Dziennik dla dorosłych

Stefan Chwin
Dziennik dla dorosłych
  • Tytuł
    Gdańsk 2008
    123 x 195
    472 strony
    ISBN: 978-83-89859-02-0

Wydanym kilka lat temu Kartkom z dziennika przybywa w postaci tej książki kontynuacja. Chwin tworzy ją w znanej literaturze konwencji dziennika jako wpisanego w przygodę życia raptularza intelektualnego. Przypadki biografii zajmują tu miejsce spoiwa, ale same w sobie nie są szczególnie ważne, o ile autor nie wplecie ich w historię swoich starć z innymi koryfeuszami literatury czy nauki a także – z polskim społeczeństwem jako całością.
Z Polakami Chwin rozmawia w sposób, do którego nie przywykli w kraju, gdzie obowiązkiem pisarzy przez wszystkie lata niewoli czy politycznej opresji było – krzepić serca i dodawać otuchy. Dlatego ton głosu Chwina i to, co ma do powiedzenia, może Polaków prowokować i obrażać. Autor Dziennika przede wszystkim polemizuje z tymi, którzy odpowiedzialność za różne narodowe nieszczęścia i hańby skłonni są zawsze składać na barki jednostek, czyniąc z nich kozły ofiarne, przyjmują natomiast założenie o bezgrzeszności „prostego ludu”. Chwin podważa ten mit, walcząc np. z przeświadczeniem o szczególnej odpowiedzialności generała Jaruzelskiego za stan wojenny w Polsce, chociaż jego wprowadzenie poparły wówczas miliony obywateli, a realizowali go żołnierze z orzełkami na czapkach. Takich prowokacyjnych rewizji obiegowych sądów jest w książce dużo.
Autor książki prowadzi wciąż osobisty dialog z ważnymi postaciami kultury polskiej i europejskiej, spiera się z Gombrowiczem, dyskutuje z Miłoszem i Herbertem, zastanawia nad poezją Szymborskiej, kreśli wzruszający portret krytyka Jana Błońskiego tuż przed jego wycofaniem się wskutek choroby z występów na publicznym forum. Te dialogi prowadzi również z osobami mniej sławnymi, choć jakoś tam charakterystycznymi dzięki swym poglądom. Cały w końcu Dziennik dla dorosłych przenika żywioł dyskusji i sporu, w którym niektórym powracającym postaciom przypisane są stałe role. Np. żona pisarza jest kimś, kto nieustannie przestrzega go przed niepotrzebnym drażnieniem opinii publicznej. Te spory i dysputy mogą fascynować nie tylko dlatego, że większość ze swych sławnych partnerów Chwin znał osobiście, ale też dlatego – że umiał zadawać im prawdziwie istotne pytania i nie zadowalał się zdawkowymi odpowiedziami. Jedno jedyne wszelako, najważniejsze pytanie – o istnienie Boga – autor Dziennika zadawać może tylko porządkowi świata i sobie samemu. 

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Zmora

(W Międzyzdrojach na Festiwalu Gwiazd w hotelu „Amber" Katarzyna Janowska w obliczu plażowej publiczności zadała mi pytanie, jakie zmory prześladują mnie, gdy myślę: „Gombrowicz". Odpowiedziałem, że prześladuje mnie kilka obrazów)

Koniec sierpnia 1939 roku. Transatlantyk „Chrobry" odbija od nabrzeża w Gdyni. Na pokładzie Gombrowicz. Przechylony przez barierkę relingu uniesioną dłonią żegna przyjaciół. Kierunek - Argentyna! Okręt wypływa z portowego basenu, za falochronem skręca w stronę Helu, zatacza łuk i zatrzymuje się pośrodku Zatoki Gdańskiej. Awaria silników. Dwa holowniki ściągają go z powrotem do gdyńskiego portu. Naprawa maszyn - mówi kapitan - potrwa kilka dni.
Gombrowicz wraca do Warszawy.
Parę dni później wybucha wojna. Niemieckie bomby spadają na miasto. Generał Umiastowski przez radio wzywa wszystkich mężczyzn, by wyszli z Warszawy i udali się na wschód.
Gombrowicz pakuje walizkę, jedzie na dworzec, wbiega na peron, pociąg odjeżdża za chwilę, wskakuje do ostatniego wagonu, przeciska się zatłoczonym korytarzem, zagląda do przedziałów - tak! tutaj! Wchodzi. Wita się. Przy oknie Witkacy i Oknińska.
Siada przy drzwiach. Razem jadą na wschód. Pociąg mija bombardowane miasta i płonące wioski. Po paru dniach docierają do małej miejscowości wśród lasów. Miejscowość nazywa się Jeziory.
Zamieszkują w sąsiednich wiejskich chatach. Malwy kwitną pod bielonymi ścianami. Na dachu gniazdo bocianów. Jaskółki pod strzechą. Drogą przez wieś idą żołnierze z rozbitego oddziału polskiego wojska. Mają podarte mundury, żółte od kurzu.
Zajmuje pokój od frontu, jest zmęczony, kładzie się na chłopskim łóżku, szybko zasypia pod płaszczem.
Budzi się nagle. Słyszy stukanie w okno, krzyk zza szyby: „Panie! Pan malarz zabił się!".
Zrywa się z łóżka, narzuca płaszcz, biegnie przez wieś, dobiega do lasu, wbiega na leśną polanę. Pod dębem widzi leżące ciało mężczyzny. Nadgarstek rozcięty głęboko. W trawie brzytwa z krwią rozmazaną na lśniącym ostrzu. Obok mężczyzny leży nieprzytomna kobieta w bluzce mokrej od krwi. Chłopi, którzy nadbiegli od strony wioski, próbują przywrócić ją do życia.
Pod wieczór uczestniczy w pogrzebie malarza. Łopatą starannie ubija żółty piach na jego grobie. Zatyka garść wiejskich kwiatów na brzozowym krzyżu. Stoi przez chwilę w milczeniu. Nie modli się. Nisko nad wsią przelatują samoloty z czerwoną gwiazdą na kadłubie, niemal zaczepiając o szczyty sosen. Radio właśnie podało, że armia rosyjska wkracza do Polski.
Razem z Oknińską wraca do Warszawy zajętej przez Niemców.
Mieszka kątem w Stawisku u Iwaszkiewicza. Nienawidzi ziołowej herbaty z sacharyną, dżemu z mielonych buraków i zapachu karbidowych lamp, od którego nie może zasnąć. Wieczorami przy chudej kolacji błaznuje przed Jarosławem i Anną. Drwi sobie z Zenobii Palmury. Spiera się o Sartre'a. Kpi z Andrzejewskiego. W tygodniu pracuje u Nałkowskiej. Od jedenastej do piątej w jej sklepiku sprzedaje papierosy.
 
