Proszę bardzo

Anda Rottenberg
Proszę bardzo
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    135 x 202
    496 stron
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-7414-571-8

Autobiograficzna książka Andy Rottenberg powstała z co najmniej dwu istotnych powodów. Po pierwsze zadecydował o tym fakt, że w 2008 roku zakończyło się śledztwo w sprawie  identyfikacji ciała jej syna – zaginionego jedenaście lat wcześniej, pogrążonego w narkotykowym nałogu i zmarłego prawdopodobnie na skutek śmiertelnego pobicia.  Tragedię tę zapewne matka zdołałaby zachować dla siebie, gdyby nie to, że jako osoba publiczna – znana historyk sztuki, kuratorka wielu wystaw w kraju i zagranicą, dawna urzędniczka Ministerstwa Kultury i kilkuletnia dyrektorka Galerii Sztuki Zachęta Rottenberg zawsze budziła wiele skrajnych emocji – i to jest drugi powód napisania tej książki. Nie pozwolono jej na samotną żałobę, jak i nie pozwolono wcześniej na dalsze kierowanie jedną z czołowych polskich instytucji wystawienniczych. Proszę bardzo jest więc swoistą spowiedzią autorki, a zarazem próbą przedstawienia osobistej wersji prawdy przed anonimowym trybunałem – czytelnikami. Oczywiście nie chodzi tu o jakąkolwiek winę, chyba że uzna się za nią bycie niezależnym i kontrowersyjnym w decyzjach i poglądach. Ale także o "złe" urodzenie.
Anda Rottenberg urodziła się w roku 1944. Jej matką była Rosjanka, a ojcem polski Żyd. Rodzice poznali się w sowieckim łagrze. Choć autorka wychowała się w Polsce, na jej życiu zawsze odbijało się mieszane pochodzenie i doświadczenia życiowe rodziny. Badania rodzinnych losów i zgłębiania kwestii złożonej tożsamości Rottenberg zajęła się jednak dość późno. Po to w dużym stopniu, by zrozumieć, jak wszystko to wpłynęło na jej syna i dlaczego nie zdołała zapobiec tragedii. Opowieść o rodzinie i historia jej macierzyństwa to jednak tylko dwa z wielu wątków tej książki. Będącej przede wszystkim wyrazem nadzwyczajnej wręcz samoświadomości, umiejętności połączenia ze sobą wszystkich skutków i przyczyn, ale i rozpoznania roli przypadku, odkrycia fatum – a może raczej ironii losu – jakie niewątpliwie zaciążyło na autorce i jej bliskich. Anda Rottenberg powiązała w swojej konfesji to, co trudno ze sobą połączyć: szczerość introspekcji i precyzję narracyjną. Jej opowieść w wielu momentach niełatwo znieść, nie sposób też odżegnać się od wstydu za ciekawość tego, "co będzie dalej", a jednocześnie od poczucia karmienia się tragedią. Usprawiedliwia czytelnika chyba tylko to, że dla piszącej ta książka musiała być rodzajem terapii. Niezwykle bolesnej.

- Marta Mizuro

Anda Rottenberg (ur. 1944) – historyk i krytyk sztuki, kurator wystaw. Przez wiele lat kierowała jedną z najważniejszych polskich instytucji wystawienniczych, Galerią Zachęta. Autorka kompendium wiedzy o polskiej sztuce powojennej, Sztuka w Polsce 1945–2005.

