Kompozytor

Stanisław Górzyński
Kompozytor
  • Muza
    Warszawa 2008
    205x145
    256 stron
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-7495-474-7

Przeciętny artysta odkrywa przypadkiem dzieła nieznanego geniusza, przywłaszcza je sobie, zbiera niezasłużone profity, a w międzyczasie robi wszystko, by sprawa się nie wydała. Opierając swoją powieść na takim koncepcie, Sławomir Górzyński musiał się liczyć z z tym, że nie jest on zbyt oryginalny. I oczywiście się liczy, bo nie próbuje zmienić biegu intrygi, która zmierzać może tylko do jednego celu: wykrycia oszustwa. Najważniejsze jest jednak to, czym swoją opowieść wypełnia i co chce przy jej pomocy przekazać.
Najważniejsze i najciekawsze, bo osadzając Kompozytora w realiach XXI wieku, Górzyński pragnie się przyjrzeć nie tyle kryzysowi, jaki dotyka pojedynczego twórcę, lecz przyjrzeć się zapaści w muzyce poważnej w ogóle. Zapytać o to, czy tę zapaść można przezwyciężyć i – jak to ma miejsce w tej powieści – stworzyć nowy muzyczny wszechświat, wolny od zadłużeń u Bacha, Mozarta czy Chopina. Przy czym zarówno o współczesnej muzyce, jak i o klasykach pisze autor z takim znawstwem, jakiego spodziewać się można po dyplomowanym, praktykującym instrumentaliście. Dzięki specjalistycznemu przygotowaniu autor bez trudu potrafi przełożyć dźwięk na słowo, nie szukając poetyckich odpowiedników dla najbardziej abstrakcyjnej z dziedzin sztuki, lecz nakłaniając czytelnika do wczucia się w myślenie muzyków. Nie zapomina przy tym Górzyński o niczym: począwszy od procesu komponowania, poprzez przygotowanie do interpretacji dzieła, po recepcję, którą zgrabnie przekłada na echa "medialne".
Stylizacyjne umiejętności autora odzwierciedlają się nie tylko w fikcyjnych recenzjach czy wywiadach z głównym bohaterem, Gregorem Zwaite. W powieści zamieszczone zostały też, pochodzące z przełomu XIX i XX wieku zapiski prawdziwego autora kompozycji, Wilhelma Corrado Fuchsa – trzeba jednak zaznaczyć, że do wątku "znalezionego rękopisu" Górzyński podchodzi jednak przewrotnie, dowodząc, iż umie grać także literackimi konwencjami.
Nie jest to jedyna z ucieczek od – nie ukrywajmy – popularnego schematu. A wszystkie one świadczą o tym, jak inspirująca bywa korespondencja sztuk  oraz jaki potencjał twórczy noszą w sobie artyści "skądinąd".  Sam Kompozytor nie jest może nową planetą w uniwersum literackim, lecz na pewno planetą, którą warto odwiedzić.

