Komisarz Maciejewski. Kino Venus

Marcin Wroński
Komisarz Maciejewski. Kino Venus
  • Red Horse
    Lublin 2008
    123 x 195
    378 stron
    ISBN: 978-83-60504-49-9

Na hasło: polski kryminał retro, przez lata pojawiał się wciąż ten sam odzew: Marek Krajewski. To fakt, cykl o przygodach policjanta z Breslau, Eberharda Mocka cieszył się i ciągle się cieszy ogromną popularnością, ale ostatnio pojawił się groźny konkurent Krajewskiego, lubelski pisarz Marcin Wroński. Przez lata pisarz ten przerzucał się z jednej odmiany prozy na drugą, od powieści postmodernistycznych przez prozę dla dzieci po fantasy. Wreszcie w roku 2007 opublikował powieść kryminalną retro Komisarz Maciejewski, a w roku następnym kolejną część cyklu Komisarz Maciejewski. Kino Venus. I okazało się, że jako autor prozy kryminalnej sprawdza się - jak sądzę - najlepiej.
Akcja kryminałów Wrońskiego rozgrywa się na początku lat 30. XX wieku w prowincjonalnym Lublinie. Głównym ich bohaterem jest podkomisarz Zygmunt Maciejewski, zwany Zygą, z wydziału śledczego miejscowej komendy policji, najlepszy “pies tropiący” w mieście i okolicy (rozległej). To były, dobrze zapowiadający się bokser (stąd połamany nos), niechluj, arogant obdarzony ironicznym, ciętym poczuciem humoru, namiętny czytelnik prozy Kafki skłonny do niesubordynacji - ale przy tym policjant, który ma “to coś”, co każdy dobry glina mieć powinien, intuicję, która sprawia, że jest niezwykle skuteczny w ściganiu złoczyńców. Wroński, mimo iż umieścił akcję kryminałów w okresie międzywojennym, dotyka problemów wciąż aktualnych. W pierwszej części cyklu Maciejewski, tropiąc zabójców redaktora naczelnego miejscowej gazety oraz cenzora, odkrywa aferę, w którą zamieszani są politycy, biznesmeni i ludzie mediów. W drugiej musi wejść w mroczny światek handlarzy kobietami i pornobiznesu.
Czytelnik powieści kryminalnych Wrońskiego znajdzie w nich to wszystko, co w dobrym kryminale być powinno: precyzyjnie skonstruowaną intrygę, ciekawe wątki poboczne (choćby wątek problemów zawodowych i osobistych Maciejewskiego w drugiej części cyklu), głównego bohatera, który daje się lubić, wyraziste postaci drugoplanowe (mam tu na myśli przede wszystkim kolegów podkomisarza z wydziału śledczego, Zielnego, Fałniewicza i Krafta). A do tego jeszcze bonusy: pełen detali i ciekawostek obraz przedwojennego Lublina oraz wyrafinowany styl. Bo Wroński jest stylistą nie lada jakim, co w przypadku autorów prozy kryminalnej nie zdarza się zbyt często.

- Robert Ostaszewski

Marcin Wroński (ur. 1972), pisarz, felietonista, redaktor, autor tekstów piosenek i skeczy kabaretowych. Mieszka w Lublinie. Cykl kryminałów retro otwiera wydana w roku 2007 powieść Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą.

