Awantury na tle powszechnego ciążenia

Tomasz Lem
Awantury na tle powszechnego ciążenia
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2009
    262 strony
    145 x 207
    ISBN: 978-83-08-04379-0

Tomasz Lem był późnym dzieckiem Stanisława Lema, nie zapamiętał więc już ojca jako młodego człowieka. Awantury to jego portret sławnego rodzica, napisany po śmierci pisarza i nie obarczony ambicją konkurowania z dziełami monografistów jego twórczości. Tej twórczości autor poświęca niewiele miejsca, skupiając się na nakreśleniu barwnej, naznaczonej wieloma dziwactwami i osobliwościami figury ojca. Pokazuje go najpierw poprzez rodzinne opowieści i anegdoty, bo jego pamięć nie sięga w czasy wojny czy w okres stalinizmu. Korzysta też ze wspomnień samego pisarza i jego przyjaciół, zamieszczonych w listach i wywiadach. Wyłania się stąd historia Lema-człowieka: jego, opisanych pokrótce, przygód wojennych,  jego kolejnych mieszkań i domów, jego podróży zagranicznych i dłuższych pobytów w Berlinie Zachodnim i Wiedniu, relacji z przyjaciółmi i intelektualnymi partnerami, a także jego prywatnych pasji i słabostek, jak przede wszystkim – zgubnej namiętności do słodyczy. Towarzyszy pisarzowi, zawsze w jego cieniu, ale jako postać niezwykle ważna, żona Barbara – jego partnerka i opiekunka przez wszystkie lata małżeństwa
Co ciekawsze z perspektywy szerszej niż rodzinna – jest to portret niepospolitej osobowości w latach dominacji totalitarnej władzy, a także w latach podziału świata, reglamentowania informacji oraz powszechnego w obozie socjalistycznym niedoboru towarów i niesprawności usług. Borykanie się rogatej duszy, jaką był pisarz, z tymi niedogodnościami, jego bunty, rozpacze i zniechęcenia, to z jednej strony pretekst, by pokazać ponurą prawdę o komunizmie, z drugiej – temat do niezliczonych groteskowych anegdot. Pod koniec książki coraz większą rolę w tych anegdotach zaczyna grać doroślejący syn, Tomasz, żyjący w aurze wytwarzanej przez dominującego, często despotycznego ojca, który jednak skłonność do dominacji łączył z prawdziwie dziecięcą miłością do gier i zabawek, co dawało swoistą komitywę z synem. Ten ostatni wybrał jednak w życiu inną drogę niż wymarzona dlań przez ojca kariera uczonego fizyka.
Nie dowiemy się z tej relacji, dlaczego Lem był wielkim umysłem, ale poznamy go w sytuacjach codziennych i na tle epoki, co czyni książkę niezwykle interesującą lekturą dla wszystkich miłośników pisarza.
                                 
