Córka łupieżcy

Jacek Dukaj
Córka łupieżcy
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2009
    148x210
    138 stron
    ISBN: 978-83-08-04305-9

W różnorodnej i obszernej już twórczości Jacka Dukaja można wyznaczyć dwa główne nurty: historii alternatywnych, obejmujący książki, w których pisarz tworzy wariacje na temat wydarzeń historycznych (choćby głośna powieść Lód) oraz futurologiczny. Do tego drugiego przynależy zaś dłuższe opowiadanie Córka łupieżcy. Dukaj wybiegł w nim kilkadziesiąt lat w przyszłość, projektując jednak rzeczywistość całkowicie odmienną od naszej. Kraków, w którym startuje akcja opowiadania, zupełnie nie przypomina obecnego. Na skutek skoku technologicznego możliwe jest wznoszenie gigantycznych budowli w bardzo krótkim czasie, manipulacja genami sprawia, że ludzie mogą dowolnie kształtować swoje ciało, rozwój przestrzeni wirtualno-komputerowej (trudno to nawet jasno określić, nie wdając się w długie wyjaśnienia) sprawia, że świadomości ludzkie mogą w niej funkcjonować zarówno przed urodzeniem, jak i po śmierci. A to jeszcze nie wszystko, bo Dukaj – jak to ma w zwyczaju – z dbałością o szczegóły zaprojektował kompletny świat przyszłości.
Główną bohaterką jest osiemnastoletnia Zuzanna Klajn, która żyje spokojnie i wygodnie aż do czasu, gdy dostaje "przesyłkę zza grobu", spadek po dawno zmarłym ojcu. Odziedziczone przez nią rzeczy i uzyskane informacje wskazują, że jej ojciec wcale nie umarł, lecz zaginął, a wiąże się to z okrytą tajemnicą działalnością instytutu naukowego, dla którego pracował. Próbując wyjaśnić zagadkę zaginięcia ojca, Zuzanna dowiaduje się, że instytut odkrył przejście do cmentarzyska dawnych kosmicznych cywilizacji, z którego pozyskuje nowe technologie. Zuzanna, ryzykując życie, trafia tam…
W Córce łupieżcy Dukaj nieco inaczej w porównaniu z większością swoich tekstów postawił akcenty w opowieści. Fabuła nie obfituje w wydarzenia (można nawet odnieść wrażenie, że pisarz jedynie bawi się konwencjami prozy sensacyjnej czy thrillera sf), ważniejsza dla pisarza zdaje się być refleksja nad kierunkiem, w jakim zmierza nasza cywilizacja. Czy nagły skok cywilizacyjny może doprowadzić do zagłady naszej cywilizacji? Czy człowiek, który "przepisuje" swoją świadomość w świat wirtualny, pozostaje jeszcze człowiekiem? To między innymi pytania, które zadaje Dukaj w opowiadaniu.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Okazało się, że Kamil kupił działkę w jednej z nowych dzielnic willowych i, ni z tego, ni z owego, zaczęli dyskutować architekturę i wystrój domu, jaki planował tam postawić. We śnie już stał, spacerowali po nim i zmieniali szczegół po szczególe - drzwi tu, ściana bardziej pod kątem, tam kominek, a może lepiej nie, może wnękę... Nigdy się jej nie oświadczył, nigdy nie zapytał, nie było takiej rozmowy - lecz teraz był Dom. Co prawda kroniczna technologia pozwala postawić go na uzbrojonym terenie w jeden weekend, po koszcie niższym od ceny byle samochodu, więc i znaczy taki dom mniej niż dawniej, podobnie jak wszystko znaczy obecnie mniej niż w wiekach minionych - życie, śmierć, małżeństwo, dziecko, mierzalne ułamkami, trochę tak, a trochę nie, zawsze odwracalne, próbujemy i cofamy się, fraktal zamiast linii prostej, i ani się naprawdę nie zaczyna, ani nigdy się całkiem nie kończy - ale jednak: Dom. Powinna się była Zuzanna wystraszyć, wręcz spodziewała się po sobie lęku i drżącej niepewności, tymczasem odczuwała jedynie spokojne zadowolenie. (...) Zaczęła myśleć nad wycofaniem swoich oszczędności przeznaczonych na mieszkanie.
