Po śniadaniu

Eustachy Rylski
Po śniadaniu
  • Świat Książki
    Warszawa 2009
    144 strony
    125 x 200
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-247-1420-9

Po śniadaniu to zbiór szkiców poświęconych – najoględniej mówiąc – literaturze. W siedmiu esejach składających się na tę książkę Eustachy Rylski przedstawia swoje fascynacje literackie, daje zarys prywatnego kanonu pisarzy i postaci literackich, snuje rozważania o sztuce pisarskiej, a przede wszystkim opowiada o sobie jako czytelniku i głosi pochwałę czytania. Rozważania o sprawach literackich są tu poniekąd pretekstem. Eseista chce mówić o świecie własnej młodości, z którym bezpowrotnie utracił kontakt. To wtedy – w połowie lat 60. ubiegłego wieku – przeczytał dzieła, które w jakiejś mierze przesądziły o jego losie, ukształtowały jego charakter i trwale zawładnęły jego wyobraźnią. Stąd też pierwszoplanową bohaterką Po śniadaniu jest nostalgia. Rylski wraca do dawnych przeżyć lekturowych i jednocześnie do dawnego siebie. To interesujący zwrot w twórczości autora, który wcześniej stronił od jakkolwiek pojmowanego autobiografizmu. Tu po raz pierwszy otwarcie mówi o sobie, miejscach i ludziach, z którymi ongiś był związany. Choć książka Rylskiego jest objętościowo skromna podsuwa sporo spraw do przemyślenia. Być może najciekawszym wątkiem Po śniadaniu są rozważania o idealnym czytelniku. Eseista kreśli piękną utopię odbiorcy dawnego typu, czytelnika dziś już niemożliwego. Kim on był? Kimś czytającym na potęgę i zachłannie. Jeżeli ów idealny czytelnik uznał któregoś z pisarzy za swego – jak to się zdarzyło Rylskiemu na początku lat 60. w odniesieniu do Hemingwaya – nie tylko bezwzględnie czytał wszystko, co było sygnowane nazwiskiem ulubieńca, ale znał jego dzieła niemal na pamięć. Czy to postaci literackie, czy cząstki fabuły traktował jako napisane specjalnie dla nas (to status epizodycznej postaci pochodzącej z jednego z opowiadań Turgieniewa). Bohaterowie powieści (np. główna postać Dżumy Camusa) wchodzili w rolę moralnych autorytetów, a sami pisarze – Rylski pisze w ten sposób o Malraux – stawali się nauczycielami życia, idolami, których chciało się naśladować. Kiedyś – przypomina eseista – literatura była ważna i poważna, kontakt z nią był w równej mierze spotkaniem z cudzą fantazją, jak i „czytaniem” oraz „przeżywaniem” samego siebie. Niestety, nic nie wskazuje na to, żeby tamte nastawienia i praktyki powróciły.

