Nocni wędrowcy

Wojciech Jagielski
Nocni wędrowcy
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    142 x 202
    336 stron
    oprawa miękka  
    ISBN 978-83-7414-602-9

W poprzednich książkach Wojciech Jagielski pisał o Kaukazie, Czeczenii i Afganistanie, w najnowszej zaś zabiera czytelnika w mroczną podróż po Afryce, a dokładniej - Ugandzie. Jagielski opisywał wiele krwawych konfliktów zbrojnych, których strony prześcigały się w okrucieństwie, wielokrotnie też wyrażał zdumienie ogromem ludzkiego bestialstwa (autor Dobrego miejsca do umierania często porzuca rolę bezstronnego, obiektywnego obserwatora, nie kryje swoich emocji, wahań czy rozterek), tym razem jednak przyszło mu się zmierzyć z fenomenem niewyobrażalnego wręcz zła. Uganda przez dziesięciolecia pogrążona była w wyniszczającej wojnie domowej, krajem rządzili bezwzględni dyktatorzy - chociażby niesławnej pamięci Idi Amin Dada - dla których życie ludzkie nie znaczyło nic. Obecnie panuje tam względny spokój, choć w jednej z ugandyjskich prowincji wciąż toczą się krwawe walki. Zniszczenie sieje tam partyzancka Boża Armia dowodzona przez nawiedzonego proroka Josepha Kony’ego, a jest to armia, jakiej świat jeszcze nie znał: składa się ona głównie z porwanych z wiosek dzieci, które zamieniono w bezlitosne maszyny do zabijania. Jagielski modyfikując nieco formułę klasycznego reportażu (główni bohaterowie Nocnych wędrowców nie są realnymi postaciami, lecz - jak pisze autor w krótkim wstępie - "na potrzeby tej opowieści stworzeni zostali z kilku rzeczywistych postaci"), próbuje opisać Bożą Armię i zrozumieć specyfikę życia w Ugandzie. W miasteczku Gulu, leżącym w prowincji, gdzie toczą się walki, reporter trafia do ośrodka, w którym reedukowane, "leczone" są dzieci, którym udało się uciec z partyzanckich oddziałów albo zostały wzięte do niewoli przez wojska rządowe. Tam poznaje trzynastoletniego Samuela. Relacje Jagielskiego z chłopcem są trudne, reporter - podobnie jak inni - nie do końca wie, jak traktować dziecko, które jest zarazem ofiarą wojny, jak i zbrodniarzem wojennym, mającym na sumieniu dziesiątki zabitych osób. Autor Nocnych wędrowców próbuje także dociec, co sprawia, że kraj, który mógłby być rajem na Ziemi, nieustannie pogrąża się w bratobójczych walkach. Nie jest to łatwe, bo zwykłe, racjonalne wytłumaczenia (choć zdobycia władzy czy pieniędzy, walki międzyplemienne...), mieszają się z magicznymi, gdyż Ugandyjczycy mocno wierzą we wpływ świata duchów na rzeczywistość (sam Kony twierdzi, że jego poczynaniami kieruje Duch Święty). Nowa książka Jagielskiego jest poruszająca i gorzka. Prowokuje trudne pytania w rodzaju: do czego jeszcze zdolny jest człowiek? gdzie tak naprawdę znajdują się granice człowieczeństwa? 