Gdy wybucha powstanie, jest na Starym Mieście. Odwiedza brata. Po pierwszym bombardowaniu na Freta domy płoną po obu stronach ulicy.
Podczas ewakuacji Starówki schodzi do kanału włazem na placu Krasińskich. Razem z dwudziestoletnim chłopcem dźwiga rannego powstańca do Śródmieścia. W kanale ciemno i duszno. Czarna breja chlupocze pod nogami. Światło latarki skacze po ceglanych ścianach. Niskie sklepienie. Trzeba schylać głowę. Pod Krakowskim Przedmieściem zaczynają rozmawiać. Mówią o Niemcach, amerykańskich zrzutach broni i froncie, który stanął na Wiśle, potem o wierszach z patriotycznych gazetek, które ich śmieszą i o Tadeuszu Peiperze. Domyśla się, że chłopiec jest początkującym poetą. Gdy wychodzą z kanału na Marszałkowskiej, traci go z oczu.
Nigdy nie dowie się, że dwudziestoletni chłopiec, z którym niósł rannego powstańca ze Starówki do Śródmieścia, nazywał się Miron Białoszewski. Szybko o nim zapomni.
Potem Niemcy uciekają z Warszawy przed nadciągającym ze wschodu frontem. Do miasta wchodzą Rosjanie. W Alejach Jerozolimskich stoi na chodniku. Patrzy na wielkie czołgi z czerwoną gwiazdą, które suną z łoskotem po brukowanej jezdni od strony Mostu Poniatowskiego w stronę spalonego Dworca Głównego. Nieuważnie czyta naklejony na murze Manifest PKWN. Nie ma złudzeń. Żarty się skończyły. Zaczyna się komunizm.
Mieszka kątem u Andrzejewskiego. Próbuje pisać coś dla „Tygodnika Powszechnego", ale redakcja drukuje go niechętnie. Ton groteskowych opowiadań, które nadsyła, nie wydaje się stosowny do bieżącej chwili. Szuka pracy. W teatrze załatwia mu coś Schiller. Czasem spotyka się na kawie u Bliklego z Miłoszem, ale Miłosz wyjeżdża właśnie na placówkę w Waszyngtonie, co nie jest dobrze widziane. W Szczecinie dygnitarze nowej władzy ogłaszają, że wszyscy pisarze powinni być socrealistami. Boi się młodego prozaika Borowskiego, który po powrocie z obozu w Auschwitz robi porządek z ludźmi. Gdy widzi go na Świętokrzyskiej, szybko przechodzi na drugą stronę jezdni. Przestaje pisać. Rękopisy rozpoczętej powieści o cywilach w Powstaniu Warszawskim chowa do szafy. Próbuje pracy jako prawnik w przedsiębiorstwie robót melioracyjnych, ale nowa władza mu nie ufa.
Potem ktoś składa na niego donos. Zostaje aresztowany w mieszkaniu na Nowym Świecie. Na razie jeszcze nie wie, że będzie oskarżony o kontakty z wywiadem japońskim oraz o próbę obalenia przemocą konstytucyjnego ustroju Polski Ludowej.
Trafia na Rakowiecką. Siedzi w pojedynczej celi. Wieczorami rozmyśla o Ferdydurke i dystansie wobec Formy. Wie, że będzie przesłuchiwany przez ludzi z NKWD. Słyszał od Jarosława, że znają się na rzeczy. Czekając na pierwsze przesłuchanie, nie może zasnąć. Chodzi po celi do świtu.
Chwilami, wędrując od żelaznych drzwi do zakratowanego okna, myśli o opowiadaniu Pamiętnik Stefana Czarnieckiego, w którym drwił sobie z polskich ułanów, którzy skutecznie obronili Warszawę przed najazdem sowieckiej armii w pamiętnym roku dwudziestym.