Fragment

Od świtu dzień był niemal zjawiskowy - w sam raz, żeby pojechać autem za miasto, a nie by dusić się w wagonie. Tym bardziej nie w pociągu osobowym, odjazd dziewiąta czterdzieści jeden, który koło południa dowlecze się może do Dęblina, a stamtąd jeszcze półtorej godziny w najgorszym skwarze. Przecież wieczorem odchodził pospieszny - trzy godziny w miłym chłodzie i w dodatku staje w śródmieściu na Dworcu Głównym, a nie Wschodnim na Pradze. Jednak Lilii była uparta. Spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy w małą damską walizkę z żółtej skóry i nawet przy śniadaniu nie rozstawała się z torebką, jakby dostała jakiejś gorączki podróżnej i obsesyjnej drżączki, że czegoś zapomni.
Maciejewski poprzedniego wieczoru wrócił późno i wyraźnie nie ciągnęło go, by jak w melodramacie te kilka ostatnich godzin spędzić romantycznie z ukochaną, zanim ona odjedzie. Prawie całą noc tłukł się po ciemnym domu, wreszcie panna Byoros w półśnie usłyszała brzęknięcie szkła w kredensie.
„A niech pije" - pomyślała, przewracając się na drugi bok.
Rano też nie był rozmowny. Prawie nic nie jadł, tylko co chwilę dolewał sobie kawy.
- Czy ty czegoś przede mną nie ukrywasz? - wydusił w końcu.
Lilii spojrzała na niego uważniej i wybuchnęła śmiechem.
- Co? - obruszył się.
- Nic, tylko zaczynasz przypominać zazdrosnego poczciwca, Zyggie. Zupełnie jak w twojej ulubionej „Puszce
Pandory". Gdybym była Louise Brooks, powinnam cię zastrzelić.
- To doktor Schón chciał zastrzelić Lulu - burknął i zaczął szukać zapałek.
- No to musisz się pospieszyć. - Lilii szybko złapała torebkę i walizkę, bo właśnie przed domem rozległ się
klakson. - Pa, Zyggie! - pocałowała go w policzek.
- Pa, Lea... - mruknął cicho Maciejewski.
Zesztywniała na moment, ale gdy odwróciła głowę, na jej twarzy błądził tylko niewinny uśmiech.
- Co mówiłeś?
- Że chyba czas się pożegnać, Lea.
Wstał i podszedł do niej niczym doktor Schón z filmu Pabsta - wysoki, postawny, zdawałoby się, że pod każdym względem prócz urody górujący nad swoją filigranową kochanką. Ale Zyga nie był jak on zgaszony, ani też zdesperowany. Wyglądał, jakby kawa zrobiła swoje i wreszcie się obudził.
Wyjął stary, wielokrotnie poskładany dokument, pokazał go pannie Byoros, po czym schował z powrotem do kieszeni rozpiętego munduru.
- Lea Birsz urodzona w dziewięćset szóstym w, nomen omen, Wiedźmie, powiat baranowicki.
- Zyggie... - udając rozbawienie, pogroziła mu swoją małą kopertową torebką.
- Taki ja Zyggie, jak ty Lilii. - Wzruszył ramionami. - Ale nie powiem, było wesoło. Niestety, nigdzie nie pojedziesz. - Dwoma palcami dotknął ramienia dziewczyny. - Panno Birsz vel Byoros, w imieniu prawa zatrzymuję panią pod zarzutem czerpania korzyści z nierządu. Gdy przyjedzie tu funkcjonariuszka, zostanie pani zrewidowana.
- A ty boisz się mnie obmacać? - parsknęła mu w twarz.
- Żałuję, niestety prawo mi zakazuje. - Rozłożył ręce. - Poczekasz w salonie. Chcesz kawy? Chyba jest
jeszcze w dzbanku, zapra...
Nie dokończył, bo nagle pod żebrem poczuł dotyk zimnej stali. Torebka upadła na ziemię, a w ręku Lilii pojawił się mały browning.
- Kolejna zaleta willi za miastem - syknęła. - Nikt nie usłyszy strzału. Zwłaszcza z małego kalibru. Ręce wyżej!
Znowu dobiegł ich klakson.
- A prawda, szofer! - uśmiechnęła się panna Byoros. - Wołaj go tutaj. Już, bo strzelam!
Maciejewski otworzył drzwi i wychylił głowę.