- Robert Ostaszewski

Fragment

Nie odczuwałem nigdy niezręczności w zetknięciu z ludźmi, którzy zabijali albo kazali zabijać. Z żołnierzami, partyzantami, ich komendantami, politycznymi przywódcami, którzy rozpętywali wojny w świętym przekonaniu, że są one jedynym sposobem zaprowadzenia sprawiedliwości, jedynym ratunkiem.
Rzadko postrzegali siebie w roli sprawców zbrodni. Szukali usprawiedliwień, okoliczności łagodzących, pomniejszali zło, obwiniali o nie innych. Rozmowy z nimi stawały się prostym pojedynkiem na spryt i kompetencję, rozgrywką, w której podstęp bywał zasadą, a przechytrzenie rywala oznaczało wygraną.
Trudniej rozmawiało się z ofiarami wojennych zbrodni, ich jedynymi zazwyczaj świadkami. Dzieląc się z dziennikarzem opowieścią o nieszczęściu, które ich spotkało, liczyli, że zapewnią sobie pomoc, odmianę losu. Swoją krzywdę uważali za największą i najniesprawiedliwszą, była to jedyna cenna rzecz, która im pozostała. Nie mieli wątpliwości, że świat, dowiedziawszy się o ich nieszczęściu, nie pozostanie obojętny. A kiedy nic się nie zmieniało, popadali w zgorzknienie i jeszcze większe poczucie krzywdy.
Nie chcieli opowiadać, strzegąc resztek skarbu, jakim była pamięć o tym, co widzieli i co przeszli. Nie chcieli opowiadać, bo bali się bólu, żalu i poczucia winy. Dlaczego nie uciekłam wcześniej? Dlaczego otworzyłem drzwi? O ile rozmowy z tymi, którzy zabijali, przypominały przesłuchanie, to spotkania z ich ofiarami były spowiedzią, która jednak nie prowadziła ani do wyznaczenia pokuty, ani do rozgrzeszenia. Nie dawała pociechy, ani nawet ulgi.
 W dodatku, aby opowieść była jak najlepsza, najprawdziwsza, należało dowiedzieć się jak najwięcej. Wypytywać o szczegóły, drobiazgi, sprawy, zdawałoby się, niedorzeczne, niestosowne. Która to była godzina, gdy partyzanci weszli do wsi? Czy świeciło słońce? Co pan wtedy robił? Czy grało radio? Nie pamięta pani, o której godzinie bomba spadła na pani dom? A jak wyglądał ten, który zastrzelił pani męża? Czy pamięta pani jego twarz? Jak był ubrany? Ile razy wystrzelił? Jak to było? Proszę mówić, proszę opowiedzieć wszystko.
Trudność rozmowy z Samuelem polegała na tym, że był jednocześnie ofiarą i katem. Chciałem go poznać w obu rolach, zrozumieć, jak przechodził z jednej w drugą, a potem jeszcze raz w tę pierwszą, wyjściową.
Odwlekałem rozmowę, choć wiedziałem, że muszę ją przeprowadzić. I że tego właśnie chcę. Kiedy rano przychodziłem do ośrodka, wśród dzieci na podwórzu szukałem wzrokiem Samuela. Uśmiechałem się i machałem ręką, gdy odnaleziony spojrzeniem odwracał głowę. Odpowiadał pozdrowieniem, ale sam do mnie nie podchodził, a ja go nie przywoływałem.
Siadałem na ławce w oczekiwaniu na Norę, a gdy przychodziła, zaraz pojawiał się także Samuel. Czasem, jak małe dziecko, wdrapywał jej się niezgrabnie na kolana, nie zwracając uwagi na protesty i pełne udręki narzekania.
- Sam! Co robisz?! Złaź ze mnie natychmiast - mówiła, rozcierając zbolałe uda. -Jesteś za ciężki, zgnieciesz mnie. Co z ciebie za partyzant?
Chłopak droczył się z nią i specjalnie wciskał łokcie w jej nogi.
Zwykle jednak na widok Nory przenosił się z zabawą nie-opodal ławki. Zerkał nieustannie w naszą stronę, przysłuchując się rozmowie, której nie mógł rozumieć.
