasów już się mówiło – wtrąca Krawczykowa – że mąż to głowa rodziny, ale żona to kark, co nim kręci. Mąż kładł wypłatę z paskiem na stole i więcej go nie obchodziło. Gospodyni głowa, żeby starczyło. Jak mąż był w kopalni, to kobieta nie śmiała wychodzić z domu. „Chłop na grubie, stara doma”, mówiło się. W domu było dużo pracy. Trzeba było się dorobić. Jak bliźniacy mieli dwa latka, kupiłam automat w sklepie G. Od razu 60 pieluch prała. Czasem kobiety się schodziły na skubanie pierza, było wesoło. Innego życia się nie miało.
Wie pan, że mąż przychodzi do mnie w nocy? Czuję wyraźnie, jak ten dym mi wchodzi do nosa. Zawsze palił. On u góry wszystko widzi. Jak jest jakiś problem w rodzinie, to mam go w łóżku. „Posuń się”, mówi, gładzi po głowie. Zachorowałam na kobiece sprawy. Czekam na operację, a tu mąż przychodzi i grozi palcem, jak dawniej. Jak się gniewał, to tylko pogroził: „Pamiętej, pamiętej, żebyś nie pożałowała!” i znikał w piwnicy. Teraz też pogroził. Potem mnie lekarz bada i zdziwiony. Cysta znikła.
Joanna Miguła jak rozpoczyna bochenek, to nożem robi krzyż, a jak kromka spadnie, to podniesie i pocałuje. Dzieci też tak nauczone. Ma maturę, pracę, prawo jazdy (pierwsza kobieta w rodzinie) i forda mondeo do spółki z mężem. Na zmianę dojeżdżają do pracy. Byli na wakacjach w Chorwacji. Gra z mężem w tenisa, albo jadą 30 km rowerami do Tychów nad Jezioro Paprocańskie.(...)
Na grubie o żonach mówi się tak samo, jak za sztygara Krawczyka i rębacza Piątka: „moja stara” albo „moja baba”, a jak urodzi już dzieci, to „matka”. – Na grubie to każdy mądry, ale przyjdzie do domu, to taki malutki – śmieje się Joanna. – Teraz kobiety w domu rządzą. Nie mam koleżanki, która by nie pracowała. W domach stosunki partnerskie. Wychodzę wcześniej do pracy, więc Marek szykuje dzieciom śniadania. Dzisiaj, jak któraś ma jeszcze w domu pana i władcę, to się nie przyznaje, bo jej wstyd.(...)
Migułowie mają dwoje dzieci, Jordan w czwartej klasie podstawówki, ministrant, chce zostać piłkarzem. Weronika, pierwsza klasa ogólniaka w Mikołowie, ma talent do języków. Babcia Regina i prababcia Aniela są dumne. – Dziołcha na studia pójdzie, może na prawo. Daleko zajdzie. Byle zdrowie miała i było cicho w kraju, ale tu pachnie rewolucją. Bo kto widział, żeby nagle wszystko likwidowali, kopalnie, huty, służbę zdrowia?