Dziewczyńskie bajki na dobranoc

Dziewczyńskie bajki na dobranoc
  • Amea
    Liszki 2008
    125 x 195
    336 stron
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-924658-5-0

Każdy jako dziecko czyta bajki i one w dużej mierze wykreślają mu kształt świata i rządzące w nim reguły – aż, dorastając, dowie się, że „naprawdę” jest zupełnie inaczej. W tym bajecznym świecie dziewczynkom przeznaczona jest szczególna, inna niż chłopcom rola. Ci ostatni walczą ze smokami, zdobywają baśniowe królestwa i piękne żony, z powodzeniem odnajdują też kwiat paproci i inne czarodziejskie przedmioty. Dziewczynkom rzadziej pisane są tam sukcesy (chyba że poślubią swych królewiczów), ich role są raczej bierne, często z rezygnacją dowiadują się o swoim tragicznym przeznaczeniu (jak mała syrenka czy dziewczynka z zapałkami Andersena). Dlatego dziewczynki czytają bajki inaczej niż chłopcy, pewnie bardziej refleksyjnie czy nawet z uczuciem buntu. Często też rade by coś zmienić w bajkowym świecie, który im proponuje określone role do wypełnienia.
Z tego chyba wynikła idea napisania bajek o dziewczynkach na nowo, wprowadzenia ich fabuł w nowoczesne realia przez dorosłe kobiety, które kiedyś na tych bajkach się wychowały. Powstała z tego książka czasem zabawna, czasem prowokująca, a czasem chwytająca za gardło, napisana niekoniecznie przez zawodowe pisarki (choć są wśród autorek Grażyna Plebanek i Agnieszka Drotkiewicz) – częściej przez kobiety parające się krytyką literacką, uczeniem młodzieży czy sztuką, tworzące wielobarwną reprezentację polskiej inteligencji rodzaju żeńskiego.
Niekwestionowanym bohaterem książki jest też Jan Christian Andersen – nie tylko jako klasyk baśniopisarstwa w ogóle, ale także jako autor wielu bajek poświęconych dziewczynkom. To w nich odnajdywały się w latach dzieciństwa autorki bajek współczesnych. Ale los, jaki im gotuje bajkopisarz, nie zawsze im odpowiada, prowokuje do niezgody, do rozwiązań alternatywnych, czasem kpiarskich czy ironicznych. Mała syrenka wykorzystuje seksualnie uratowanego z fal księcia-geja i znika w morzu, Gerda z opowieści o Królowej Śniegu wędruje bez końca w poszukiwaniu Kaja-psa, ale nigdy go nie odnajduje, a wędrując – wchodzi niepostrzeżenie w rutynę życia w baśniowej krainie; dziewczynka z zapałkami przekształca się w zawiedzioną w małżeństwie kobietę, która w końcu podpala swój dom. Najbardziej dramatyczne są może jednak przypadki, w których okrucieństwa bajkowych rozwiązań fabularnych (a Andersen nie oszczędzał swoich bohaterek) dzisiejsze kobiety transponują na sytuacje, które przydarzyć się mogą współcześnie – jak to jest w otwierającej tom adaptacji Andersenowskiej bajki o czerwonych trzewiczkach pióra Justyny Jaworskiej.

- Jerzy Jarzębski

Autorki: Justyna Jaworska, Joanna Maria Chmielewska, Grażyna Plebanek, Natalia Bobrowska, Teresa Pietruska-Mrożek, Agnieszka Drotkiewicz, Beata Rudzińska, Maria Bereźnicka-Przyłęcka, Anna Dziewit, Edyta Szałek, Ewa Maciejewska, Wioletta  Sobieraj, Jovanka Tomaszewska, Marta Łosiak, Marta Pwlik, Marzena Usarek, Kamila  Waleszkiewicz, Zofia Soliłło.

