Opowieści z powielacza

Dorota Zańko
Opowieści z powielacza
  • Znak
    Kraków 2008
    124x195
    264 strony
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-240-1066-0

Powstało już wiele książek przedstawiających ponury czas stanu wojennego w Polsce i zapewne wiele podobnych jeszcze powstanie, bo doświadczenia z tego okresu miały kluczowe znaczenie dla ludzi z rozmaitych pokoleń. Niby trudno już jest dodać coś nowego do prozatorskiego wizerunku tamtych lat, jednak wciąż pojawiają się książki ciekawie ukazujące wydarzenia z początku lat 80. Do takich zaliczyłbym bez wątpienia powieść Doroty Zańko Opowieści z powielacza. Akcja powieści rozpoczyna się w grudniu 1981 roku tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, wyprowadzeniu wojska na ulice, internowaniach  działaczy Solidarności. Grupka krakowskich opozycjonistów, wywodzących się przede wszystkim ze środowiska studenckiego, próbuje mimo lęku, niepewności i ciągłego zagrożenia aresztowaniem dalej prowadzić swoją działalność: drukować ulotki, przygotowywać biuletyny informacyjne prostujące propagandowe kłamstwa PRL-owskich władz, pomagać rodzinom internowanych i tym, którzy uniknąwszy internowania, ukrywają się. Zańko przedstawia losy całej grupy bohaterów, w różnym wieku, począwszy od licealisty Mariusza, a skończywszy na pani Julii, mającej już wnuki, w różnym stopniu zaangażowanych w nielegalną działalność. Ale w Opowieści z powielacza na plan pierwszy wysuwają się postaci Andrzeja, studenta filozofii, i jego dziewczyny Mani, studentki polonistyki oraz historia ich trudnej "miłości w czasach zarazy", która zostanie wystawiona na próbę, gdy Andrzej będzie musiał ukrywać się i zerwać kontakty z dziewczyną, a Mania wpadnie w ręce ubeków i stanie przed dylematem, czy ratować siebie, czy Andrzeja. Autorce udało się z jednej strony dobrze oddać duszną atmosferę tamtych czasów, pełnych strachu, beznadziei i zwykłych codziennych problemów z zapewnieniem bytu w kraju pogrążonym w kryzysie (to przecież czas, kiedy wszystko, nawet buty, było na kartki). Z drugiej – ukazać pogłębione psychologicznie portrety „cichych bohaterów” tamtych lat, którzy wiele ryzykowali (nawet życie, jak zakonnik Paweł, zakatowany przez ubeków), chcąc wyrazić swój sprzeciw wobec działań władz.

- Robert Ostaszewski 

Fragment

Poszedł do kuchni i zrobił herbatę w dwóch kubkach. Mały cowieczorny rytuał - jeden kubek dla niego, drugi dla niej. Myślał, co ona może teraz robić.