- Marta Mizuro

Fragment

Na audycję Simona del Manio pojechałem pociągiem. W pustym przedziale układałem sobie przemowę o Fuchsie: jak go odkryłem, jak pracuję nad udostępnieniem jego twórczości ogółowi.
Słowa, zwroty nie chciały się zagnieździć w mózgu - wypowiadane bez przekonania, nie znajdowały akceptacji.
Równolegle, innym torem, jakimś podskórnym, lecz wyraźniejszym, mocniejszym, myślałem o Francesce Lammonie, o jej zachwycie nad pieśniami Fuchsa. Przypomniałem sobie, że mówiono w środowisku: jak blisko u tej diwy ze sceny do łóżka. Widziałem nas razem, po audycji, w restauracji. Rozbierała mnie spojrzeniem, każdym słowem zachęcała do śmiałych słów, czynów, aż udawaliśmy się na górę, do hotelowego pokoju, gdzie ona, nucąc jedną z pieśni Fuchsa, powoli rozbierała się, podczas gdy ja czekałem, zimny i spokojny, chociaż zachwycony jej ciałem, głosem i tym, co za chwilę mieliśmy robić. Wyobrażałem sobie, jak Beatrice dowiaduje się o moim romansie z Francescą i ogarnięta zazdrością postanawia odzyskać porzuconego kochanka. Walka dwóch kobiet o moje względy była dużo bardziej zajmująca od układania przemowy na temat Fuchsa.
Del Manio wyszedł po mnie na dworzec. W wykładanym ciemną skórą wnętrzu limuzyny przyglądał mi się uważnie i kręcił głową.
- To niewiarygodne! Patrzę na pana, poznaję i nie poznaję zarazem. Zambardi, zresztą serdeczny mój przyjaciel, słyszał pan przecież o Zambardim, wykonał dla mnie, czyli również dla pana, Gregor, nie ma pan chyba nic przeciwko temu, żebym się tak do pana zwracał, więc, jak mówiłem, Zambardi wykonał prognostykę komputologiczną. Oparł się na danych, jakie ja mu dostarczyłem. Gregor, czy pan wie, co z tego wyszło? To niewiarygodne, wspaniałe, fantastyczne, olśniewające. Pańska przyszłość, Gregor, jawi się wprost przeraźliwie pełna sukcesów. Z jednym wszakże założeniem początkowym! Jakim, spyta pan zapewne. Otóż bardzo prostym, że połączymy nasze siły. Ja i pan. Co pan na to?
- Panie Simonie, myślę, że dojdziemy do porozumienia.
Słyszałem trochę o Zambardim. Taki współczesny guru, który wróżył z komputerów, jak niegdyś astrologowie z gwiazd. Wielu ludzi, również w moim środowisku, traktowało jego wróżby ze śmiertelną wprost powagą. Podobno Ernest Skała, najwszechstronniejszy i najbogatszy z moich kolegów po fachu, w oparciu o jego prognozy decydował, czy następnym utworem będzie coś z muzyki lekkiej, czy też kolejna symfonia. Słyszałem, że kiedyś Lammona odwołała tournee po Japonii, bo Zambardi przepowiedział jej, że podczas pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni zachoruje i straci głos. Sam byłem świadkiem jak Wiktor Korplow po recitalu fortepianowym mówił do gratulującej mu gromadki ludzi, że układa swoje trasy koncertowe na podstawie rad Zambardiego. Szybko powstała gałąź pseudonauki zwana prognostyką komputologiczną i zyskała pełno naśladowców, zapaleńców i naciągaczy, jednak nazwisko Zambardiego było najważniejsze; on sam uchodził niemal za wyrocznię.
- Ja też tak myślę, Gregor. Pańskie pieśni to kopalnia złota. Ale co może zrobić sam odkrywca? Czy będzie harował jak górnik? Musi przecież wynająć pomocników, pracowników, wreszcie... dyrektora kopalni. Ja nie jestem skromny, panie Gregor, skromni do niczego nie dochodzą. Ja znam swoją wartość, pan zna swoją. Razem, pan i ja, podbijemy tymi pańskimi pieśniami świat. A Francesca! Boże wszechmogący! Jak ona śpiewa! Czy pan wie... Zresztą, o tym później. Dojeżdżamy. Proszę mi tylko powiedzieć, czy ma pan w zanadrzu coś... jakąś bombę, coś, co rzuci nas w czasie audycji na kolana?
- Mam - zaśmiałem się. - Prawdziwą bombę. 0, tutaj. - I wskazałem na własną głowę.
Del Manio wybuchnął śmiechem i śmiał się całą drogę przez korytarze budynku radia. Co chwila powtarzał:
Tutaj - i pukał się w głowę. - Znakomite, fantastyczne, niewiarygodne. Tutaj, tutaj. Rewelacja!
W sali nagraniowej trwała próba. Śpiewała Francesca Lammona.
Jakbym pierwszy raz słyszał tę pieśń, chociaż znałem ją przecież prawie na pamięć. Zastygłem w zachwycie, o krok od drzwi, które ostrożnie, po cichutku zamknął del Manio. Głos jest jedynym instrumentem, który, używany przez mistrza nigdy nie sfałszuje. Śpiewak, śpiewaczka, jeżeli jest tym wybranym, nie złamie frazy, bo nie potrafi! Francesca należała do wybrańców. Jakże mizernie wypadał na tle jej głosu mój  komputerowy program, na którym wysłuchałem pieśni Fuchsa pierwszy raz. Przecież już wtedy się zachwyciłem. A teraz...!Głos nabrzmiewał gwałtownie pożądaniem, by w ułamku sekundy popaść w skrajną rozpacz, odebrać nadzieję sobie i słuchaczom, a gdy ostateczna klęska wydawała się już nieuchronna, gdzieś ukazała się iskierka, która rosła, wypełniając serca ciepłem i światłem; rozpalała się coraz mocniejszym blaskiem, wystrzeliła wielkim płomieniem zwycięskiego życia i podążyła do ostatniego akordu, do spełnienia, gdy...
- Maestro!!! Jak ja na ciebie czekałam!!!
Nagle, wciąż zanurzony w jej głosie, z oczami pełnymi łez, znalazłem się w objęciach Franceski. Tuląc mnie i całując, bynajmniej nie jak brata, wyrażała zachwyt nad moim kunsztem, nad moją muzyką:
- Tego nie sposób śpiewać! To jest jak modlitwa! Maestro, spełniłeś największe pragnienie mego życia. Verdi, Puccini, Mozart, przerosłeś ich wszystkich. To na ciebie opera czekała przez cały ubiegły wiek. Maestro, klękam przed tobą i składam ci hołd.
Wpadłem w panikę, bo ona naprawdę uklękła i zamiast dać się podnieść, mnie również ściągnęła na podłogę. Nie wiem skąd zabłysły flesze, zaroiło się obok nas od ludzi. Zdałem sobie sprawę, że szlochając razem z Francescą, patrzę prosto w obiektywy kamer, na których widnieją loga kilku wielkich stacji telewizyjnych.
Dopiero przy kawie, obserwując Francescę i Simona, zdałem sobie sprawę, że wyreżyserowali to. No cóż - poszło w świat. W końcu...