Ciąg dalszy

Henryk Grynberg
Ciąg dalszy
  • Świat Książki
    Warszawa 2008
    123x200
    382 strony
    ISBN 978-83-247-1317-2

Książka składa się z kilkunastu tekstów o takiej rozpiętości i tak znacznym zróżnicowaniu, że mogłyby z tego powstać dwie albo nawet trzy osobne książeczki. Najwięcej jest w książce – epicko przetwarzanej - autobiografii. Grynberg wspomina kolejne epizody swojego życia: tuż powojenny pobyt w ośrodku opieki nad żydowskimi dziećmi, lata 50. i studia, kiedy tajne służby usiłowały namówić go do donosicielstwa, pierwszą miłość, która wchodziła w konflikt z poczuciem tożsamości i z pamięcią Zagłady,  pracę w Głosie Ameryki (lata 70.) i pierwsze konflikty o polityczną poprawność wycinającą polskie i żydowskie problemy, spory z niemieckim wydawcą o jakość tłumaczeń, przypadające na początek XXI wieku starania o wydobycie z archiwów Instytutu Pamięci Narodowej własnej teczki dla oczyszczenia się z zarzutu współpracy z wywiadem.
Korpus tekstów wspomnieniowych jest najobszerniejszy. Ale obok tego mamy i teksty dyskursywne: streszczenia referatów wysłuchanych na konferencji poświęconej żydowskiej kulturze po II wojnie; przedruk obszernej polemiki prasowej, którą Grynberg zainicjował, sprzeciwiając się uniwersalizacji Holokaustu dokonywanej przez Eliego Wiesela; zapis wywiadu przeprowadzonego przez Grynberga z Susan Sontag.
I wreszcie, by do istniejącego zróżnicowania dodać jeszcze odrobinę chaosu, jest tu także opowiadanie Ochotnik – o tym, jak autor, mając lat czterdzieści i będąc tuż po rozwodzie, jedzie do Izraela, aby zaciągnąć się do wojska i wziąć udział w wojnie.
Wspomnienia, proza dokumentalna, polemiki, streszczenia referatów, opowiadanie… Mimo gatunkowej rozrzutności książka w gruncie rzeczy jest odpowiedzią na jeden mit: ten, który kwestionuje wyjątkowość Zagłady i wynikających stąd konsekwencji. To mit pozornego uniwersalizmu. W jego przepastnych zakamarkach skrywa się antysemityzm. A zatem tytuł książki anonsuje, że autor będzie opowiadał o tym, jak w dalszym ciągu antysemici usiłują podzielić się z Żydami odpowiedzialnością za Holokaust i jak w dalszym ciągu Żydzi usiłują łagodnością i ustępliwością rozbroić antysemityzm.
W odpowiedzi na to Henryk Grynberg pisze w dalszym ciągu o tym samym: dodaje szczegóły, uzupełnia dane, rozjaśnia sprawy ciemne i mgliste, aby pokazać, że Zagłady nie wolno uniwersalizować, antysemityzmu nie należy obłaskawiać ustępliwością, a zmarłym jesteśmy winni wierność i dokładność. Jeśli przeszłość nie jest przeszłością, teraźniejszość nie jest tylko dniem dzisiejszym. Jeśli przeszłość zawiera w sobie śmierć, teraźniejszość musi tę śmierć wchłonąć i razem z przeszłością codziennie umierać.

- Przemysław Czapliński

 