Tkwiła nieruchomo na krześle. Księżyc wisiał między trzecim prętem a czwartym. Była strasznie głodna i chciało jej się do ubikacji. „Bocian" dalej coś pisał, jakby nic było jej w pokoju. Nie wiedziała, jak długo tam już jest. Może od wczoraj.
Zobaczyła, że on odkłada długopis.
- No? - Podniósł głowę i popatrzył na nią pytająco. - To co? Dogadamy się? Miałaby pani już pewno ochotę stąd wyjść? - powiedział zaskakująco ciepłym tonem.
Poruszyła się na krześle, ożywiła.
- Tak, tak! - powiedziała żarliwie.
- No właśnie. Załatwmy to szybko. Ile w końcu mam trzymać taką ładną dziewczynę? - Uśmiechnął się.
Odchylił się do tyłu, wyprostował.
- No to jeszcze raz, zacznijmy od początku. Gdzie się poznaliście?
Mania spuściła wzrok.
- Nie wiem. Nie pamiętam.
- Kiedy?
- Nie przypominam sobie.
- Pomagałaś mu, tak?
- Odmawiam odpowiedzi.
- No dobrze - skwitował. - Naczytałaś się "Małego konspiratora", pilna uczennica. To już wszystko wiesz i dobrze jesteś przygotowana, tak? To wiesz też, że mam prawo trzymać cię tu czterdzieści osiem godzin, prawda? Dwa dni. Ale tam nie wszystko piszą. Wiesz, jak będziesz wyglądała za dwa dni? Będziesz szara jak ta ściana, głodna i brudna, będziesz brzydko pachnieć. Będziesz nieprzytomna ze zmęczenia. I odechce ci się zbawiać świat. Więc lepiej powiedz mi od razu, oszczędzisz czasu sobie i mnie. I wyjdziesz. Gdzie on jest?
Nie odpowiedziała.
Wstał i zaczął kręcić się po pokoju, potem nagle wyszedł. Drzwi zostawił otwarte. Wrócił po chwili, usiadł za biurkiem. W ręce trzymał jakieś fotografie.
Znowu zdjęcia, pomyślała. „Bocian" wziął je do ręki i powoli przeglądał. Co jakiś czas podnosił wzrok i patrzył uważnie na Manię. Odłożył zdjęcia na biurko, splótł palce i nie odezwał się ani słowem. Potem podniósł się ociężale i znowu wyszedł. Zamknął drzwi.
Mania wyprostowała się, rozejrzała po pokoju. Z miejsca, na którym siedziała, próbowała dojrzeć, co jest na tych fotografiach. Ale leżały tak, że odbijało się w nich światło lampki. Przez chwilę nasłuchiwała, ale na korytarzu było cicho. Wstała i sięgnęła po nie szybko. Kiedy zobaczyła pierwsze, serce zaczęło jej się tłuc jak oszalałe. Drżącymi rękami przekładała jedno za drugim. Było ich pięć czy sześć. Wszystkie przedstawiały to samo - ciało zmasakrowanej młodej kobiety. Po wypadku albo pobitej. Chyba pobitej. Może żywej, ale może... Leżała na podłodze, w nienaturalnej pozycji, z wykręconą ręką, ubranie miała podarte i poplamione.
Za oknem zerwał się wiatr i rozległ pomruk nadchodzącej burzy. Kiedy wybrzmiał, usłyszała na korytarzu odgłos kroków. Rzuciła zdjęcia na biurko i natychmiast wróciła na krzesło. „Bocian" wszedł do pokoju. Nie podniosła głowy. Dłonie wsunęła pod uda, próbując powstrzymać dygot ciała, Wpatrywała się w swoje spodnie. Przed oczami miała dalej tamtą twarz. Twarz dziewczyny. Jej twarz. Nie jej, swoją. Siebie, Siebie za godzinę, za dwie, za tydzień? Ile ją będą tu trzymać? Co jej zrobią? To nieprawda, że oni nie biją w śledztwie!
Jak im nie powiem, będę wyglądać jak ona. Więc powiem. Nie wytrzymam bólu. Nie chcę umierać. Za co? Za puszkę po rybkach?
Małe okienko rozświetliła błyskawica, potem gdzieś blisko uderzył piorun. Aż podskoczyła na krześle.
Powiem. Szwedzka 8 b, powtórzyła sobie adres Andrzeja.
Przecież cóż to takiego podać ten adres? On już tam na pewno nie mieszka i adres na nic się tym bandziorom nie przyda. I wypuszczą mnie. Tak!
Nie. Nie wypuszczą. W tym poradniku "Obywatel a służba bezpieczeństwa", tak to się chyba nazywało, oni  tam piszą, żeby nic nie mówić w śledztwie, to może wypuszczą. Bo ten, co nic nie mówi, jest bezużyteczny.
Nieprawda. Przecież obiecał, że mnie wypuści, jak powiem. Więc powiem. On tam nie mieszka. Mówił wtedy, że za tydzień się wyprowadza. Więc mogę im powiedzieć. A jeżeli wrócił?
Na pewno nie wrócił, dlaczego miałby wracać w to samo miejsce? Przecież jest ostrożny, zna się na tych sprawach. Różni ludzie mu na pewno pomagają. Nie jest sam. Właśnie, nie jest sam. Ta dziewczyna... No to co, że dziewczyna? Może z nią współpracuje, może ona mu właśnie pomaga?
Współpracuje, tak, akurat. Śmiał się do niej! Do mnie nigdy się tak nie śmieje. Ładna nawet. Całkiem miłe zajęcie takie ukrywanie się. Wychodzi sobie, jeździ po mieście, spotyka się z dziewczynami. Czyli może się kontaktować, z kim chce. Czyli ze mną nie chce. Gdyby chciał, znalazłby sto sposobów, żeby się ze mną zobaczyć. Nie, może nie, to nieprawda, przecież nic nie wiem.
 
Prawda. To już skończone. Przecież widać. A zresztą... Przecież to nie ma żadnego znaczenia, co ja tu powiem. Kim ja jestem? Nikim. Czy może po jednym zeznaniu jakiejś Mani od razu runie cała opozycja? Przecież mogę podać taki adres. To tylko adres. W dodatku nieaktualny. Bo on tam już nie mieszka. A jak mieszka?.
No to im ucieknie! Przecież on nie da się im złapać tak jak ja! Oczywiście! Przecież ucieknie. Albo się schowa.
Och, olśniło ją nagle. Schowa się! No jasne, że się schowa! Pokazywał jej przecież wtedy te drzwiczki. Zaraz za drzwiami jego pokoju, drzwiczki na strych, a na strychu kryjówka, gospodyni ją przygotowała, na wszelki wypadek.
Wyprostowała się na krześle, ucieszona. Że też od razu o tym nie pomyślała! Popatrzyła na biurko, na zdjęcia. Potem na to jedno zdjęcie, z Andrzejem, które „Bocian" pokazywał jej na początku, leżało dalej tam, gdzie je rzucił. Zgięła się, skuliła. Łokcie oparła na kolanach, twarz ukryła w dłoniach.
Przebacz mi, pomyślała z rozpaczą. Za oknem strumieniami lał deszcz i błyskawice, jedna za drugą, rozświetlały pokój.

