Różowe strusie pióra

Hanna Krall
Różowe strusie pióra
  • Świat Książki
    Warszawa 2009
    208 stron
    125x200
    oprawa twarda
    ISBN: 9788324715893

Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że nową książkę Hanny Krall napisali inni. Jej krewni i znajomi, którzy przez pięćdziesiąt lat wystosowywali do pisarki listy, pocztówki czy kartki, jakie zostawia się w drzwiach pod nieobecność gospodarza domu. Do tych zapisków autorka dołączyła także pisemne raporty swoich aniołów stróżów, czyli wyciągi z archiwów służb bezpieczeństwa czy korespondencję z wydawcami, tłumaczącymi się, że nie mogą wydać jej książek.
Drugi rzut oka na zapis sprawia jednak, że znajduje się różnicę pomiędzy tym, co nadesłane, a tym, co wysłuchane i utrwalone przez samą autorkę. Nawet gdyby wydawca nie zastosował w cytatach kursywy i tak dałoby się odróżnić dwa rodzaje przytoczeń – brzmienia historii rekonstruowanych z pamięci nie da się pomylić z żadnym innym. Tak brzmi opowieść w charakterystycznym stylu Krall.
Reporterka nie raz wspominała o tym, że na spotkaniach autorskich prosi słuchaczy, aby jej coś opowiedzieli. Bez wątpienia nie raz zrobiła użytek z cudzych historii, ale dopiero w tej książce ujawnia ich „surową” wersję. To nie są historie skończone, lecz dopiero ich zalążki, potencjalne tematy, które można by rozwinąć. Przedstawiając ich zarysy, Krall prowokuje czytelnika do zadania sobie wielu pytań. Dlaczego pisarka nie podjęła tych wątków? Czy można je rozszerzyć i kontynuować? I wreszcie: czy niektórych opowieści nie należy jednak zostawić w spokoju?
Odpowiedź na te pytania częściowo znajdujemy w książce. Trudno cokolwiek zrobić z pocztówkami od małoletniej córki czy karteczkami od męża. Z drugiej jednak strony, jeśli ułoży się je w porządku chronologicznym, nagle rodzi się z tego pełnokrwista opowieść. Historia rodzinna osadzona na tle historycznym. To właśnie zarysowaniu scenerii służy uporządkowanie zapisków według dat. Przy czym idea kompozycji jest jasna, ale znów odczuwa się niedosyt. Czy naprawdę kilka notatek (w niektórych latach tylko jedna) oddaje ducha czasu? Czy tylko tyle pisarka zapamiętała, bądź uznała za godne przytoczenia, z danego okresu?
Jeśli tak na to spojrzeć, Różowe strusie pióra okazują się książką pełną zagadek. Wszystkie je wszakże sprowadzić można do jednej kwestii: od czego zaczyna się literatura?

- Marta Mizuro

Fragment

1975

FRANCISZKA S., emerytka
O sztuce nowoczesnej

...Przywieźli go na budowę. Spodobała mu się, wszedł do środka, poprosił o drabinę i wyjął z kieszeni
czarną kredkę. Syrenę narysował. Na ścianie. Wszyscy bardzo się ucieszyli, podziękowali i pojechali sobie, a Syrena została.
Przydzielili mieszkanie kolejarzowi. Obejrzał, powiedział - po pierwsze jest wybrakowane, po drugie on ma małe dzieci, a ona ma goły biust, nie wziął mieszkania i zadzwonili do mnie. Nie miałam dzieci i nie miałam punktów - najwyżej punktowali aktywność w „Społem", a ja nawet członkiem nie byłam, więc jak powiedzieli, że jest mieszkanie, poleciałam na skrzydłach.
Kazali mi usiąść. Widzi pani, przemówił prezes, to nie jest mieszkanie zwyczajne, to lokal z Syreną. Niech będzie, zgodziłam się. I widzi pani, w tym mieszkaniu musi być czysto, bo goście mogą przyjść Będzie czysto, zapewniłam, dostałam klucze, otworzyłam drzwi...
Kochana, co będę pani mówiła.
To był Picasso.
To było wielkie, Jezu, jakie wielkie. Biust miało jak dwa balony, oczy trójkątne, w długiej, dziwnie długiej ręce trzymało młot, a ogon miało krótki i cieniutki na końcu.
Mieliśmy tylko tapczan i stół. Stół stanął pośrodku, tapczan pod ścianą, młot wisiał nam nad głowami, i po przebudzeniu widzieliśmy jej oczy, dziwniejsze jeszcze niż ręka i ogon.
Pierwsza zjawiła się wycieczka z Chin – zwiedzali osiedla polskiej klasy robotniczej. Po Chińczykach przyszli górnicy - uroczyści, w pióropuszach. Po nich włókniarze - przodownicy pracy. Grzeczna byłam, wiedziałam, że reprezentuję naszą stolicę, ale wszystko się we mnie gotowało. Zwłaszcza kiedy patrzyłam na ich buty i obliczałam, ile śmieci wyniosę tego dnia.
Marszałek sejmu do nas przyszedł - i wy, towarzysze, nie boicie się z nią tak sam na sam? - spytał w  przedpokoju. Bierut przyszedł - popatrzył i nic, ani słowa. Panowie z ministerstwa przychodzili, mierzyli i wymieniali poglądy. Może z tynkiem zdjąć? E, nie, za cienki. Szkłem przykryć? E, nie, rama nie utrzymałaby...
Wkurzyli nas. Wzięliśmy malarza. Malarz wziął wiadro z mydłem.
Dopiero  jak umarł i jak zaczęli opisywać kłótnie między jego dziećmi pomyśleliśmy - może i niedobrze  się stało...? Interes społeczny nami kierował, bo syrena była  państwowa i nic z niej byśmy nie mieli, jak za dywan w strzępach, za który nie zwrócono nam jednego grosza.
Znowu przyjechali z ministerstwa. Przywieźli aparaty, prześwietlali ścianę. Powiedziałam – panowie,  nie trudźcie się, to był dobry, przedwojenny fachowiec  i dobre, szare mydło.