Fragment

W szkole żydowskiej nauczyciel czytał nam na głos próbki z żydowskiej klasyki. Między innymi "Draj matunes" ("Trzy podarunki") Pereca. Chodziło o podarunki złożone Bogu. Oto pobożny Żyd musi przejść pod pałkami Kozaków i jest już przy końcu szpaleru, gdy spostrzega, że strącili mu z głowy jarmułkę, więc po nią zawraca. Gdy pada bez życia, nadlatują aniołowie, chwytają jego jarmułkę i zanoszą Bogu, któremu ten podarunek się najbardziej podoba. Ta bajka różniła się od mitów greckich, które przedtem czytałem, tym czym judaizm zawsze różnił się od helenizmu i dobrze sobie tę różnicę zapamiętałem. Takie żydowskie opowieści robiły na nas wrażenie, ale poza szkołą czytaliśmy tylko książki o z Dzikim Zachodzie - pożółkłe, kruszące się i rozsypujące, z wypożyczalni, które przetrwały wojnę i świetnie prosperowały. Trzeba było zapisywać się do tych książek w kolejkę, więc zapisywaliśmy się do kilku wypożyczalni naraz. To była nasza telewizja. Najszybciej czytał Izio Ekhajzer. Nic innego nie robił, tylko leżał na tapczanie i czytał. Czytał także na lekcjach, pod ławką i opowiadał nam, gdyśmy wracali ze szkoły. Janooki blondynek, mówił nieskazitelnie po polsku, ale nie wiem, gdzie przeżył, bo nikt nie pytał, nikt nie mówił. Opowieści z Dzikiego Zachodu, gdzie ciągle strzelano i to z obu rąk, wymagały żywej gestykulacji, więc przechodnie na ulicy nieufnie na nas zerkali. Raz nauczycielka polskiego zadała nam wypracowanie "Jakie książki lubię czytać i dlaczego?" Wszyscyśmy dobrze wiedzieliśmy, jakie książki powinniśmy lubić i dlaczego, ale Izio napisał prawdę i chłopcy zaczęli wołać:
- Proszę pani, proszę pani, Ekhajzer napisał świetne wypracowanie!
- Dobrze, Ekhajzer, przeczytaj.
Izio wstał i czyta.
- Lubię książki o Dzikim Zachodzie, bo opowiadają o wolnych, odważnych ludziach, którzy polegają tylko na sobie i radzą sobie bez niczyjej pomocy. Lubię je, bo są dużo ciekawsze i prawdziwsze od tych, które każe nam się czytać w szkole...
- Dosyć! – przerwała nauczycielka.
– Niech czyta, niech czyta dalej! – wołała klasa, wiedząc, że Iziowi nie zależy na stopniach, bo jego rodzina ma już paszporty i spakowane walizki.
Mieszkaliśmy wtedy na Piotrkowskiej 71, we frontowych mieszkaniu z balkonem i poniemieckim, korkowym linoleum, bo Piotrkowska należała w czasie wojny do Niemców (nazywała się Adolf-Hitler-Strasse) i z kuchnią na dziesięć fajerek, bo w lokalu tym Niemcy mieli stołówkę. Przeżyłem tam pięć długich i pamiętnych lat, bo od trzynastego do osiemnastego roku życia. Próbowała mnie tam posiąść nasza dziewczyna ze wsi. Leżę sobie na kozetce i czytam, a ona siada przy mnie i mówi, posuń się. To samo, gdy leżałem w łóżku i przychodziła zgasić mi światło. Parę razy już mało brakowało, ale szarpany zarówno pokusą, jak i skrupułami (których teraz nie rozumiem), w ostatniej chwili cofałem się, a później żałowałem (i nadal żałuję). W tej byłej niemieckiej stołówce urządzałem prywatki, gdy tylko starzy wychodzili na przyjęcie lub na zabawę do klubu żydowskiego. Tańczyliśmy tanga i walczyki orkiestry Polskiego Radia pod sprawną, żydowską batutą Jana Cajmera, a gdy skończył się program, śpiewaliśmy "Samotną harmonię" i "Praszczaj, lubimyj gorod", na dwa a nawet trzy głosy, bo koleżanki i koledzy, którzy wrócili z Rosji, znakomicie łączyli rosyjską muzykę z żydowską muzykalnością. Sąsiedzi walili w sufit i przysyłali dozorczynię, żeby nas uciszyła, ale nie wzywali milicji, bo to były sowieckie czasy. Sowieckie książki, sowieckie filmy, sowieckie sztuki, sowiecki język. Nie mówiło się per wy, bo "panowie to do Londynu wyjechali", a gdy chciało się coś podkreślić, dodawało się "ot co!"
Mieliśmy w szkole ZMP-owską świetlicę-kaplicę z Generalissimusem Stalinem w złotej ramie i złocistych epoletach. Uwielbiałem go. Urodziłem się mańkutem, lecz zmuszono mnie do posługiwania się prawą ręką, bo leworęczność uważano za cechę żydowską (Żydzi wszystko robią na odwrót), więc nigdy się nauczyłem rysować, ale Stalina rysowałem bez trudu. I to od pierwszego wejrzenia, gdy sowieccy oficerowie powiesili nam go w Dobrem na ścianie. I za każdym razem, gdy go widziałem w gazecie. Zawsze ten sam półprofil, brew, wąsy, stojący kołnierz i epolety. Doszedłem do takiej wprawy, że umiałem go narysować na ślepo. Był moim wyzwolicielem, zbawicielem, bo kto jak nie on? Kochałem ich niedbałe bluzy ze sztywnymi pagonami. Dla mnie i mojej matki było oczywiste, że dzięki nim żyjemy. We wstrząsającym filmie Polańskiego o żydowskim pianiście, który przeżył zagładę getta i całej Warszawy, najbardziej wzruszyła mnie końcowa sekwencja z sowieckim żołnierzem z pepeszą, tak autentycznym, że pociekły mi łzy. Ja znałem każdy ich stopień oficerski i podoficerski, i dystynkcje wszystkich broni. Znali je zresztą także inni chłopcy w Dobrem. Toteż nie mogłem uwierzyć, że mój rówieśnik John Shalikashvili - urodzony w Polsce Gruzin, którego prezydent Clinton (myśląc, że się przypodoba Polakom) mianował naczelnym szefem sztabów - nie wiedział, że jego ojciec był oficerem Waffen-SS. Ośmioletni chłopiec, który później za przykładem swojego ojca i dziadka wybrał życie w oficerskim mundurze, siedział u ojca na kolanach i nie wiedział – i nawet nie spytał - co za mundur nosi jego tata?
Gdy zaapelowano do mieszkańców, żeby na Pierwszego Maja udekorowali balkony, przyniosłem złotego Stalina ze świetlicy i wywiesiłem niczym święty obraz w Boże Ciało. Sąsiedzi, którzy jak zwykle przyszli do nas oglądać pochód pierwszomajowy, z początku nie wiedzieli, co tam wisi na balustradzie i trochę się dziwili, gdy co jakiś czas ktoś z pochodu machał do nich zaciśniętą pięścią - tym dwuznacznym komunistycznym pozdrowieniem. Naszym sąsiadem przez drzwi był przedwojenny inżynier, który miał francuską żoną. Nie mieli dzieci, tylko francuskiego pieska, maleństwo, wyglądał jak miniaturowa sarenka i drżał na całym ciele - wcielenie tego, co się miało na myśli, mówiąc "delikatny jak francuski piesek". Otóż po występie Stalina na naszym balkonie pani Francuzka – bo tak ją wszyscy nazywali – zaczęła pożyczać mi książki, jak "Gargantua i Pantagruel", "Cola Breugnon", "Kapitan Fracasse", "Manon Lescaut", które zaczęły wypierać z mojej wyobraźni "Młodą Gwardię", "Okopy Stalingradu", "Ludzi o czystym sumieniu", a nawet sowiecki katechizm pod tytułem "Jak hartowała się stal".