Instalacja Idziego

Jerzy Sosnowski
Instalacja Idziego
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2009
    ISBN 978-83-08-04391-2
    123 x 197
    402 strony

Instalacja Idziego to współczesna powieść psychologiczno-obyczajowa o szerokim zakroju problemowym. Posiada walory tzw. powieść idei, można ją także nazwać powieścią katolicka – w tym rozumieniu, iż przedstawia dylematy dzisiejszych katolików, zawiera ocenę kondycji polskiego katolicyzmu początku XXI wieku. Rzecz rozgrywa się współcześnie w Warszawie, głównie w środowisku dziennikarskim. Intryga, wokół której została zorganizowana fabuła, jest prosta: główny bohater powieści, doświadczony dziennikarz w wieku średnim, ni stąd, ni zowąd dowiaduje się, że ma dorosłego syna (tytułowy Idzi). Matka Idziego prosi o interwencję. Jej syn popadł w osobliwe tarapaty – doznał manii religijnej, stał się kimś w rodzaju samozwańczego proroka. Co i z jakiego powodu przydarzyło się Idziemu? Czy Idzi rzeczywiście jest synem głównego bohatera? Jednak nie poszukiwanie odpowiedzi na te i pokrewne pytanie wydaje się tu najistotniejsze. W sensie poznawczym i ideowym ważniejsze jest to, co należy do drugiego planu powieści. Właśnie w tle rozgrywa się wielowymiarowy, żywy i niezmiernie ciekawy "pojedynek na idee", dochodzi do konfrontacji postaw etycznych, konfliktów sumienia. Centralną kwestią jest – by tak rzec – trud bycia katolikiem, zwłaszcza kiedy jest się osobą dobrze wykształconą z klasy średniej, funkcjonującą w świecie ponowoczesnym. Dylematy i antynomie dzisiejszej tożsamości katolickiej zostały przez Sosnowskiego uchwycone w sposób przenikliwy; jak się wydaje – z dużą znajomością rzeczy. Pola konfliktów są rozmaite: to rozterki związane z katolicką etyką seksualną, pytanie o miejsce dla "wierzących wolnomyślicieli", napięcia na linii konserwatyzm – liberalizm (w Kościele). Instalacja Idziego to powieść intelektualnie wartościowa, inspirująca, ponadto świetnie, z wyczuciem napisana.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Waldek wszedł do kawiarni Na Rozdrożu i zajął miejsce w kącie, przy szklanej ścianie. Widział stąd całą salę, a kątem oka — dotknięte już jesienną żółcią drzewa, za którymi rysowała się niewyraźnie sylwetka Zamku Ujazdowskiego. To chyba rozmowa z Robertem sprawiła, że na ludzi wokół patrzył inaczej niż dotąd. Pobladła kelnerka z zaciśniętymi ustami, która przyniosła mu tosty i kawę, wyglądała jak przed atakiem wścieklizny.
Dwie starsze panie gawędzące przy mikroskopijnych kieliszkach z likierem oddawały się z pewnością rozkoszy obgadywania bliźnich. Jedna z nich zaniosła się śmiechem, podobnym do głębokiego, ropnego kaszlu. Jakiś spocony grubas emablował długowłosą brunetkę — spoglądał na nią lubieżnie, ona zaś odpowiadała mu cynicznym wzrokiem, jakby szacowała, ile z niego wyciągnie. Cały lokal przypominał Waldkowi akwarium, w którym zgromadzono monstra: głupców z wyłupiastymi oczami i uśmiechniętych niemądrze szyderców, ulizanych obłudników, chroniczne zdrajczynie w maskach z fluidu i szminki. A za jego plecami, w samochodach w kanale Trasy Łazienkowskiej, przelewali się tam i na powrót wśród swoich ciemnych sprawek nieuczciwie wzbogaceni dranie, prześladujący się nawzajem oszczercy, wymyślający łajdackie intrygi kombinatorzy. Oraz zboczeńcy, mnóstwo zboczeńców opętanych myślą o spółkowaniu z trupami, zwierzętami, dziećmi. I między nimi on — z perspektywy Absolutnej Sprawiedliwości, w którą od czasu do czasu wierzył, też nie wyglądający najlepiej — czekał na spotkanie po latach ze swoją pierwszą, młodzieńczą
miłością.