- Dariusz Nowacki

Fragment

1
Wspominam czasy, kiedy słońce nie powodowało czerniaka, od alkoholu nie dostawało się marskości wątroby, skleroza nie brała się z dobrego jedzenia, seksowi nie towarzyszyło niebezpieczeństwo AIDS i, co najważniejsze, papierosy nie miały związku z rakiem płuc, to znaczy wspominam czasy, w których poznałem pannę Holly Golightly ze "Śniadania u Tiffany’ego".
Miałem wtedy osiemnaście lat i nie wiem, skąd brał się we mnie pogląd, że czeka mnie dobre życie. Nie wdając się w szczegóły, przeciwko takiej opinii o sobie samym przemawiała cała otaczająca mnie rzeczywistość, a za nią marzenia, którym oddawałem się bez miary, i utracona z latami umiejętność cieszenia się zmysłową, więc nic niekosztującą stroną życia. Upalne lato 1963 roku nie powtórzyło się już nigdy.
(..)
2
Bo jakby nie patrzeć, jakby się nie krygować i jakby się nie zarzekać, lektura "Śniadania u Tiffany’ego" stała się jedną z moich najbardziej zapamiętanych, więc najważniejszych literackich przygód. Ale czemu?
Byłem już dorosły, po wszelkich możliwych literackich inicjacjach. Miałem już za sobą rosyjską klasykę, Iwaszkiewicza, Camusa, Mauriaca, byłem na bieżąco z Hemingwayem, próbowałem Faulknera i nie mogłem nie zauważyć, że w porównaniu z Buninem seksapilu w "Śniadaniu..." tyle, co kot napłakał, w porównaniu z opowiadaniami Iwaszkiewicza nie ma w nim czułości, wzruszenia, zmysłowości, wolne jest od Turgieniewowskiej charyzmy i zniewalającej prostoty jego opowieści, że lektura Gogola uzmysławia nam, na czym polega różnica między poczuciem humoru a jego udawaniem, że nawet wdzięk, ta ostatnia pisarska deska ratunku ma w "Śniadaniu u Tiffany’ego" urodę przysłowiowego kwitu na węgiel. (…)
A jednak ilekroć spotykam dziewczynę o sylwetce chłopca, to przychodzi mi na myśl panna Golithly w podróży lub na miejscu. Kiedy mam do czynienia z onieśmielonym, nic nierozumiejącym poczciwcem, to widzę tak nieczule, samolubnie i prostacko porzuconego przez Holly końskiego doktora z Tulip w Teksasie. Jak patrzę na wysokie, kruche modelki, mam przed oczyma Mag Winwood, której się w końcu tak bardzo powiodło z milionerem Rustym Trawlerem. Uczestnicząc w wysilonym, przeludnionym przyjęciu z nudą tężejącą w powietrzu i tym rodzajem skrępowania, którego nie jest w stanie rozluźnić żaden alkohol, przypominam sobie to, na które Holly zaprosiła narratora do swego ciasnego, nowojorskiego mieszkania.
A potok słów przypadkowo spotkanych młodych kobiet próbuję zahamować uwagą, że gada tak, jakby była dziewczyną od Tiffany’ego, a przecież na pierwszy rzut oka widać, że nią nie jest. Naturalnie, nie zapominałem innych literackich postaci, z ukochanymi zwierzętami włącznie, bywało, że obcowałem z nimi w miarę upływu czasu coraz częściej i mocniej, ale jak to się w ogóle stało, że moją pamięcią na tak długie lata zawładnęły te Capote’owskie kukiełki?
(..)
Zaletą pierwszą tego opowiadania o pojawieniu się i zniknięciu drobnej kurewki i jej kompanów jest niezobowiązanie. Autor nie czuje się zobowiązany wobec swoich bohaterów, oni nie zobowiązali się wobec siebie, wobec nich nie zobowiązuje się czytelnik, a oni odpłacają mu tym samym. Nie dlatego tylko, że biorą życie jak leci, są nieprawdziwi i pospolici, że rówieśnicy narratora w tym samym czasie toczą ciężkie walki na Półwyspie Apenińskim, a pół roku później wykrwawią się na plażach Normandii, ale dlatego, że niczego od nas nie żądają, niczym nas nie męczą, wobec niczego nas nie stawiają. I nie udawajmy, że to nam nie pasuje.
Tam nie ma doktora Rieux z "Dżumy", który onieśmiela nas swoją spokojną odwagą. Tam nie ma Lorda Jima, zobowiązującego nas do współodpowiedzialności za katastrofę „Patny”. Nie szwenda się po tej historyjce Raskolnikow z tą swoją nieznośną moralną chybotliwością, nie terroryzuje nas żaden pieprzony Karamazow, nie irytuje książę Myszkin i nie chce nam przylać Faulknerowski Bayard Sartoris, a Wiktor Ruben od "Panien z Wilka" nie męczy swymi nostalgiami.
(…)
Capote’owskie postaci mówią nam: poszwendaj się z nami tu i tam, poobijaj się, posłuchaj, jak chrzanimy bez sensu, poopalaj się z dziewczynami na schodach
przeciwpożarowych, pogadaj z O.J. Bermanem o swojej filmowej karierze, której nigdy nie zrobisz, posiedź przy barze u Joe Bella, a jak się znudzisz sobą lub nami, miastem czy życiem, to nie zatrzymujemy. A na odchodne mówimy, nie martw się o jednookiego kota, da sobie radę. Jeżeli pierwszą zaletą "Śniadania u Tiffany’ego" jest ogólne niezobowiązanie, to druga zaleta z niej się bierze, a jest nią młodość.
Wielkiemu Tomaszowi Mannowi nie udało się napisać niczego, co by było przed siedemdziesiątką. Jego niesłusznie zapomniany rówieśnik Mauriac też nie pisał młodziej, a każda powieść Virginii Woolf natychmiast zgrzybiała od starości.
Cenię w literaturze starość, nie dojrzałość, lecz mądrą, wyzbytą z pragnień starość, sam takiej literatury próbuję, jeżeli jestem w stanie przyjąć artystyczne nowatorstwo, to tylko pod warunkiem, że jego rdzeniem jest starość, jak u Witkacego z jego wszystkimi trwogami, ale w czasach, które wspominam, nie mogła to być moja preferencja.
Od dzieciństwa naznaczony starością, wychowywany przez starych ludzi, poddawany starym rygorom i rytuałom, uległem niespożytej młodości z jej impetem, egoizmem i nadziejami na wszystko. Nie mogłem znaleźć w literaturze niczego, co by w równym stopniu jak opowiadanie Capote’a korespondowało z moim stanem.
I nie znalazłem do dzisiaj.
(…)
"Śniadanie u Tiffany’ego" budzi za sobą żal jak kobiety, które nas opuściły, bośmy spowszednieli, zbrzydli, zestarzeli się, przygnębiająco zmądrzeli. Nie jesteśmy przez to gorsi, a one lepsze, ale to one odchodzą, jak odeszła dziewczyna o figurze chłopca z całą swoją menażerią, a "Czarodziejska góra" trzyma się mnie kurczowo jak rzep psiego ogona. I nie ma takiej siły, by przepędzić w cholerę tę najwyższą mądrość, najwytrawniejszą wytrawność, najpiękniejszą piękność, najabsolutniejszą literacką doskonałość, a ręka, ukrywał tego nie będę, czasami świerzbi. Zamieniam w ciemno siebie, jakim jestem, na tego, który upalnego, długiego lata 1963 roku poznał pannę Holly Golithly. Zamieniam pisarzy, których podziwiam, w których znalazłem oparcie, z którymi łączy mnie powinowactwo dusz, z którymi, jak sądzę, zaprzyjaźniłem się, na Trumana Capote’a, jakim był wtedy, gdy napisał historię Holly i jej kompanów. Zamieniam jedno i drugie po to chociażby, żeby być znowu przed śniadaniem. Za każdą cenę przed śniadaniem.
U Tiffany’ego czy gdziekolwiek indziej.