Fragment

Ostatnia para (czerwone trzewiczki)

Karen zobaczyła je na wystawie. Czerwone, na zawrotnej szpilce, z koźlej skóry, z okienkiem na dwa palce jak na dwie stulone fasolki. Do tego paznokcie koniecznie na krwisto. Gdzieś słyszała, że takie właśnie buty kocha Manolo Blahnik i że ten fason nazywa się „peep-shoes”, co zabrzmiało jej jak „peep-show”, zdecydowanie nieprzyzwoicie. Stała przed szybą i czuła zmasowany atak pożądania – porządnego pożądania – od którego serce zdawało się zbiegać w dół i tętnić pod nobliwą bawełną majtek ze Snoopiem. Spojrzała na swoje... trampki? Otóż nie, trampki byłyby przynajmniej znakiem kontestacji, tymczasem ona spojrzała na swoje płaskie, ekologiczne kierpce na pasek, nieśmiertelne Buty Do Wszystkiego, które kilka sezonów temu wygrzebała ze stosów kartonów na kiermaszu taniego obuwia. A potem znowu na witrynę. Sklep musiał być naprawdę drogi, skoro na całej wystawie stała tylko ta jedna para: znudzona, wyniosła, bez ceny.
Jak każda kobieta przyklejająca nałogowo nos do szyby, Karen była sobie kiedyś małą dziewczynką, może nie od razu sierotką, ale dzieckiem cokolwiek zaniedbanym. Bo chyba przez rodzicielskie zaniedbanie nazwano ją jak za karę. I jak za karę ubierano ją w sztruksy po ciotecznych braciach, a strzyżono w domu krótko, z oryginalną grzywką w schodki. Sweterki z anilany gryzły, skarpetki dzieliły się na dziurawe i cerowane kontrastową nitką, a w ogóle to były wczesne lata osiemdziesiąte. [...]
A teraz Karen stała pod sklepem przed parą karminowych szpilek i coraz mocniej czuła, że ulegnie. Mogła zapłacić kartą, sama, może nawet obyłoby się bez debetu. Nie bardzo tylko wiedziała, do czego by jej pasowały – od lat wybierała barwy ochronne i nie miała sukienek z tafty ani samonośnych pończoch, ani tunik z cekinami, ani wiszących kolczyków. Niczego w tak śmiałym stylu. Tylko że nie miało to już żadnego znaczenia. Nie teraz. Buty promieniowały magnetycznie. [...]
Ekspedientka zrobiła na jej powitanie coś w rodzaju zeza, bo nie wiedziała, którego spojrzenia użyć: niewidzącego (dla tych myszy w kierpcach, które zawsze tylko oglądały) czy czujnego (dla rozkapryszonych klientek). Karen wyglądała jak mysz, ale bardzo zdeterminowana mysz.
– Ma pani z tego trzydzieści osiem?
– Na wystawie. Ostatnia para.
Karen przymierzyła. Zachwiała się. Nie tylko dlatego, że nagle zrobiło się dziwnie wysoko. Stanęła przed wyszczuplającym lustrem i poczuła, że jej ciało nareszcie zaczęło należeć do niej. Łydka wygięła się w łuk, w odwróconą szampankę, z delikatnym podcięciem mięśnia i ostro zarysowanym kolanem. Udo wysmuklało wystrzelone, pośladki w bawełnianych majtkach ze Snoopiem zwarły się w sobie jak twardy, trywialnie klepnięty melon. Brzuch się spłaszczył, biust w sfatygowanym puszapie poszedł ostro do przodu, ramiona za to do tyłu jak u nakręcanych modelek.
– Płacę kartą.
Nie włożyła ich do pudełka, w pudełku wylądowały kierpce. Wyszła niepewnym krokiem, przyciągając spojrzenia. Wykluwała się dopiero w swoich czerwonych torpedach, sunęła chodnikiem niczym parodia Fashion TV, trochę jak na rauszu, trochę od siebie samej odklejona.
Kiedy kładła się spać, postawiła pantofelki koło łóżka. Następnego dnia nosiła je po domu od samego rana, a wieczorem wybrała się w nich do klubu „Underscene”, zwanego przez bywalców „Andersenem”.