- Panie Florczak! Mamy kłopot. Pan pozwoli do środka.
Taksówkarz podbiegł pewien, że przyjdzie mu pomóc przenieść jakiś kufer. A czasu nie było wiele, jeśli mieli zdążyć na pociąg do Warszawy.
- O cho-le-ra ja-sna - wysylabizował zaskoczony, widząc przed nosem lufę damskiego pistoletu. - No to żeś
mnie pan urządził!
- Kluczyki od auta - zażądała Lilii. - I obaj pod ścianę.
- „Krwawy finał skandalizującego romansu", pewnie tak napiszą w gazetach - zauważył spokojnie Zyga. - Ale nie musisz się spieszyć, pewnie i tak zrezygnowałaś z podróży kolejami państwowymi, co? Wyznamy sobie na koniec prawdę, żeby było już całkiem jak w kinie?
- Och! - Lilii przyłożyła dłoń do czoła takim samym gestem, co Smosarska w „Trędowatej", ile razy zamierzała omdleć. - Co za mezalians, co za dramat! Póki kula nas nie rozłączy... - Zaśmiała się. - Nie wiedziałam, że jesteś masochistą. Ciekawi cię, po co mi byłeś potrzebny?
- Nie, nie, to akurat dobrze wiem. - Maciejewski oparł się wygodnie o ścianę.
Zupełnie nie zwracał uwagi na błagalny wzrok taksówkarza. A pan Florczak czytywał „Tajnego Detektywa" i dobrze rozumiał, że jeśli ona wszystko im powie, tym bardziej będą musieli zginąć. Czy Maciejewski tego nie pojmuje?!
- Nie ma to jak konfident, który nawet nie wie, że kapuje - ciągnął Zyga. - Bardziej mnie ciekawi, po co ci była ta heca z lipnym porwaniem. Tam, we „Frascatti", gdyby drgnęła mi ręka...
- To mógłbyś mnie postrzelić? Skonałabym na twoich rękach, a ty złożyłbyś lilie na moim grobie... - Lilii wyraźnie się rozkręcała. Tak jak Maciejewski sądził, nie mogłaby sobie darować, gdyby zakończyła tę sprawę dwoma strzałami, których nawet nikt nie usłyszy. To byłoby dla niej niczym dla mężczyzny eiaculatio praecox. - Jest ryzyko, jest zabawa. I forsa, oczywiście. A ty musiałeś uwierzyć, że ratujesz mnie przed... jak to napisali w tym waszym szmatławcu?... gehenną tortur moralnych i fizycznych!
- Podstawili ją panu jak psu sukę w rui! - Taksówkarz splunął na podłogę.
- Pan od razu wyglądał mi na bystrego faceta, panie Florczak - uśmiechnęła się panna Byoros. - Za to ty, Zyggie, cierpisz na manię wielkości. Zdobycie u was wtyczki też było przydatne, ale bardziej nam zależało, żebyście zaaresztowali paru prowincjonalnych alfonsów. Dla was zysk w raportach, a dla nas mniej konkurencji. No i kto by pomyślał, że zamknięta sprawa wcale nie jest taka zamknięta, prawda?
- Jednak ktoś pomyślał - mruknął Zyga - i odnalazł twoje świadectwo urodzenia. A nawet obejrzał jeden z twoich świńskich filmów, które tu kręciłaś.
- Widziałeś? - ucieszyła się. - Udane, co? No bo któżby inny wiedział lepiej, co faceci chcą oglądać? - Teatralnie spojrzała na zegarek. - Niestety na mnie czas. Nie mówi pan nic, panie Florczak, że ma żonę i dzieci? No trudno... A co do ciebie, Zyggie, to nie było mądre z twojej strony. Skoro tak późno się zorientowałeś, lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś udawał głupiego do końca. Oddasz moją metrykę czy wolisz, żebym sama ją wyjęła z twoich stygnących palców?
- Powtarzam, że jest pani aresztowana! - wrzasnął Maciejewski, a taksówkarz spojrzał na podkomisarza przerażony.
W tym momencie w głębi domu skrzypnęły zawiasy. Lilii cofnęła się i nie spuszczając oka z obu mężczyzn, skierowała lufę w stronę tylnego wejścia do willi.
- Dzień dobry. - Zielny stanął w drzwiach i uchylił kapelusza. - Zechce pani oddać...