Miód i wosk

Krzysztof Lipowski
Miód i wosk
  • słowo/obraz terytoria
    Gdańsk 2008
    143x205
    144 strony
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-7453-750-6

Miód i wosk Krzysztofa Lipowskiego to literatura – jak dziś ją chętnie się określa − postpamięci: pokolenie dzieci ofiar Zagłady, II wojny światowej, obozów koncentracyjnych, łagrów, deportacji i przesiedleń powraca do traumatycznych przeżyć, którymi zostało naznaczone pokolenie ich rodziców i dziadków. Na książkę Miód i wosk składają się cztery opowiadania. Wszystkie one związane są z leżącym w zatoce Gdańskiej rodzinnym miastem autora, Puckiem. Opowiadają o dramatycznych losach polsko-niemieckich mieszkańców tego portowego miasteczka, przez które przetoczył się walec historii. Tytułowe opowiadanie Biała koszula ojca to historia końca polskiego świata w Pucku wraz z wybuchem wojny we wrześniu 1939. Gaśnięcie jest historią Paula, mieszkańca Pucka, studenta teologii z Tybingi, zmobilizowanego tuż przed wybuchem wojny i poległego na froncie wschodnim. Zastygła w brązie to portret Lisy, młodej dziewczyny, w rodzinnym Pucku gorącej zwolenniczki nazizmu, po wojnie osiadłej w Berlinie i dożywającej w goryczy i samotności swoich dni. Zamykające książkę opowiadanie Zbierający popiół stanowi opowieść o zagadkowym dla samego bohatera powrocie po wielu latach, do miasteczka i kraju lat dziecinnych. To także jakby mniemany wariant losu autora gdyby jego rodzinna historia potoczyła się inaczej i okazał się, z wyroków historii, Niemcem. Wypracowana z pieczołowitością dla historycznego szczegółu, świetna literacko proza Lipowskiego, pozostaje wolna od nienawiści i uprzedzeń, łatwych osądów i moralizatorstwa. Przynosi wizję końca świata sąsiadów, niekiedy wręcz polsko-nienieckich rodzin, portrety ludzi, którzy z dnia nadzień, niekiedy mimowolnie powodowani lojalnościami, które okazały się fałszywe i zabójcze, stali się wrogami i zniszczyli swoje życie. Pamięć ran i urazów, która dla jednych staje się brzemieniem ponad siły, dla innych okazuje się impulsem pozwalającym na wypracowanie nowych tożsamości.

- Marek Zaleski

Krzysztof Lipowski (ur. 1961) doktorant Uniwersytetu Gdańskiego, nauczyciel. Miód i wosk jest jego literackim debiutem.