Fragment

Ale tamtego roku jest z nami tylko Kaja z Cyrylem. Żuk, czyli mała Joasia – późne dziecko Joli – bawi się nim jak lalką, a on na to pozwala, bo dzięki temu pozostaje w centrum uwagi. Więc godzi się na bycie obiektem zabawy, na to, że jest układany na kanapie i usypiany, choć nie śpi ani przez chwilę. Nasze labradory kotłują się po mieszkaniu w braterskich sparringach. Fredek nigdy nie ma dość zabawy, Kajtuś natomiast szybko się męczy. Jeszcze nie wiemy, że rozwija się w nim śmiertelna choroba, która go nam niedługo zabierze. I nikt nie mówi o nieobecnym. Tylko o nim myślimy. Kaja, Jola i ja. Potem zabieram Kaję z Cyrylem do siebie.
Sprawdzam wiadomości na sekretarce. Nie dzwonił. Nie zadzwonił ani razu od dnia, kiedy zostawił kartkę. Szukam go od kilkunastu tygodni. Wyznaczam wysoką nagrodę za podanie wiarygodnego kontaktu. Ale wszyscy milczą. Może jutro odbiorę jakiś głuchy telefon? Może odkryję jakiś tajemny znak, jakieś litery na drzwiach, jakąś karteczkę wsuniętą pod wycieraczkę? Nie można się nie odezwać w święta!
Choć przecież była już jedna taka Wigilia, w 1994, zanim poszedł pierwszy raz do więzienia. Roczny Cyryl i cała rodzina Kajki tonąca w niemożliwym do opanowania, odwiecznym bałaganie przepastnego mieszkania na Stalowej, bliskim mi przez podobieństwo do bałaganu legnickiego mieszkania mamy, ustawiczny ruch wokół stołu, pożyczone opłatki, chaotyczne życzenia i ukradkowe spojrzenia na pusty talerz „dla niespodziewanego gościa”. Nie mieliśmy pojęcia, że w szczuplutkim ciele Alicji kiełkuje już maleńka fasolka, która w sierpniu następnego roku otrzyma imię Zofia.
Teraz jednak, w czasie tych konkretnych świąt, Zosia ma już kilkanaście miesięcy, jutro pojedziemy do niej z Cyrylem, dzieci powinny wiedzieć, że są rodzeństwem, zadbam o to, żeby rosły w poczuciu rodzinnej więzi. Ale jeszcze jest dzisiaj, jeszcze trwa wigilijna noc i Kaja umawia się z Hanką na pasterkę. Będą śpiewać Lulajże, Jezuniu…, będą witać Pana. Układam Cyryla do snu. Kajtuś cichutko mości się obok niego, leżą głowa przy głowie, dziecko i szczeniak. Z punktu widzenia Kajtusia zajmują to samo miejsce w stadzie. Zostaję wśród nocnej ciszy przy świecącej choince. Może zadzwoni?
Mogło to już być po wizycie u tej okropnej facetki w Aninie, żeby może coś ustaliła dzięki darowi jasnego widzenia. Przyjęła mnie niechętnie. Przełykając ostatnie kęsy kolacji, wyjęła zatłuszczone karty, kazała przełożyć, zupełnie jak pani Janka z parteru w zamierzchłych czasach, kiedy owiana dymem papierosów „Sport” mówiła: – Przełóż, Andziu, dwa razy lewą ręką od siebie, od serca – i opowiadała mi o dalekich podróżach, o przygodach z blondynem wieczorową porą i sprawach w państwowym domu. Ta z Anina nie kazała przekładać od serca i nie mówiła o przygodach. Milczała. Kilkakrotnie przetasowała karty, ułożyła ponownie i poprosiła o zdjęcie. – Muszę się nad tym zastanowić – oznajmiła – dookoła tej sprawy jest ciemno, proszę zadzwonić za kilka dni. – Kiedy zadzwoniłam, zbyła mnie krótkim: – Nie widzę aury, on jest zimny! – Poczułam nienawiść. Jak śmiała użyć takich słów? I wyparłam tę rozmowę. Funkcja delete. Skasuj! Nikomu o niej nie wspomniałam. Przeciwnie, zabrałam Alicję gdzieś do Płocka, do komisariatu, w którym – jak twierdził kolega Mateusza Karol – mają jakiś trop.
Odnajdywali się w warszawskim światku, najpierw dziecięcym, potem młodzieżowym, powodowani tajemną siłą złego przyciągania. Najpierw z synem umierającego poety. Potem z synem filmowego gwiazdora. Przez chwilę krążył wokół nich syn znanego projektanta, a wreszcie przylgnął Karol, syn generała, urodzony już po śmierci ojca. Licytowali się kiedyś, czyj tata najgorszy. Wygrał Karol, oznajmiając spokojnie, że jego ojciec był mordercą. Zwycięstwo w tych zawodach wynosiło Karola ponad inne, bardziej zwyczajne generalskie dzieci i pozwalało na partnerstwo z niezwykłymi cywilnymi. To ich miał na myśli Mateusz, kiedy mówił, że koledzy robią karierę, a on postanowił się zmarnować. Istotnie, wszyscy jakoś sobie poradzili z ojcami i z życiem. Z wyjątkiem Karola. Karol towarzyszył Mateuszowi w braniu, choć zrywał kontakty na czas jego odsiadek. Pojawił się kiedyś na Dzikiej, chudy jak Piotrowin, z ziemistą, postarzałą twarzą. – Program metadonowy – wyjaśnił. I wówczas właśnie opowiedział o Płocku: że Mateusz miał tam sprawę karną, więc mógł pojechać i podobno w tamtych okolicach został znaleziony. Nie jest taki głupi, myślałam, żeby opowiadać bzdury z czystej chęci dostania nagrody. Przecież wie, że najpierw sprawdzę. Nie robił też tego z przyjaźni, narkomani nie mają przyjaciół. Wiedziałam o płockim procesie. Dlatego pojechałam. Dyżurna policjantka wyjaśniła, że nikogo takiego nie zatrzymali, a gdyby go znaleźli nieżywego, to by poznali „po paluchach”. Takie mają procedury. Akurat niedawno znaleźli jednego NN, porównali „paluchy” z kartoteką i wyszedł im kto inny. Ciekawe, dlaczego ci z komendy na Mokotowie nie porównali „paluchów” z kartoteką? Albo jednak porównali i też im wyszedł kto inny?
Więc czemu po tym wszystkim nadal czekałam na telefon? Nie czekałam. Albo raczej nie było tak, że czekałam. Czekanie jest brakiem akcji. Jest najgorszym z możliwych stanów. Jest poddaniem się czynnikom zewnętrznym, uzależnieniem od woli kogoś innego. Czekanie nie jest zgodne z moją naturą; jestem niecierpliwa. Więc nie było to czekanie w klasycznym znaczeniu. Nie czekałam podręcznikowo. Żyłam jak gdyby nic się nie stało. Trochę zbyt pracowicie. Trochę za szybko. Od wernisażu do wernisażu, od wyjazdu do wyjazdu, z przerwami na dojmujące, nieradosne święta i odptaszkowane sylwestry. Dopiero po dwóch latach zdecydowałam się na formalne zgłoszenie zaginięcia. Wynika z tego, że wcześniej jednak na coś liczyłam. Że wierzyłam w ten powrót. Apelowałam przez telewizję, żeby się odezwał. Bardzo życzliwy pan z Itaki pomagał mi sformułować zakodowany apel, złożony z konfiguracji znanych mu imion – żeby był zrozumiały tylko dla niego i żeby go nie namierzyła ani policja, ani Miasto. Wieści z Miasta także nie było. Miasto nabrało wody w usta. Miasto upierało się przy wersji, że od grudnia nikt go nie widział. Jeśli nawet ukrył się gdzieś bardzo głęboko, myślałam, to przecież będzie umiał rozkodować słowa, jakimi go wzywamy. Takie były intencje. Ale nie nadszedł sygnał, że odebrał wołanie.