Przedtem strzegła się tych miejsc – stroboskopów, podrygów, jazgotu z konsolety, spoconych ciał w rui. Ale przedtem nie miała swoich czerwonych blahników (tak je pieszczotliwie nazwała, choć na podeszwie miały logo nieznanej jej firmy „ID”). Przygotowała się starannie: wódka z sokiem przed wyjściem, paczka elemów i gumki do torebki, makijaż cokolwiek może desperacki. Nie przypuszczała, że to takie proste. Przeszła bramkę jak w hipnozie, zamówiła w barze pierwszego manhattana i popłynęła na parkiet, pod obstrzał laserowych świateł. Szpilki niosły ją same, biodra poszły w ruch, łopatki rozluźniły się jak pod czułym dotknięciem tajskiego masażysty. Znowu poczuła pulsowanie, które biło z okolic podbicia, łaskotało łydki i szło wyżej (tym razem majtki ze Snoopiem zostały w koszu na bieliznę: pierwszy raz ośmieliła się założyć tygrysie stringi). Migały przed nią w konwulsjach fioletowe zjawy, w powietrzu tężały fiołki Fahrenheita. Poczuła czyjeś ręce na biodrach, z tyłu. Nie obejrzała się za siebie, zaczęła kręcić pupą. Szpilki jakby wpadły w ślizg, jeden kawałek płynnie przechodził w następny, a ręce na biodrach stawały się coraz bardziej natarczywe. Albo coraz bardziej nieodzowne. To nie do wiary, jak długo obywała się bez mężczyzny.
Przyjrzała mu się dopiero w taksówce, ale też nie zanadto, bo było ciemno. Właściwie to zobaczyła jego twarz dopiero nad ranem. Miał blizny po trądziku, rudy podgolony kark i rozpulchnione pory, tak niewinne w ostrym świetle z okna. Oddychał jak dziecko, trochę posapywał. Kawalerka była jego, więc szybko zebrała stringi (koło materaca), sukienkę (zwisała z krzesła jak wypatroszone trofeum) i szpilki (leżały nonszalancko rozrzucone na trasie do łazienki i udawały, że o niczym nie wiedzą). Jeszcze torebka. Ubrała się i zwiała jak prawdziwa dama.
W domu zdarzyło jej się coś dziwnego. Cisnęła w kąt torebkę i klucze, ale buty jakby przyrosły jej do spuchniętych stóp. Rzuciła się w nich na łóżko i na chwilę straciła przytomność. Musiała ją stracić, bo z sufitu spłynął do pokoju anioł z mieczem i przemówił altem Magdaleny Cieleckiej:
„Masz tańczyć! Tańczyć w swoich czerwonych trzewiczkach, aż staniesz się blada i zimna, aż zeschnie się skóra na tobie jak na szkielecie. Tańcz!”
Z tym szkieletem anioł miał trochę racji, bo w ciągu następnych kilku miesięcy Karen istotnie sporo schudła. Może od tych prochów, które zaczęła brać w toalecie klubu „Underscene”, a może po prostu z wysiłku, w końcu nigdy jeszcze tyle nie tańczyła. A może przestała się higienicznie odżywiać? Kawalerowie, których poznawała co wieczór, miewali w swoich kawalerkach puste lodówki, z jej lodówką nie było lepiej, zresztą po paru drinkach nie chciało jej się jeść. [...] Tańczyła w deszcz i w pogodę, w dzień i w nocy, a nocą było najstraszniej.
Kryzys przyszedł jednak za dnia, tego dnia, kiedy potknęła się na zakupach. Padła całkiem miękko na stertę ubrań na wyprzedaży i nie mogła już wstać. Zawołała tylko:
„Łaski!”
W szpitalu spała kilka dni z rzędu, ale i we śnie przychodziły skurcze łydek. Biegła bez tchu przez zbutwiałe liście, rudy żołnierz śmiał się do niej zza gałęzi. Nie pozwoliła sobie odebrać bucików. Wypuszczono ją wreszcie z diagnozą: „nerwy, więcej magnezu”, po czym sama udała się do kata, który, jak się okazało, przyjmował w eleganckim gabinecie w centrum. Miał wypielęgnowane dłonie i tylko nieruchoma, okrutna twarz zdradzała jego prawdziwą profesję.
Terapia krótkoterminowa przyniosła rezultaty: Karen odcięto nogi. Może nie dosłownie, ale przeszła na niższy obcas, przytyła, nawiązała zdrowszą relację z ciałem. Tak to przynajmniej ujął kat. Nie pojawiała się więcej w „Underscene” i zaczęła znowu chodzić do kościoła. Ktoś ją ostatnio widział po mszy w dziwacznym karakułowym palcie, wydawała się dużo starsza, a czerwone miała tylko powieki. Podobno obywa się już bez antydepresantów.