1976
JERZY Sz.
O chwilowych kłopotach
(kartka zostawiona na stole)

Żoneczko miła, nie padaj na duchu, przeżyliśmy nie takie rzeczy, przeżyliśmy gruźlicę, ulicę Wawelską i utratę naszych cebulek tulipanowych. Książka jeszcze kiedyś wyjdzie, ja Ci to obiecuję. Na razie jadę zapłacić za konie dziecka i kupić trzeci tom encyklopedii. No tak, twoja książka* jest dalej, ale rodzina bliżej, może to nie jest takie złe.

KATARZYNA Sz.
Z wakacji

Jest w Krakowie, śpi na campingu. Krzyś i Skucio, znajomi z Hali Gąsienicowej, mieli egzaminy na UJ. Krzyś zdawał matmę, dostał piątkę i postawił im lody w Jamie Michalikowej. Wieczorem byli na Iwonie...

JAN C, były właściciel ziemski
O dwóch albo trzech dniach

...Pałac zabrali w reformie rolnej, ale srebra zdążyliśmy zakopać. Były „mieniem podworskim" i należały do skarbu państwa, z tym, że ja wiedziałem, gdzie się znajduje nie moje mienie, a aktualny właściciel - skarb państwa - nie miał o nim bladego pojęcia.
Poszedłem do adwokata. Powiedziałem: wskażę miejsce, jeżeli część będzie dla mnie, a reszta dla Zamku. Adwokat poszedł do Ministerstwa Kultury. Po paru tygodniach wyruszyły z Warszawy trzy nyski - z panami z ministerstwa, milicją, robotnikami, łopatami, kilofami i dużą skrzynią. Stanęli przed pałacem (zespołem szkół zawodowych obecnie), panowie z ministerstwa powiedzieli: styl corazziański, ja powiedziałem: trzeba oznaczyć miejsce przecięcia dwóch linii, jedna biegnie od okienka w piwnicy, druga od łuku nad sklepieniem. Oznaczyli miejsce przecięcia. Zaczęli kopać.
Wszystko przewieziono do muzeum i ułożono na stołach. Historycy sztuki brali do rąk wazy, misy, świeczniki, dzbany, sztućce, tace... Mówili - późny Radke. Albo - wczesny Werner. Albo - stopa kwadratowa dziewiętnaście na dziewiętnaście. Nie podchodziłem do nich. Oparłem się o ścianę i próbowałem sobie przypomnieć, gdzie stał jaki lichtarz i kiedy jadłem tymi sztućcami po raz ostatni. Trochę byłem niespokojny, bo przez ten wyjazd, przez te muzea, mam zaległości w warsztacie. Robię bombki choinkowe i ozdoby dla pań - medaliony z wizerunkiem Niemena i porucznika Columbo, kolie ze sztancowanej blachy i krzyże z czeskimi sztrasami, które imitują brylanty.
Dawni znajomi bardzo się interesują całą historią. Odwiedzają mnie, pytają o adwokata. Ktoś spytał, jak zachowali się po reformie rolnej moi chłopi. Normalnie się zachowali: przyjeżdżali, chcieli wiedzieć dlaczego mają niższe plony niż ja miałem. Tłumaczyłem im - głębiej orać, chłopy, konia nie oszczędzać, ta ziemia lubi głęboką orkę - wracali do domu, dawali głębszą orkę i pisali, że dziękują, że urosło. O polowaniach rozmawialiśmy. Ktoś opowiadał o kuropatwach, zdziwiłem się - to pan szanowny śrut uznaje? I zaraz mi się przypomniało ostatnie polowanie, w trzydziestym ósmym, na Polesiu. Rysia ustrzeliłem, za panią wisi jego skóra. Akwarela koło skóry to nasz pałac.
Jeszcze dwa, może trzy dni. Jeszcze podzielę srebra między dzieci i będzie po wszystkim. Wrócę do bombek, do ozdób dla pań, do mojego rzeczywistego życia, jeszcze tylko dwa albo trzy dni.

* Mowa o książce Szczęście Marianny Głaz, której skład zniszczono na polecenie tzw. władz politycznych.