Gugara

Andrzej Dybczak
Gugara
  • Zielona Sowa
    Kraków I 2008, II 2012 (Czarne)
    140x200
    180 stron
    ISBN 978-837435-796-8

Do tej pory głównym specjalistą, jeśli chodzi o polskich pisarzy, od opisywania dalekich rubieży Rosji, miejsc bardzo rzadko odwiedzanych przez turystów, był Mariusz Wilk, autor choćby Tropami rena. Niespodziewanie pojawił się jego - groźny, jak sądzę - konkurent, młody pisarz Andrzej Dybczak (rocznik 1978), który niedawno wydał Gugarę. Dybczak, z wykształcenia etnolog, wybrał się w odległy zakątek Syberii, do wsi, do której równie trudno się dostać, jak i z niej wyjechać (autor opisuje długie oczekiwanie na śmigłowiec). Mieszkał tam i zaprzyjaźniał się z przedstawicielami tamtejszej rdzennej ludności, Ewenkami. O ile Wilka bardzo interesuje historia i kultura odwiedzanych ziem, co sprawia, że jego prozie podróżnej blisko do erudycyjnych esejów, o tyle autor Gugary skupia uwagę przede wszystkim na teraźniejszości i życiu codziennym obserwowanych ludzi. A nie jest ono łatwe. Dybczak poznał je od podszewki, mieszkając zarówno w zapyziałej wiosczynie, jak i w tajdze, w czumach, czyli swego rodzaju namiotach, podczas wypasu reniferów. Ewenkowie właściwie zatrzymali się w pół drogi między tradycyjnym, prastarym modelem życia a tym współczesnym. Niby wciąż żyją przede wszystkim z hodowli reniferów (przynajmniej ci, którzy nie przepili swoich stad), mieszkają w czumach, mówią w swoim języku, ale nie potrafią już na dłużej zrezygnować z cywilizacyjnych udogodnień (fakt, że mizernych). Historia, zmiany, jakie próbowano narzucić im w czasach Związku Radzieckiego, przeorały ich świadomość i zaburzyły tożsamość. Nic więc dziwnego, że gnają ku samozagładzie - młodzi giną często w absurdalnych awanturach albo próbują szczęścia (najczęściej bez efektów) w świecie, starsi zapijają się na umór. Nie przez przypadek chyba pod koniec książki Dybczak umieścił dwie znaczące sceny: pogrzebowego konduktu i folklorystycznego festynu. Ewenkowie albo wyginą, albo zostaną zamknięci w folklorystycznym skansenie, gdzie będą powtarzać gesty i zachowania, których już nawet do końca sami nie rozumieją - zdaje się sugerować autor.
Dybczak o tych zapomnianych przez resztę świata ludziach pisze wyraziście, bez złudzeń, lecz jednocześnie z pewną czułością (choć szorstką). Podobnie jak o tamtejszej przyrodzie, w dużym stopniu zdewastowanej przez człowieka, ale wciąż fascynującej surowym pięknem.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Z zamkniętymi oczami, mikrofonem przy ustach i rozczapierzonymi w uniesieniu palcami, śpiewał tęskną pieśń. Na czas refrenu zamieniała się w podniosły hymn, który zdawał się unosić jego niewielką postać ponad lśniącymi od deszczu deskami sceny. Sprawiał wtedy wrażenie kroczącego po tafli ciemnego jeziora, samotny i maleńki, asystowały mu jedynie dwa czarne stojaki na mikrofony i rzędy powiązanych w pęki kolorowych balonów. Od czarnych lakierek aż po poły niebieskiej marynarki, wszerz i wzdłuż biegły srebrne lampasy, koraliki ułożone w etniczne motywy, tasiemki. Błękit kostiumu stracił nieco na intensywności nasiąknięty wodą, której nie szczędziło mu mętne niebo i mgła, skrywająca boisko w Turze wilgotnym welonem. Za to wszystkie dodatki, którymi był pokryty, wręcz przeciwnie, im więcej deszczu w nie wnikało, tym wydawały się bardziej kolorowe. Lśniły romby z cekinów, wyszyte na wielkim krawacie i wzory z koralików, którymi pokryte były niebieskie klapki na uszy. Artysta poruszał pulchnymi ustami i wyglądał jak egzotyczny ptak, który na tle eternitowych szop, rozpartych za estradą, odprawiał