Fragment

Lisa leżała w łóżku, mając w pamięci plakat, od którego wszystko się zaczęło. Zobaczyła go po raz pierwszy w poczekalni naszego dworca. Ściany kolejowego budynku były szare i odrapane i na ich tle kolorowy plakat widniał jak duże pudło słodkich czekoladek z najlepszego składu na rynku. Młoda, ubrana na czarno dziewczyna o niebieskich oczach i blond włosach spoglądała bardzo pewnie. W spojrzeniu tym odbijał się charakter połączony z silną wolą. Ręka dziewczyny z plakatu była uniesiona w geście zwycięstwa. Lisa często przychodziła na dworzec, aby chłonąć kolorowy afisz, który był obietnicą nowego życia i zachęcał do udziału w zebraniach w najpiękniejszej willi nad zatoką.
Jakież było jej zdumienie, kiedy odkryła, że posiada taki sam profil, jak dziewczyna z plakatu. Gdy zaczesała włosy do góry, delikatny rysunek jej nosa był równie wyrazisty. Po raz kolejny obejrzała w kinie czarno-biały film z Mariką Rökk i już wiedziała, że kobieca postać z plakatu to właśnie ona. Tak, to była Marika Rökk! To ona zachęcała do wstąpienia w szeregi Bund Deutscher Mädel!
Zawsze miała w pamięci wieczór, kiedy wszystkie dziewczęta zgromadziły się nad brzegiem zatoki. Ubrane w białe bluzki i błękitne spódnice sięgające do kolan, uklękły przed sztandarem ze swastyką. Uniosły prawe ramię, czubkami palców dotykając powiewającej płachty. Na twarzach stojących drgały światła pochodni, przypięte do wysokich drzewc sztandary łopotały głośno na wietrze. Na znak przełożonej odmówiły święte formuły przysięgi zakończonej gromkim okrzykiem i odśpiewały pieśń dziewcząt BDM. Przełożona rytualnym gestem wręczyła każdej przedmiot przypominający kształtem broszkę – na ciemnym tle widniał jasny krzyż, który składał się z czterech odwróconych greckich liter T. Tego wieczoru Lisa odkryła w sobie radość śpiewania nowych narodowych pieśni i zapisała słowa niektórych w swoim prywatnym pamiętniku.
Teraz już mogła chodzić główną ulicą naszego miasta w biało-niebieskim uniformie. Kupowała lepszy chleb i więcej par pończoch. W kawowych ogródkach zamawiała wrzątek, którym zalewała własną, prawdziwą kawę. Maczała w niej wyniesione potajemnie z domu kruche ciasteczka, które w każdy czwartek piekła Cecylia. Wynosiła je tak dyskretnie, że na stole nie pozostał nawet maleńki kryształek cukru.
Oczekując niecierpliwie wyjazdu na obóz letni do Prus Wschodnich, zapisała się tymczasem na kursy oszczędnego gospodarzenia i wiedzy o gospodarstwie domowym. Spotkania odbywały się w każde popołudnie, w dawnym żydowskim domu modlitwy. W rogu swojego pokoju pielęgnowała starannie kącik z wizerunkiem wodza, który spoglądał na nią każdego ranka i wieczora w otoczeniu kwiatów i świec. Wiedziała, że jest bezpieczna i potrzebna narodowi oraz że nie może się już poddawać dawnym odruchom próżności. Nawet zmniejszony przydział czekolady na prawdziwie germańskie święta Bożego Narodzenia nie bardzo ją zmartwił. Czuła, że teraz jej życiu nadano wyższy porządek.
W niedzielne przedpołudnie jak dawniej wychodziła z domu do kościoła. Odświętnie ubrana tuż za rogiem domu skręcała szybko w prawo, chowając się przed wzrokiem matki. Kuchennymi drzwiami powracała do pokoju z portretem führera.
Na co dzień ubierała się najprościej z suchą, kostyczną manierą. Już nie używała ulubionych niegdyś perfum, nawet tych najtańszych, francuskich, których od jakiegoś czasu dużo było w naszych sklepach. Nadal lubiła czarno-białe filmy z Mariką Rökk wyświetlane w małej salce kinematografu. Przed seansem można było kupić w hallu czekoladowe cukierki. Od czasu, gdy właściciel kina otrzymał od Horsta Wahrsiega fortepian (ten sam, który stał niegdyś w najbardziej okazałej sali Domu Kuracyjnego), nie musiała stać w kolejkach po bilet. Wchodziła wraz z żołnierzami Wehrmachtu, którzy ostatnio licznie przyjeżdżali na przepustkę. Po skończonym seansie filmowym udawała się na spacer w kierunku Zielonego Mostku.
Każdego popołudnia Lisa z dumą przywdziewała strój dziewcząt z BDM. Była raczej niewielkiego wzrostu, lecz, gdy szła na zebranie główną ulicą do willi nad zatoką, prostowała się, a jej głowa majestatycznie sunęła ponad głowami przechodniów. Cieszył ją ten stan i malejące z dnia na dzień poczucie niższości. Chciała zapomnieć o głębokiej zazdrości, której doznała, podglądając życie towarzyskich elit. Pamiętała lato trzydziestego dziewiątego roku, kiedy dyskretnie obserwowała, jak w willowych ogrodach pod sklepieniem z kasztanowców przesiadywały żony polskich oficerów. Widziała jak tańczono fokstrota przy dźwiękach z patefonu, palono długie papierosy i popijano kolorowe likiery. Przyglądała się młodym damom, które nosiły lśniące, zwiewne sukienki i słomkowe kapelusze ze szpilkami z szylkretu. Najbardziej podobała się Lisie suknia majorowej z najbledszego błękitu z falbankami z przejrzystego muślinu.
Gdy w ostatnich dniach sierpnia ten sam patefon zamilkł wreszcie, w wielu pokojach słychać było nerwowe dzwonki telefonów i pospieszne, kobiece kroki. W domach nad zatoką zaległa cisza. Wkrótce jednak rozsypany cukier chrzęścił pod ciężkimi butami żołnierzy. Niemcy wkraczali z wrzawą i pewnością siebie, mówili językiem, który nie miał w sobie słowiańskiego szelestu i miękkości. Rozsiadali się z lubością w przyniesionych z ogrodu wiklinowych fotelach i szukali cienia przed zadziwiająco upalnym słońcem września. Ich twarze były gładko ogolone i pachniały „Echt Kölnisch Wasser”, butnym zapachem zdobywców. Wszędzie rozbrzmiewał głośny śmiech, otwierano butelki szampana, z których jasnoseledynowy płyn lał się obficie na znalezione w szafach białe obrusy. Tego dnia z frontowej elewacji odkręcono tablicę z białym orłem, który wolno opadał na ziemię, jakby na przekór oczekiwaniom pijanych oficerów Wehrmachtu. Aż wreszcie zawisł głową w dół. I znieruchomiał na długo.

Kilka tygodni później dziewczęta z BDM skrzętnie zbierały rozsypany cukier, zamykały otwarte drzwi dębowych komód, szaf i nocnych stolików. Wezwani do willi tynkarze i cieśle sprawnie uporali się z szeregiem dziur w ścianach naprzeciwko okien, wymienili strzaskane drzwi i te części podłogowych desek, z których nie udało się usunąć brunatno-czerwonych plam. W pokoju, na nocnym stoliku przełożonej pojawiło się radio firmy Siemens oraz wysokie, twarde łóżko wyściełane trawą morską. Na ścianach zawieszono portret mężczyzny, którego podobizny były zawsze ozdobione świeżo ciętymi kwiatami. Dużej wielkości krzyż z nieprzystojnie łamanymi ramionami powiewał czerwoną płachtą na frontowej ścianie. Uczynne jak zawsze dziewczęta szybko zaprowadziły czystość, dyscyplinę i nowy rodzaj dobrych manier połączonych z poczuciem misji. Ich praktyczna wiedza na temat maleńkich drobin kurzu okazała się teraz bardzo przydatna. Wspólnie robiły kompot z jabłek dla szpitali wojskowych, szyły koce i uczyły się na pamięć nowego kalendarza świąt narodowych. Jesienią i zimą zanosiły w termosach na dworzec gorącą kawę zbożową dla żołnierzy, którzy zziębnięci grzali się przy węglowym piecyku.