Tymczasem wraz z majem nadeszło lato, klimat śródziemnomorski i temperatury iberyjskie, Kraków opanowała półnaga młodzież, dziewczęta o jędrnych piersiach i muskularni, opaleni chłopcy; jak w większości miast UE i Ameryki, niełatwo było wypatrzeć ciało ponadczterdziestoletnie, zresztą nikt nie wypatrywał. Czwartkowymi popołudniami, ledwo zaczynał się weekend, Zuzanna i Kamil opuszczali miasto w białym BMW arafat Kamila. Pół godziny na autostradzie - i byli w innym świecie, ciężka woń nagrzanej słomy i świeżego gnoju wisiała nad wiejskimi drogami, BMW telepało się po starym asfalcie, piaskowych traktach, krzywe płoty odgradzały tu zarosłe trawą obejścia, co druga chałupa bezludna, wymarłe całe wioski, zdziczałe kury smęcą się po poboczach, a nad łąkami, po których kiedyś przechadzały się bociany, wirują w wielokolorowych chmurach wielkie motyle, produkt uboczny karpackich Kabalistów Genowych. Bardzo starzy, bardzo brzydcy ludzie siedzą zgarbieni na schodach sklepików, przed kościółkami, jest zbyt gorąco, nie rodzili się do takich upałów, takiego słońca, stuletnia babcia w czarnych okularach prowadzi krowę na zardzewiałym łańcuchu, arafat mija je powoli, “Szczęść Boże”, “Szczęść Boże”, ale tu już Bóg nie ma komu szczęścić, nawet gdyby chciał, bodaj tylko na jeden sposób: przyśpieszając ich śmierć; lecz nie przyśpiesza, czas wsi rozsprzęgł się z czasem miasta, wieś w ogóle nie jest już prawdziwa, to sen majowy, w który zagłębiają się mozolnie na drugim biegu, fale drżącego powietrza zamazują zaraz przebytą drogę, przecież to nie ma prawa być prawdziwe, nie ma w tym żadnej twardej realności, tu można tylko spać, jeść, lenić się zwierzęco, kochać od niechcenia i rozmawiać o banałach - i to właśnie będą robić, czwartek do niedzieli, pod krytą czerwoną dachówką willą dziadka Kamila. Kiedy budowano ją, jeszcze za Jaruzelskiego, wieloletni wysiłek całego rodu - miała ta dwupiętrowa willa zapewnić luksus licznej rodzinie; teraz, toporna i przysadzista w porównaniu z elfią architekturą miast, zapewnia schronienie w cienistej pustce przed pustką słoneczną. Dziadek Kamila wynurza się z półmroku niczym ogr z jaskini. Burczy i warczy, że oderwali go od telewizora, niemniej te wizyty wnuka stanowią dla starca jedyne urozmaicenie, niczego nie odmówi Kamilowi i jego “narzeczonej”. W rzeczy samej mają dla siebie całe piętro - i całą okolicę, pola, lasy, strumienie i rzeczki, źródlanie czyste i pełne ryb, zarośnięte przez brzozy malownicze ruiny PGR-ów, mogą wędrować godzinami i nie spotkać żywej duszy, to znaczy nikogo z ciałem poniżej pięćdziesiątki, jest to ziemia bezludna, czekająca na ponowne odkrycie przez następne pokolenie, dzieci Generacji T będą tu biegać nago pod Księżycem przez elfie lasy, gaje pomarańczowe i ciche winnice, a kroniczne namioty, lżejsze od jaskółczego skrzydła, staną na zielonych wzgórzach...
Z takim szeptem na wargach rozbierał opartą o drzewo Zuzannę na granicy cienia sosnowego lasku, wilgotny pień prostował jej kręgosłup, mrużąc oczy unosiła głowę, ognisty błękit wlewał się w nią teraz także przez otwarte niemo usta, trzeba było się czegoś chwycić, więc wbijała mu palce w ramiona, w boki, przyciągała go do siebie w krótkich szarpnięciach między atakami bezgłośnego śmiechu. (...)
Chropowata kora sosny rzeczywiście drapała boleśnie jej plecy, lecz Zuzanna bała się także o naszyjnik, delikatny klejnot mógł pęknąć w uderzeniach między ich ciałami, odgarniała go na bok, ale wracał, obracając się nieustannie na wszystkich swych osiach, jakby szukając kształtu stosownego dla odbicia formy ich namiętności. Odepchnęła Kamila, wstąpili w słońce. Mrugając, spojrzała ponad jego ramieniem, tam rodził się nowy cień. Nie widziała wyraźnie w blasku majowego południa, ale już była pewna i powstrzymała Kamila, który ciągnął ją na ziemię; drugą ręką złapała kołyszący się między piersiami amulet.
- Popatrz.
- Co?
- Za tobą.
Miasto weszło klinem między las i podmokły ugór popegieerowski, rozpychając przestrzeń na boki i dodając własną. Gdzieś w głębi Miasta bił dzwon, jedno potężne uderzenie na kilkadziesiąt uderzeń ludzkiego serca, i na pierwszy grzmot Kamil poderwał się jak oparzony.
- Holy shit! (...)
Zuzanna, nie czekając, zbiegła po łące ku Miastu. Była boso, zmianę nawierzchni poczuła fizycznie: oto nie stąpa już po ciepłej ziemi Małopolski, wkroczyła do obcego świata. Rrrr-dummmm! Dzwon po raz piąty. Gdzie on bije? Zadarła głowę. Dziesięć metrów nad nią płynął napowietrzny strumień, błyskały w łukowatym nurcie wody czerwono-złote stworzenia - ryby? Znowu osłoniła oczy. Rrrrdummmm! Drżenie powietrza wzbudziło fale na powierzchni wodnego mostu, na zwierzętach nie zrobiło to jednak wrażenia.
- Zuza!
Nie obejrzała się. (...) Szła szybko, pragnąc wchłonąć jak najwięcej w czasie, który jej dano. (Dłoń zaciśnięta na spoczywającym między piersiami klejnocie). (...) Zwierzęta w wodzie na wysokościach i rośliny wiszące - pnącza jakieś puszyste, falujące na ciepłym wietrze, wyciągnęła rękę, by dotknąć, zabrakło pół metra - i ten dzwon nieubłagany, od uderzeń którego serce wpada w arytmię, a myśli rwą się w połowie... Było to miasto opuszczone, ale jednak bez wątpienia jakoś żywe, i mijając każde skrzyżowanie, wychodząc zza rogu budynku, naprawdę spodziewała się natknąć na Nich, na Mieszkańców. Wstrzymywała oddech, rozglądała się z szeroko otwartymi oczami. Co zobaczy? Kogo zaskoczy? Potwora? Anioła?
Co jakiś czas unosiła głowę, by sprawdzić, jakie niebo jej patronuje w tej wędrówce - czy jeszcze ziemski błękit? Bo szczerze już wierzyła, iż jest to metropolia wyrwana z obcej planety, dokonany został nagły przeszczep przestrzeni (a może i czasu), zszyto brutalnie dwa odległe fragmenty wszechświata, szew może w każdej chwili puścić, ale póki co - rrrrdummmm!
Póki co, Zuzanna zwiedza Miasto.