Tyle jest warta. Zawsze to wiedziała. Wtedy jak przysięgała mu w myślach, że nigdy, nigdy, żeby nie wiadomo co - już wtedy przecież wiedziała. Teraz zrobi tylko to, co zawsze wiedziała, że zrobi. Nie wytrzyma. Wszystko tamto, wcześniej, to było oszukiwanie się. Te gazetki, ulotki, powielacze, cała ta zabawa. Kupowała sobie w ten sposób spokój sumienia, uspokajała swoje obawy przed tym dniem, o którym wiedziała, że i tak kiedyś nastąpi. Na zapas odkupywała winę, zaklinała los. Dodawała do siebie dobre uczynki, żeby zgromadzić tych kilka zasług, zanim... zdradzi.
Bała się tego zawsze. Bała się zdrady i że będzie się kiedyś bać. Ale nie wiedziała wtedy, co to znaczy.
Zamknęła oczy i pod powiekami pojawił się obraz. On siedzi teraz w tamtym pokoju, je kolację i czyta. W jednej ręce kromka chleba, drugą przytrzymuje kartki w książce. Mała blizna na prawym policzku napina się lekko. Andrzej odkłada kanapkę, miesza herbatę. Wyjmuje łyżeczkę i dotyka nią brzegu szklanki, najpierw po jednej stronie, potem po drugiej, żeby odsączyć ostatnie krople.

Na kolana kapnęła jej kropla, potem druga. Nie zdawała sobie sprawy, że płacze.
Przebacz mi...
Za oknem szalała burza, deszcz walił z hukiem w blaszany parapet. Z korytarza dochodziły krzyki, odgłosy szarpaniny. Zaczęła mrugać oczami, żeby osuszyć łzy, żeby tamten, ten „Bocian", ich nic zobaczył.
Szwedzka 8 b. Przebacz mi.
Podniosła głowę i popatrzyła znowu w stronę zdjęć. Odbite od nich światło kłuło ją w oczy. Patrzyła w stronę tamtej twarzy, ale nie widziała jej, miała ją tylko wbitą w pamięć, twarz ofiary. Jej twarz. Swoją własną twarz.
Tak będę wyglądać, jak nie powiem. Boże, zmiłuj się nade mną.
Rozejrzała się ze zdziwieniem po pokoju, zaskoczona nagłą ciszą. Burza oddalała się, ucichł łoskot myśli. Krzyki na korytarzu umilkły.
Przechyliła się trochę na krześle i jeszcze raz popatrzyła na zdjęcia. Nie było na nich twarzy tamtej dziewczyny, jej twarzy też. Na tych zdjęciach był Andrzej.
 
Jeśli nie powie, będzie wyglądać jak tamta. Jeśli powie, tak będzie wyglądać Andrzej. Wiedziała to od samego początku.
Księżyc wyszedł zza chmur i wisiał teraz przy samej krawędzi okienka. „Bociana" nie było chyba w pokoju. Nie, był. Ocknęła się. Siedzi przecież za biurkiem i wpatruje się w nią tymi wypukłymi oczami.
- No to jak? Powiesz mi wreszcie? Chyba chcesz stąd wyjść? Mówiłem: powiesz i wypuścimy cię.
Chciała, zanim odpowie, przełknąć najpierw ślinę, ale w ustach miała całkiem sucho. Odchrząknęła więc raz, potem drugi. I jakimś nieswoim, zachrypniętym głosem powiedziała:
- Kiedy ja naprawdę nie znam tego adresu.
Poderwał się i wyciągnął rękę, żeby wziąć słuchawkę, ale telefon sam zadzwonił. Słuchał długo, potem zapytał: „To pewne?", na koniec mruknął niechętnie: „Rozumiem". I zaraz spojrzał dziwnie na Manię. Rozłączył się i wykręcił jakiś numer. Podniósł słuchawkę telefonu.
- Wyprowadzić - powiedział.
Wszedł funkcjonariusz. Kątem oka widziała tylko, że „Bocian" pokazał coś tamtemu, zrobił ruch ręką, poziomo, jakby odpychał coś od siebie albo przecinał.
Poszli z powrotem tymi samymi korytarzami, potem skręcili do innego skrzydła. Dalej miała w uszach tamtą ciszę, Uśmiechnęła się do swojego odbicia w brudnej szybie. Szli dalej, potem zatrzymali się i długo stała pod ścianą. Ktoś coś do niej powiedział, dał jej do ręki jakieś rzeczy. Sprowadził w dół po schodach. W tę jej ciszę i spokój wdarł się nagle szczęk odmykanych drzwi, potem trzaśnięcie. Stała na ulicy. Była wolna.