- Jerzy Jarzębski

Fragment

W dzieciństwie byłem przez ojca obsypywany zabawkami. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ojciec zabawki te kupował także na wiele lat przed moim urodzeniem. Podczas pobytu w Rosji na przykład, w latach sześćdziesiątych, kupił model samolotu, złożył go w pokoju hotelowym, a nie mogąc go z owego pokoju zabrać z uwagi na znaczne gabaryty – czym prędzej podarował koledze literatowi, z którym dzielił pokój, a który to kolega zostawał w Moskwie nieco dłużej. Kiedy dorosłem, skarżył się, że syn nie chce bawić się kupowanymi przez niego zabawkami. Odtąd kupował ich znacznie mniej, ale kiedy napotkał jakiś szczególnie piękny model statku lub parowozu – nie mógł się powstrzymać.
Składając ojcu wizyty, zawsze zaczynałem od sakramentalnego pytania: „Czy tata ma czas?”. Dla mnie zazwyczaj miał. Zajmowaliśmy się geofizyką (ojciec rysował wulkany), oglądaliśmy atlasy anatomiczne lub astronomiczne, sporo mówiło się o planetach, których nazwy potrafiłem wyrecytować, jeszcze zanim poszedłem do szkoły. Ojciec nie skrytykował mojej sugestii, że pierścienie Saturna kręcą się coraz wolniej, a przecież zachowanie milczenia wobec poglądu stanowiącego tak bluźniercze pogwałcenie fundamentalnych zasad mechaniki musiało go sporo kosztować. Specjalnie na mój użytek zaprojektował pojazd napędzany psami i kotami (zamiast silnikiem). Jego bardziej zaawansowany model wyposażył w dodatkowego psa i kota biegu wstecznego. Oba pojazdy naturalnie pozostały w fazie „projektów na deskach kreślarskich”, natomiast miarą poświęcenia dla syna był napędzany korbką model kolejki na Kasprowy jego autorstwa, który kursował przez pewien czas pomiędzy stolikiem nocnym a regałem – po przekątnej gabinetu, niemal bezpośrednio nad biurkiem.
Wydzielaniu słodyczy – marcepanu w czekoladzie, zwanemu przez ojca „chlebkiem marcepanowym” – towarzyszył specjalny rytuał. Ojciec otwierał szafę, wyjmował scyzoryk, wycierał jego ostrze w chusteczkę do nosa, a następnie w ciszy i skupieniu odwijał kawałek marcepanu i odkrawał dwie porcje – dla mnie i dla siebie. Po chwili błogiej ciszy, pełnej kontemplacji, ojciec zamaszystym ruchem strącał okruszki do szpary pod klapą – z czasem zebrało się ich tam całkiem sporo. Owym marcepanowym ucztom towarzyszyła konspiracyjna atmosfera, ponieważ – choć się o tym nie mówiło – obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że matka nie pochwaliłaby sposobu, w jaki pozbywaliśmy się okruszków, a i sposób czyszczenia scyzoryka mógł wzbudzać wątpliwości.
Do sukcesów konstruktorskich ojca zaliczyć należy własnoręcznie wykonany silnik elektryczny, włącznie z cewką, do której nawinięcia zbudował specjalną, napędzaną korbą maszynę. Z punktu widzenia bezpieczeństwa siedmiolatka nie była to konstrukcja idealna. Silnik wprawdzie się kręcił, jednak wiele jego niczym nie osłoniętych elementów pozostawało pod napięciem 110 V. Z kronikarskiego obowiązku wypada dodać, że już w początkowej fazie budowy owego silnika ojciec, pochłonięty konstruktorską pracą twórczą, całkowicie zapomniał o mojej obecności.
Jako malec często towarzyszyłem ojcu przy zabiegach toaletowych w jego pokoju. Goleniu się elektrycznym remingtonem, podczas którego w pokoju unosił się zapach wody toaletowej Old Spice Pre-Electric, towarzyszyły różne utwory muzyczne. Wbrew powtarzanym w wywiadach deklaracjom, że „jest głuchy jak pień”, nie tylko sam często śpiewał, ale lubił muzykę poważną, zwłaszcza symfonie Beethovena, jazz – szczególnie duet Louisa Armstronga z Ellą Fitzgerald, Kabaret Starszych Panów (piosenkę Przeklnę cię) – a także niektóre piosenki Beatlesów z filmu Yellow Submarine.
Do repertuaru, który wyśpiewywał po goleniu, należały ukraińskie czastuszki: o dziewczynie, która opluła ukochanego, bo nie patrzył na nią tak, jak należało, o kochanku, który nie zaraził się cholerą, choć zmogła ona całą wieś, albo o innej dziewczynie, która ukochanego wykopała z grobu, żeby go przed ponownym pochówkiem porządnie wyszorować. Melodia opisująca ablucje zmarłego była zastanawiająco skoczna i wesoła.
Sowieckie: Ja takoj drugoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek, uzupełniały piosenki lwowskie, wyśpiewywane łagodnym barytonem, z lwowskim akcentem [...].
Wysokimi notowaniami cieszyła się ballada dziadowska o Makarym (Był chłop jeden Makary // Łakomy nie do wiary...), który nie wspomógłszy biednej wdowy z dzieckiem, pękł z przeżarcia. Ojciec wykonywał utwór z wielkim zaangażowaniem, niekiedy przerywanym śmiechem.
W pieśni o ułanach Jeśli mu się wydam miła // To nie będę się broniła // Niech mię zabiera, zabiera partię dziewczyny, nie przerywając golenia, wykonywał dyszkantem.
Do porannych standardów należał także utwór o pannie Franciszce, która wraz z odrzuconym przez niedoszłych teściów kandydatem na zięcia popełniła samobójstwo, wykorzystując w tym celu kiełbasę „ze strychninamy”, której sporo musiało być pod ręką, jako że ojciec panny był rzeźnikiem.
Francuskie i angielskie piosenki były jakby wprost z jazzowego kanonu. Przez dłuższy czas byłem przekonany, iż są to „standardy” z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, których z bliżej nieokreślonych powodów nie słychać w radio. Tymczasem co najmniej jeden z tych utworów był prawdopodobnie autorską kompozycją ojca do wiersza Roberta Burnsa Fond Kiss. [...]
Po porannej toalecie, połączonej z koncertem, bawiliśmy się niekiedy sztuczną muchą z ukrytą metalową blaszką; kładło się ją na kartce papieru i ożywiało trzymanym w dłoni magnesem. Można też było wysypać na kartkę żelazne opiłki i przyglądać się, jak „powstają”, kiedy od spodu przykładało się magnes, lub też oglądać linie pola magnetycznego pod wpływem działania dłuższej magnetycznej sztabki. Niemal codziennie sprawdzaliśmy kompasem, czy północ jest tam, gdzie była poprzedniego dnia, a potem weryfikowaliśmy rezultat za pomocą innego kompasu. Zielone sukno na biurku, kiedy uprzątnęło się już z niego wszystkie maszynopisy i książki, znakomicie nadawało się do gry w pchełki, przy czym nie było to takie sobie zwyczajne granie, lecz skomplikowane taktycznie działania wojenne, wymagające przemyślnej strategii.