Biała gorączka

Jacek Hugo-Bader
Biała gorączka
  • Czarne
    Wołowiec 2009
    133x215
    400 stron
    ISBN: 978-83-7536-081-3

Książka Jacka Hugo-Badera ma oryginalnych patronów: Michaiła Chwastunowa i Siergieja Głuszczewa, radzieckich reporterów Konsomolskiej Prawdy, którzy ponad pół wieku temu nakreślili obraz Rosji XXI wieku. Część ich fantazji – tych związanych z postępem technologicznym – się spełniła. Większość jednak należy dziś włożyć między bajki, których tematem jest komunistyczny raj na ziemi. To, co pokazuje polski dziennikarz, z idyllą nie ma nic wspólnego. Jego celem jest zademonstrowanie niektórych społeczno-ekonomicznych skutków totalitarnego ucisku i zamknięcia się na resztę świata.
Hugo-Bader to typ „szalejącego reportera”, który wszędzie wejdzie, z każdym się dogada, nieomal wszystkiego musi doświadczyć na własnej skórze. By poznać Bajkał – przepływa go kajakiem, by przekonać się o stanie rosyjskich dróg – przemierza łazikiem kilka tysięcy kilometrów. Przede wszystkim jednak interesują go ludzie: dociera do dawnych hipisów i do dzisiejszych raperów, spędza (w przebraniu) kilka dni z bezdomnymi, przygląda się zamieszkałej w tajdze społeczności, która nieomal wymarła z powodu alkoholizmu, spotyka się z grupą seropozytywnych. Trafia też do osady wyznawców „jednego z sześciu rosyjskich Chrystusów”. To jedyni „szczęśliwi Rosjanie”, z jakimi się styka podczas swoich wypraw, reszta bohaterów książki jest jak żywcem wyjęta z kart powieści Dostojewskiego.
Stylistyczna brawura tych tekstów – reportaży i rozmów – tylko podkreśla dramatyzm przedstawianych epizodów oraz tragizm sportretowanych przez autora postaci. Trudno nie współczuć tym ludziom, a jednocześnie trudno nie zauważyć, że większość z nich znosi swój los z pokorą. Hugo-Bader to obserwator niezwykle inteligentny i wrażliwy, udaje mu się więc zgłębić tajniki rosyjskiej duszy, wychwycić sprzeczności w charakterze swoich rozmówców i – koniec końców – znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego godzą się na taką egzystencję. W jego diagnozie nie wyczuje się cienia fałszu ani protekcjonalnego dystansu, jakiego można by się spodziewać po przybyszu z innego już, choć ongiś tak bliskiego świata. Z kraju, który w dużej mierze otrząsnął się z komunistycznej traumy. Czy uda się to kiedykolwiek Rosji i jej byłym częściom składowym? Niewiele na to wskazuje.
Jak ongiś Ryszard Kapuściński, Jacek Hugo-Bader „oddaje głos ubogim”, kultywując tym samym najpiękniejszą tradycję polskiego reportażu. Ten gatunek wciąż jest prawdziwą ozdobą naszej literatury.

