Wyspa klucz

Małgorzata Szejnert
Wyspa klucz
  • Znak
    Kraków 2009
    165 x 235
    352 strony
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-240-1161-2

"Reportaż historyczny można uzasadnić tylko tym, że ma on także życie współczesne” – powiedziała  w wywiadzie Małgorzata Szejnert. Owo „życie współczesne” to dzisiejsze wielonarodowościowe i wielokulturowe oblicze Ameryki. Jej genius loci narodził się właśnie na Ellis Island, miejscu, w którym przez blisko wiek decydowano o tym, kto może a kto nie może zostać obywatelem amerykańskim. Przez wyspę, punkt przyjęcia emigrantów, przewinęły się miliony osób, ok. 6 procent z nich musiało wrócić do siebie.
Choć do napisania tej książki zainspirowały reporterkę listy polskich emigrantów, nie oni są jej  głównymi bohaterami, lecz przede wszystkim ci, którzy przyjmowali przybyszów lub, z różnych powodów, ich odsyłali. Wyspa klucz przedstawia więc dzieje kolejnych komisarzy wyspy, tłumaczy, lekarzy, tzw. „matron”– pracownic społecznych opiekujących się kobietami oraz legendarnego fotografika Augustusa Shermana. Większość z ludzi należących do personelu miała świadomość, że uczestniczy w wydarzeniach o znaczeniu historycznym, zostawiła więc po sobie niezliczoną ilość świadectw zgromadzoną dziś w bibliotece na Ellis Island. Z tych właśnie dokumentów, gęsto cytowanych w tej opowieści korzystała m.in. autorka. Ale jej wizja wydarzeń jest jednak wizją autorską.  To ona decyduje na jakie epizody czy rekwizyty (jak haczyki do zapinania guzików) postawić akcent. To ona wybiera postaci drugiego lub dalszego planu, śledząc nie tylko losy Annie Moore, Irlandki, którą jako pierwszą odprawiono na wyspie, ale także historię lekko upośledzonej Pauli, przyjętej warunkowo i przez lata rozliczanej z postępów w rozwoju. Wątek Pauli wpisuje się w szerzej opisaną kwestię ustalania kryteriów przyjęcia i sposobów na ocenę zdolności i przydatności kandydatów na Amerykanów. Jeśli bowiem ktoś z wieloosobowej rodziny kryteriów tych nie spełniał, mógł być rozdzielony z resztą, przy selekcji dochodziło więc do ogromnych tragedii.
Skupiając się na temacie przyjęcia i odrzucenia Szejnert po mistrzowsku dokonuje selekcji z materiału, jaki trudno ogarnąć. W tej, niezbyt obszernej, książce wagę ma każde zdanie, a każdy element urasta do rangi symbolu. Ta nobilitacja nie oznacza, że „Wyspa klucz” cechuje się patosem właściwym rozprawom na wielkie tematy. O jej wartości decyduje lekkość pióra, poczucie humoru i wrażliwość autorki. Małgorzata Szejnert to ktoś więcej niż reporterka, to prawdziwa artystka reportażu.

- Marta Mizuro

 

Fragment

Peter Mac patrzy na bagaże

Pierwsi imigranci, którzy wchodzą do wielkiego budynku o niezliczonych oknach, stromym dachu i szpiczastych wieżach, przypominającego raczej nadmorskie kasyno niż stację kontrolną dla biedaków, czują pod nogami to samo co w ostatnich tygodniach na pokładach swych statków – solidne deski. Drewno sprowadzono z Północnej Karoliny i z Georgii, podłoga jest sosnowa, odżywiczona, a ściany żywiczne, z sosny i świerku, więc przybysze z wiosek i miasteczek czują swojski zapach lasu i domu. Firma Sheridan i Byrne miała poszyć zewnętrzne ściany nierdzewną blachą, nie wiadomo jednak, czy to zrobiła. Wobec wypadków, które wkrótce nastąpią, można w to wątpić.
Budynek ma czterysta stóp długości (prawie sto dwadzieścia dwa metry) i sto pięćdziesiąt stóp szerokości (ponad czterdzieści pięć metrów). Ma centralne ogrzewanie parowe, jest zelektryfikowany, wyposażony w nowoczesne sanitariaty. Jak pisze gazeta „Harpers Weekly”, może przyjąć dziesięć tysięcy imigrantów dziennie. Potem się okaże, że to przesada. Pięć tysięcy dziennie na Ellis Island to dopust Boży. Ale i tak jest to chyba największy karawanseraj na świecie. Pułkownik Weber już od chwili, gdy nominowano go na komisarza, starannie kompletował załogę wyspy. Zaczął od wizyty w Castle Garden. Poszedł tam niezapowiedziany i wmieszał się w tłum. Zobaczył przerażonych ludzi popychanych w różne strony przez wydrwigroszy i kombinatorów. Przyjrzał się służbie imigracyjnej i nawiązał kontakt z człowiekiem, który wzbudził jego zaufanie. Wkrótce miał trzy listy. Dobrą: pracowników uczciwych; obojętną: pracowników, o których kwalifikacjach moralnych nie wiedziano wiele; złą: pracowników, którym nie należy powierzać zadań na Ellis Island.
(…)