Choć wyglądał na dziesięć, naprawdę miał lat trzynaście. Było w nim jednak coś, może wiecznie poważne oczy, co sprawiało, że czasem wydawał się jeszcze starszy, niż był. Miał dużą, ogoloną głowę, żylaste, pełne blizn dłonie i zniszczone stopy, wielkie jak u dorosłego człowieka. Nie różnił się od dzieci w ośrodku, a jego historia nie była wcale dramatyczniejsza czy bardziej niezwykła. Spośród innych wybrała go Nora. A może to on sam dokonał za mnie wyboru? Nie odstępując Nory, stał się także moim towarzyszem.
- Sam, pokaż, jak złapałeś w buszu żmiję - mówiła Nora, a chłopiec odgrywał przed nami scenę polowania. - Uwierzysz? Zaszedł od tyłu węża, schwycił go gołymi rękami i żywego wrzucił do garnka z wrzątkiem. - Smaczny był, prawda?
Samuel kiwał głową i szczerzył w uśmiechu zęby.
- A opowiedz, jak zgubiliście się w nocy. Opowiedz, jak ci dali karabin.
Nie znał wielu słów w języku angielskim, co sprawiało, że jego opowieści były rzeczowe i proste. Mówił wolno, wyraź-nie, starannie dobierając określenia jak dobry, przygotowany do lekcji uczeń odpytywany przez nauczyciela. Nora słuchała go uważnie. Wpatrywał się w nią, a jej potakiwania odbierał jako pochwałę i zachętę.
- Najważniejsze to zadać dobre pytanie. Musi wiedzieć, o co pytam. Jeśli nie zrozumie, przestraszy się i zamknie w sobie - powiedziała Nora. - Prawda, Sam? Zamkniesz się i będziesz milczeć jak głaz. Albo rozpłaczesz się jak mały brzdąc.
- Nora jest brzdąc - zawołał ze śmiechem, pokazując dziewczynę palcem. - Nora brzdąc! Nora mały brzdąc!
- Samuel! Bo pożałujesz! - pogroziła. - Zapytaj go o szkołę.
Pytałem go o ulubione przedmioty w szkole i nauczycieli, o piłkarskie drużyny, których nazwy i barwy znał z telewizji.
- Lubię rysunki i lubię Norę - odpowiadał poważnie.
- A matematykę? Ja nie lubiłem matematyki.
- Ja też nie lubię matematyki.
- A gimnastykę? Lubisz gimnastykę? Boja lubiłem.
- Ja też lubię gimnastykę. I lubię przyrodę.
- Ja też bardzo lubiłem przyrodę.
Któregoś dnia, po lekcjach, siedzieliśmy we trójkę z Samuelem na surowych, wylanych z betonu schodach przed świetlicą. Patrzyliśmy, jak pozostałe dzieci bawią się, biegają po zakurzonym podwórzu, grają w piłkę. W biurze zadzwonił telefon.
- Nora! - ktoś zawołał. - To do ciebie!
Nora podniosła się ociężale i zniknęła za drzwiami.
Nigdy wcześniej nie zostawałem z Samuelem sam na sam. Zawsze była z nami Nora. Zresztą Sam pojawiał się tylko wtedy, gdy znajdowała się w pobliżu. Jej obecność była warunkiem moich spotkań z chłopcem, a jednocześnie przeszkodą.
Siedzieliśmy z Samuelem obok siebie i patrzyliśmy na kopiących piłkę chłopców. Milczenie stawało się niewygodne, nieznośne. Przez niedomknięte drzwi dochodził śmiech Nory.
- Grasz w piłkę? - odchrząknąłem, zerkając na Samuela.
- Gram - odparł. - Ale teraz z tobą rozmawiam.
- Ano tak - przytaknąłem.
Palcem u stopy Samuel kreślił na piachu koła. -A jakiego piłkarza lubisz najbardziej? Sam roztarł piaskowe koła.
- Ronaldo z Brazylii - powiedział.
Wydawało mi się, że domyślał się, o czym naprawdę chcę z nim rozmawiać. W Gulu było przede mną wielu dziennikarzy, a każdy chciał, by Samuel i jego koledzy opowiadali o tym, jak zostali porwani ze swoich wiosek do buszu przez partyzantów i nie mając innego wyjścia, przystali do rebelii i sami zabijali. Czasami wydawało mi się, że Samuel czekał, kiedy i ja wreszcie go o to zapytam. Ale nie wyglądał na zdziwionego czy rozczarowanego, kiedy nie pytałem.
Wolałem rozmawiać o Samuelu z Norą, jego nauczycielką, opiekunką, spowiedniczką i uzdrowicielką. Wiedziała o chłopaku wszystko.