- Marta Mizuro

Fragment

Marzenie
W marcu 1957 roku, być może dziewiątego o godzinie 13, w sobotę, bo w soboty miały miejsce cotygodniowe zebrania działu nauki „Komsomolskiej Prawdy” z redaktorem naczelnym gazety, dwóch reporterów dostało od niego niezwykłe polecenie. (Tego dnia i o tej godzinie niespodziewanie przyszedłem na świat na podłodze z pastowanych desek między kuchnią, a sypialnią w mieszkaniu mojej babci przy ulicy Warszawskiej 62 w Sochaczewie.)
- Trzeba opowiedzieć naszym czytelnikom o przyszłości - mówił naczelny „Prawdy”. - Opiszcie jak będzie się żyło w Związku Radzieckim za jakieś 50 lat, powiedzmy w dziewięćdziesiątą rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.
To znaczy w 2007 roku.
Książka Michaiła Chwastunowa i Siergieja Guszczewa, dziennikarzy „Komsomołki”, nosi tytuł „Reportaż z XXI wieku”. Autorzy pisali, że na co dzień będziemy używali mózgów elektronowych (nazywamy je dzisiaj komputerami), miniaturowych stacji nadawczo-odbiorczych (komórek), bibliotransmisji (czyli Internetu), samochody będziemy otwierali na odległość (a więc pilotem), zdjęcia robili aparatem elektrycznym (cyfrowym) i oglądali telewizję satelitarną na płaskich odbiornikach.
Pisali o tym w czasie, kiedy w domu, w którym przyszedłem na świat, nie było nawet czarno-białego telewizora, toalety i telefonu, żeby zadzwonić po lekarza.
Chwastunow i Gruszczew najwięcej czasu spędzili w moskiewskich pracownie Akademii Nauk ZSRR, a potem myślami przenieśli się w przyszłość i wspaniałym odrzutowcem ruszyli w podróż na Syberię 2007 roku.
Postanowiłem zrobić sobie prezent na 50 urodziny i ruszyć z tą książką przez całą Rosję, z Moskwy do Władywostoka. Ale nie polecę przecież samolotem tak jak autorzy „Reportażu z XXI wieku”. A pociągiem już jeździłem tam kilka razy.
Boże kochany! Toż nadarza się jedyna okazja, żeby powtórzyć wyczyn Kowalskiego! Amerykańskiego mechanicznego wojownika, półboga, samotnego jeźdźcy, ostatniej na tej planecie bohaterskiej duszy, dla której prędkość oznaczała wolność. Tak o nim mówili w „Znikającym punkcie”, głośnym amerykańskim filmie, który w latach 70. stał się buntowniczym manifestem mojego pokolenia. Wreszcie jest okazja, żeby zrealizować młodzieńcze marzenie, żeby tak jak on samotnie przeskoczyć samochodem cały kontynent, tylko że mój jest dwa i pół razy większy od Ameryki, za Czytą kończy się droga, a ja uparłem się, że pojadę zimą. Koniecznie chciałem posmakować jej na Syberii.
- Ziiiimąąąąą?! Jeśli nie wrócisz na Boże Narodzenie, w ogóle możesz nie wracać - powiedziała żona i wiem, że nie żartowała.
Cholera! To znaczy, że muszę się spieszyć. Tak jak Kowalski! Tylko że ja na święta, a on, bo założył się o działkę speeda. I miał dodge'a challengera z 70 rocznika z silnikiem 4,4 litra, który wyciągał do 250 kilometrów na godzinę.