jeden ze swoich skomplikowanych rytuałów godowych. Pewnie nie zdawał sobie sprawy, że głośniki wysiadły, bo z namaszczeniem przytykał sobie mikrofon do warg. Jednak aksamitny glos nie docierał dalej niż do pierwszej linii widzów, opartych wprost o wysoką scenę u jego stóp. Ukłonił się nisko, koniec utworu. Z widowni posypały się słabe i rozproszone jak ona sama owacje, wystarczająco głośne, by spłoszyć grupę przycupniętych na linii wysokiego napięcia ptaków, które przeniosły się parę metrów dalej. Wkrótce oklaski zamarły i piosenkarz rozpoczął wykonywanie kolejnego utworu. Tym razem gestykulował, płynnie zakreślając po niebie łuki i koła, co mogło sugerować pieśń o pięknie rodzinnej krainy. Publika słuchała, nadstawiając uszu. Właśnie występował gościnnie gwiazdor piosenki jakuckiej, którego słuchali nie tylko po całej Rosji, ale i podobno we Francji jego płyta odniosła sukces sprzedażowy. Nikomu z zebranych nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Wpatrywali się więc uważnie w ruchy warg piosenkarza, pragnąc choć w ten sposób odgadnąć głębszy sens wykonywanej na scenie pantomimy. Ludzie stali w grupkach, chowając się pod parasolami, kapturami czy w jednym z czterech czumów rozbitych przed estradą. Podawano w nich kiełbasę, piwo i szaszłyki. Po bokach rozlokowano nakryte ceratą stoły, zastawione puszkowanym piwem i górami parującego na deszczu mięsa. Przy nich głównie tłoczyli się mężczyźni, a że przed chwilą zdarzyła się jakaś bijatyka, to towarzyszyli im też ochraniający imprezę dwaj milicjanci i jeden major miejscowego WKU w ogromnym naleśniku na głowie. Cała trójka miny miała nietęgie, zwłaszcza gruby major, z którym zeszłej nocy jeździliśmy pijani na motorze za wódką. Znaleźliśmy ją w końcu w dolnej szufladzie biurka na WKU właśnie, bacznie obserwowani z portretu przez miejscowego bohatera Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Uwaczana. Podobno przeszedł po dnie Dniepru z kablem telefonicznym w zębach, ratując w ten sposób ginący pod nawałą artyleryjską przyczółek. Teraz sami wyglądali, jakby zbawić ich mogła tylko duża ilość pitnej wody. Reszta, głównie kobiety i dzieci, brała czynny udział w wydarzeniach scenicznych, żywo reagując na każdego nowego wykonawcę uświetniającego obchody Międzynarodowego Dnia Rdzennych Ludów Świata, w skrócie dnia aborygena, jak poinformował mnie major. W oddzielnych grupkach trzymali się Tadżycy. To któregoś z nich zresztą chyba przed chwilą pobito, więc byli raczej ostrożni i spode łba rozglądali się po kątach, gdzie wystawali, żłopiąc piwo ich blond adwersarze. Stały ruch odbywał się także na granicy boiska. Znajdował się tam wielomiejscowy wychodek, do którego prowadziła ruchliwa, błotnista ścieżyna. Na mokrych ławkach odpoczywali pijani z głowami między nogami, za towarzystwo mając plastikowe kufle wypełnione deszczówką i pogięte puszki. Wszystko to jednak stanowiło tylko tło dla sceny, gdzie swoją bezgłośną pieśń wykonywał jakucki gwiazdor. Swój występ zaczynał w duecie, wspomagany przez naczelnika wioski Jesjej, jedynej jakuckiej osady w Ewenkiji. Gamoniowaty urzędnik stremował się trochę, a akurat wtedy, jak na złość, głośnik działał bez zarzutu. W efekcie, zamiast pełnej operowego patosu pieśni, wyszło mało melodyjne miau, miau. Potem było już znacznie lepiej, aż do awarii. Wcześniej odbywało się wiele innych występów miejscowych artystów, które cieszyły się zmienną popularnością. Powodzenia nie miały na przykład chrapliwe songi sobowtóra Wysockiego w wersji ryży blond. Walił w struny i charczał:

Kto na zwierzynę to nie polował
Życie swe zmarnował...