Waldek sprawdzał pocztę internetową dwa razy dziennie, po śniadaniu i wieczorem, głównie po to, żeby zlikwidować zalewający ją spam, a ponadto sprawdzić, jakie tym razem kłopoty uniemożliwiły wydawczyni Sztukaterii zaproszenie do programu zaplanowanych gości (ilu z nich molestowało dzieci? ilu kradło?). Tego listu o mało przedwczoraj nie skasował, bo nie miał cierpliwości do maili bez tematu, ale nie trafił kursorem na ikonkę „Do kosza”, a że w pracy nauczył się kilku przesądów, uznał to za znak i posłusznie otworzył wiadomość:
„Waldku, pozwalam sobie zwrócić się do Ciebie po imieniu, licząc, że mnie pamiętasz. Miła pani w redakcji nie chciała ujawnić Twojego numeru telefonu, o co oczywiście nie zgłaszam pretensji, zwłaszcza że podobno i tak odczytasz mój list w ciągu 24 godzin. Dwadzieścia lat temu byliśmy sobie bliscy, przepraszam, że to wspominam, ale pamiętam Cię jako wspaniałego faceta i wierzę, że nie odmówisz mojej prośbie. Bo związana jest z tym, co się wtedy wydarzyło. POTRZEBUJĘ TWOJEJ POMOCY!!! Nie zawracałam Ci głowy przez te wszystkie lata, ale teraz naprawdę nie mam innego wyjścia. Proszę, zadzwoń do mnie jak najszybciej. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jakie to ważne. Będę czekała. Moja komórka: 0 699 996 999. Nie zawiedź mnie, błagam. Jola Janik”.
Jola Janik. Ha, Jola Janik. Poznali się na samym początku studiów, w posierpniowej gorączce, na zebraniu uniwersyteckiego samorządu. Starsza o rok przedstawicielka wydziału ekonomii i zarządzania zachwyciła go wdziękiem, z jakim narzucała wszystkim wokół swoje zdanie. Robiła wrażenie dziewczyny, która dokładnie wie, czego chce. Szybko stali się nierozłączni, ale zarazem od samego początku było w ich związku coś toksycznego. Kiedy brylowała w towarzystwie, czuł dumę, lecz także zazdrość, bo wydawało mu się nieprawdopodobne, że za którymś razem nie wyjdzie z innym — i nie uspokoił go odkryty po pewnym czasie fakt, że wśród kolegów uchodziła raczej za równego kumpla niż za budzącą oskomę piękność. Kiedy jej ulegał w rozmaitych sprawach, a tak się działo przeważnie, złościł się, że spod władzy rodziców trafił znów w ręce kogoś, kto permanentnie wie lepiej (w tamtych odległych czasach różnica roku czyniła ją w jego oczach znacznie starszą i bardziej doświadczoną). No i było jeszcze jego katolickie wychowanie, przedmiot nie kończących się kłopotów. Jola nie rozumiała Waldkowego zawikłania, że przecież należy poczekać do ślubu, że jeśli naprawdę się kocha, nie chce się traktować drugiego człowieka instrumentalnie, a pocałunek nie jest grzechem tylko pod warunkiem, że trzyma się na wodzy swoje myśli. Waldek od ósmej klasy podstawówki był ministrantem, słyszał wielokrotnie, jak to chłopcy wymuszają na swoich dziewczętach „dowody miłości”, i nic nie przygotowało go na sytuację odwrotną, kiedy musiał się tłumaczyć, dlaczego w dwuosobowym pokoju, który trafił im się przypadkiem podczas jakiegoś wyjazdu studenckiego koła PTTK, leży na swoim łóżku jak kłoda, zamiast przenieść się na to drugie. Nigdy potem nie słyszał, żeby ktoś tak się śmiał — zdrowo, a przecież, jak mu się zdawało, urągliwie.
Wkrótce zaczął przesuwać granice tego, co mu wolno (niby pod presją, ale chętnie), zaplątał się w wielopiętrowe labirynty uzasadnień i usprawiedliwień, coraz doskonalsze, a przecież bezużyteczne w chwili, gdy w niedzielę rano szedł do kościoła i czuł się niegodny, żeby przystąpić do komunii. Najdziwniejsze było dla niego to, że Jola, jak zresztą większość jego znajomych w czasach Solidarności i stanu wojennego, deklarowała się również jako katoliczka. W końcu, nie mogąc wytrzymać coraz szybszego krążenia między niebem a piekłem, przyzwoleniem i potępieniem, pod wpływem lektury świętego Augustyna postanowił rzucić wszystko w diabły i zostać księdzem. Byli wtedy w Karkonoszach (rodzice Waldka przestali już się awanturować o te wyjazdy we dwójkę, odprowadzali tylko syna długim spojrzeniem, gdy pospiesznie zarzucał plecak na ramię i wybiegał). Jola widziała, że coś się z nim dzieje, zdarzyło mu się nawet wybuchnąć przy niej płaczem jak dziecko; w końcu wyznał, że ciągnie go coś innego, że musi pomyśleć nad sobą i tak dalej — słowa „seminarium” nie potrafił wymówić.
Sama się domyśliła; wyzwała go od zasmarkanych gówniarzy, życzyła „dobrej zabawy w towarzystwie eunuchów” (pamiętał to do dziś), spakowała się jeszcze tego samego dnia i poszła na przystanek PKS-u.
Kiedy zaproponował, że ją odprowadzi, powiedziała krótko, żeby się odpieprzył. Nigdy więcej jej nie zobaczył.
Słyszał, że wzięła urlop dziekański, a potem — że wyprowadziła się pod Warszawę. Epitet z listu, że był w jej oczach „wspaniałym facetem”, w kontekście tych wspomnień wydał mu się dość podejrzany.