Sponsor
Problemy mieli z nimi wszyscy podróżnicy nie wyłączając Kolumba, Amundsena, Livingstone’a czy Nansena.
Szef działu reportażu powiedział, że nie ma mowy, żeby wysłał mnie za granicę na kilka miesięcy, bo pożarłbym budżet na delegacje dla całego działu.
Osobiście więc zadzwoniłem i wysłałem pisemną propozycję współpracy do szefów marketingu polskich przedstawicieli koncernów samochodowych, których znalazłem w książce telefonicznej. Potrzebowałem pieniędzy i samochodu na kilka miesięcy, argumentując, że nie będzie dla niego lepszej reklamy, jeśli przetrwa ze mną drogę na drugi koniec Euroazjatyckiego kontynentu, zimą przez całą Rosję z Warszawy do Władywostoku.
Tojota, nissan, honda, huyndai, suzuki, subaru, mitshubishi, KIA, wszystkie azjatyckie marki, a także volvo, nawet nie odpowiedziały na moje zaproszenie. Do Francuzów, fiata i forda nie dzwoniłem, bo mój brat, który zna się na samochodach, powiedział, że samochodem na literę „f” mnie nie puści. BMW, mercedes i land rover nie miały „wolnych mocy samochodowych”. Jeep gotów był dać samochód, ale bez pieniędzy. Na wszystkie warunki, przystała tylko firma Kulczyk Tradex, importer samochodów audi, volkswageny i porsche.
Zaproponowali potężną, luksusową terenówkę audi Q7. Napęd na cztery koła, benzynowy silnik 4,2 litra, 350 koni mechanicznych, do setki w siedem sekund, maksymalna prędkość 240 km/h - dwie i pół tony burżujstwa za 350 tysięcy złotych. Oczyma wyobraźni zobaczyłem siebie jak podjeżdżam na piwo pod sklep w zrujnowanym kołchozie Mieczta Ilicza i gadam z miejscowymi chłopakami o życiu.
Zima się zbliża, a ja ciągle odwlekam podpisanie umowy ze sponsorem. Całą filozofię mojej pracy dziennikarskiej mogę streścić w dwóch słowach - wtopić się. Zlać z tłem, nie wyróżniać się, nie rzucać w oczy, przemykać niepostrzeżenie, a w kołchozie Mieczta Ilicza biłbym po oczach z moim Q7 jak kosmita. Poza tym mój system pracy jest bardzo bezpieczny, bo nie przyciąga uwagi złych ludzi.
Zadzwoniłem do sponsora i oznajmiłem, że wezmę pieniądze, a samochód nie będzie mi potrzebny.
Tak się rozstaliśmy.
Zdesperowany poszedłem do naczelnych. Rzuciłem mapę na stół, opowiedziałem o moich marzeniach, że jestem po rozwodzie z doktorem Kulczykiem, i jak mi nie dadzą pieniędzy, wezmę od żony (bo ona trzyma kasę), ale to wstyd, żeby biedna kobieta sponsorowała Wyborczą. I dali. Ale na samochód nie starczyło, więc 25 tysięcy złotych żona musiała wyłożyć.
Postanowiłem, że kupię w Moskwie rosyjski samochód na miejscowych numerach i w ten sposób, nie rzucając się w oczy, spokojnie dotrę nad Ocean Spokojny. Z ruskich aut napęd na cztery koła mają tylko łady niwy, ale miejscowi fachowcy mówią, że za Uralem, nie potrafią porządnie ich naprawiać, i łaziki, którego w każdym kołchozie nawet traktorzysta zreperuje mi młotkiem, bo to podobno najmniej skomplikowane auto na świecie.

Kruzak
UAZ-496 (Ulianowski AwtoZawod), którego dla siebie szukałem, nazywany jest sowieckim jeepem, albo ruskim kruzakiem, bo tak od japońskiego land cruizera mówią tutaj o wszystkich samochodach terenowych. Najczęściej mówi się krótko ułaz, albo łazik, bo wszędzie wejdzie. Ten model produkowany jest w zupełnie niezmienionej formie od 1972 roku, ale z taśmy ciągle schodzi także terenowy mikrobus zwany, z racji kształtu, buchanką, czyli bochenkiem. Za Uralem nazywają go tabletką. Nie zmienił się nawet na jotę od 1958 roku. Oba modele ważą po dwie i pół tony, mają benzynowe silniki o pojemności 2,4 litra, czterostopniowe skrzynie biegów i moc zaledwie 72 koni mechanicznych.
Ułazy były sprzedawane do 80 krajów, przeważnie trzeciego świata. Do dzisiaj w Polsce zarejestrowanych jest 17 tysięcy łazików pamiętających RWPG i Układ Warszawski. W latach 70 Rosjanie pokonali na tych samochodach Saharę i po lodowcu wspięli się na Elbrus do wysokości 4200 metrów. Po rosyjskich drogach jeżdżą dwa miliony łazików.
- Lubisz majsterkować? - zapytał Grisza, kiedy go poprosiłem, żeby mi pomógł kupić jednego z nich.
- Nienawidzę - odpowiedziałem szczerze.
- To polubisz.