Pozostawało mu tylko wbijać wzrok w zaciągniętą tajgę na wzgórzach i marzyć o frekwencji takiej jak u Jakuta. Jednak sukces niósł też ze sobą pewne zagrożenia. Zmęczona nadstawianiem ucha publika zaczęła w końcu pękać. Na scenę, roztrącając wiązki baloników, wgramolił się jeden ze słuchaczy. Chęć wystąpienia publicznego aż go rozpierała, sama uginając mu kolana w mało rytmiczne kaczuszki. Przez pewien czas na scenie rozgrywały się wiec dwa spektakle naraz. Jeden profesjonalny, odziany w bajecznie kolorowy kostium z nausznikami i drugi spontaniczny, w czarnej skórkowej kurtce, okularach przeciwsłonecznych i o dwa numery za dużych białych adidasach. Ta żywcem wyjęta z otchłani ruchu New Romantic dywersja trwała wystarczająco długo, by piosenkarz skończył utwór i pożegnał się, a sam partyzant stracił rezon i dal się sprowadzić jednej z pan koordynujących. Tama została jednak przełamana, o czym miały się przekonać występujące w następnej kolejności przedstawicielki kółka ukraińskiego. Tłum na widowni gęstniał, mokre kurtki parowały, a bajoro biota, w jakie zamieniono murawę, chlupotało pod nogami. Znowu jakąś draka przy stole z piwem, ktoś kogoś solidnie okładał, podczas gdy moi milicjonierzy zdąży1i zniknąć już gdzieś z teatru działań. Tymczasem trzy Ukrainki śpiewały, pokazując kolana i wachlowały uczernionymi rzęsami przy każdym zmysłowym przytupie. Miały długie blond warkocze, wielkie piersi i starannie wpięte we włosy bogactwo plastikowych kwiatów, ułożonych w narodowe wieńce. Statecznie poruszały szerokimi biodrami i zdecydowanie nie potrzebowały żadnego nagłośnienia, by rozpalić widownię do czerwoności. Pierwsi nie wytrzymali Tadżycy. Jeden z nich, młody i przystojny, wskoczył potężnym susem na estradę. Szczerząc sic w ekstazie, rozłożył ręce i, strzelając palcami, zaczął przestępować płynnie z nogi na nogę. Bił przy tym rękami o pięty i robił piruety, a wtedy jego długi aż do kostek kaftan wirował razem z nim, zamiatając haftowane przepaski. Po chwili wszystkie trzy kobiety znalazły sic już w środku wirującego kręgu śniadych wąsaczy. Bynajmniej nie dały się zbić z pantałyku, przeciwnie, mocniej stukały obcasami, zarzucały grzywami i odsłaniały w szerokich uśmiechach skarbnice posztukowanych złotem szczęk. W odpowiedzi krąg wokół nich zacieśnił się jeszcze bardziej, ktoś puścił disco z nagle działającego głośnika. Na deski, z głośnym hukiem pękających balonów, zaczęły wskakiwać kolejne postacie: dziewczyny z ewenkijskimi diademami, ubrani w skórzane kurtki robotnicy, sklepikarka na szpilkach. Prędko scena zapełniła się po brzegi tańczącymi, ciasno stłoczonymi postaciami, spowitymi do reszty w ulewę. Tam, gdzie wcześniej była publiczność, zostało tylko wydeptane błoto, pełne puszek i kufli. Na pustych ławkach dogorywali pijacy.