Jednym z pracowników z dobrej listy w Castle Garden jest Peter McDonald. Od dwudziestu lat zajmuje się bagażami. Potrafi rozpoznać na pierwszy rzut oka, z jakiego są kraju. Wie o ich pochodzeniu więcej niż o własnym. W chwili otwarcia nowej bagażowni, która może pomieścić toboły, walizy i kufry dwunastu tysięcy pasażerów, Peter Mac, tak go tu nazywają, ma czterdzieści trzy lata. Zna datę swego urodzenia – 1849 rok, ale nie wie, gdzie przyszedł na świat – w Irlandii, w Nowym Jorku czy w Fall River, w stanie Massachusetts. Nie wie także, czy ludzie, którzy go wychowali, to jego właśni rodzice, czy ich przyjaciele, którzy się tego podjęli, gdy matka umarła.
Bagażowy Peter Mac w okrągłej służbowej czapce, w białej koszuli i spodniach na szelkach (posada jest dobra i Peterowi zarysował się brzuszek) kieruje ruchem dobytku przywiezionego z różnych stron świata. Niektóre rzeczy, które obserwuje, są oczywiste, a inne ciągle go dziwią. Przyzwyczaił się na przykład do tego, że każda nacja inaczej obwiązuje sznurami swoje toboły – i wie, które pętle i supły zrobiono w bliskiej jego sercu Irlandii (skąd ma żonę), które w Szwecji, które we Włoszech, a które w Szwajcarii.
Bagaże Duńczyków, Szwedów i Norwegów są upchane najbardziej. Według Petera ci ludzie biorą ze sobą więcej niż ktokolwiek inny: materace, piernaty, łóżka, szuflady, krzesła kuchenne, i choćby się im tłumaczyło, że zapłacą krocie za ich transport do miejsca przeznaczenia, nie chcą się z tym rozstać, jak z życiem.
Walizki Anglików i Francuzów są w lepszym stanie niż inne i zdecydowanie najbardziej nowoczesne. Grecy i Arabowie mają toboły wielkie jak góry, zbierają pięćset lub sześćset funtów rozmaitych rzeczy, ugniatają je razem i zawijają w dywany i chusty. Taką sztukę musi czasem nieść sześciu mężczyzn.
Peter, który stoi na straży waliz i tobołów, i twierdzi, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, że nigdy nic nie zagubił, dziwi się zachowaniu Polaków.
Wprawdzie w dokumentach podróży są oni zapisani jako Rosjanie, Austriacy lub Niemcy, ale po tylu latach pracy w Castle Garden Peter Mac rozróżnia brzmienie różnych języków. Otóż ludzie, którzy mówią po polsku, nie lubią zdawać bagaży na przechowanie i taszczą je wszędzie ze sobą. Największą wagę przywiązują do pierzyn. Niosą je nieraz na głowie albo ramieniu i podtrzymują jedną ręką, podczas gdy drugą ciągną kufer z uczepionymi do niego dziećmi.
Potokowi ludzi i rzeczy przygląda się także uważnie doktor Victor Safford, któremu zaproponowano posadę lekarza na Ellis Island. Przypłynął na interview, ale ma jeszcze trochę czasu, więc patrzy. Jest bardzo uważnym obserwatorem. Widowisko na Ellis Island tak go fascynuje, że gotów jest przyjąć pensję dużo niższą niż ta, którą ma obecnie, aby poznać bliżej to niezwykłe miejsce. Przewiduje, że dostarczy mu ono wyzwań zawodowych. I przyznaje sam przed sobą, że chętnie włoży uniform lekarza służby imigracyjnej przypominający mundur oficera floty.
Jego także, jak Petera Maca, uderza to, że imigranci nie chcą się rozstać z dobytkiem, i jak przystało na chirurga, zwraca uwagę na niebezpieczne skutki tego uporu. Pół biedy, gdy człowieka taranuje wiklinowy kosz, bo wiklina jednak ustąpi i nie połamie żeber. Gorzej, gdy nacierają pudła i paki, najwyraźniej pełne żelaznych obiektów. Należy także uważać na wielkie toboły na ramionach silnych słowiańskich dziewcząt. Te bele

zdają się miękkie i puszyste, ale poza jedną lub dwiema pierzynami zawierają prawdopodobnie parę rusztów do pieca, żelazne czajniki lub garnki i różne inne wschodnioeuropejskie Lary i Penaty o podstawowym praktycznym znaczeniu.

Jeśli dziewczyna weźmie nagły skręt, każdy, kto ma nieszczęście znaleźć się blisko, odczuje energię, jaką uzyskał ładunek w trakcie obrotu. Najzłośliwsze są jednak zdaniem doktora Safforda te wysoko oceniane przez Petera Maca zgrabne kuferki Anglików, nie tylko twarde, lecz na dodatek okute na rogach, tak że zadają rany.
Victor Safford ma talent literacki i wyobraźnię, widzi żelazo schowane w piernatach i przewiduje siłę uderzenia rzekomego puchu.