Rok nie wyrok

Piotr Milewski
Rok nie wyrok
  • Niebieska studnia
    Warszawa 2007
    125x205
    400 stron
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-60979-04-4

"To wszystko wydarzyło się naprawdę. Pozmieniałem tylko nazwiska. Ale na podobne" – anonsuje w motcie książki Piotr Milewski. Był rok 2006 polski dziennikarz bawi się w nowojorskim klubie, używając przy tym substancji zakazanych. Zostaje zatrzymany w czasie obławy na handlarzy narkotyków i staje przed sądem. Zrzeka się jednak procesu i zgłasza na przymusową roczną terapię. Odbywa ją w towarzystwie Afroamerykanów i Latynosów, którzy w większości przypadków nie rokują nadziei na poprawę. Przez rok opisany w tym zbeletryzowanym reportażu autor musi starać się zarówno o zdobycie zaufania towarzyszy niedoli, zwalczyć poczucie absurdu swojego położenia i potulnie odbyć karę. Jeśli nie wytrzyma, trafi do więzienia.
Rok nie wyrok to przede wszystkim opowieść o alienacji. Historia obcego, wywodzącego się z innej kulturowo-społecznej bajki niż reszta bohaterów, który musi sobie poradzić z sytuacją ekstremalną, tyleż komiczną, co przerażającą. Autor znakomicie oddaje wszystkie jej aspekty. Pokazuje, jak uczy się języka i symbolicznego zestawu gestów używanych przez "braci", jak zmaga się z ukrywaniem, że nie jest jednym z nich i jak stopniowo ich z sobą oswaja. Widząc to, na co ślepi są terapeuci: iż chodzi tu o ludzi, których amerykański system z góry skazuje na przegraną, Milewski zdaje sobie sprawę, że terapia ma charakter iluzoryczny i że sam, jako jeden z nielicznych, przechodzi ją karnie, bo znalazł się na niej przypadkowo.
Milewski potrafi zdobyć się na dystans do siebie i do faktów, jakich był świadkiem, tłumacząc, iż obserwowany przez niego "folklor" trudno byłoby wymyślić. Tragikomicznym epizodom przygląda się jednak nie tylko ze świadomością, że w tym świecie jest tylko gościem, czasem przerażonym, czasem szczerze rozbawionym. Rzeczywistość przybliżaną zazwyczaj z zewnątrz, przez tych, którym udało się z niej wydostać, widzi od środka. Ta oryginalna w skali nie tylko polskiej książka, jest dowodem na to, że "życie przewyższa literaturę". Nie każdy jednak umie jak Piotr Milewski wykorzystać psotę, którą spłatał mu los, by stać się pisarzem. Trzeba bowiem na koniec podkreślić, że Rok nie wyrok jest debiutem. Wyjątkowo dojrzałym.

- Marta Mizuro

Piotr Milewski z wykształcenia prawnik, pracuje jako dziennikarz, od 1992 amerykański korespondent polskich mediów.

Fragment

26 października, czwartek
Funkcjonariusz Santiago jest wyjątkowo sfrustrowany. Odgrywa twardziela tak namolnie, że nawet książki czytać się nie da. A słuchać funkcjonariusza Santiago - tym bardziej. Kompletnie zidiociał od ubiegłego czwartku. Bredzi coś, że po dwunastu kroczkach jest jeszcze dwadzieścia specjalnych ekstrakroczków dla zatwardziałych. W dodatku muszę znosić popisy samotnie. Moje czarnuchy poszły zalecenia spółki Little & Robinson, a ja czekam na wyniki urynoanalizy. W końcu przestaję nad sobą panować. Odszczekuję, że według sędzi jestem za dobry na MRT i zaproponowała mi posadę funkcjonariusza. W drzwiach staje Ricky. Wyszczerza końskie zęby od ucha do ucha.
- Peteee!
- Ricky, bi, bi!
Przybijamy piątkę z dociskiem, czyli półmisia. To mi się właśnie u Afroamerykanów najbardziej podoba: serdeczność. Nie ośliniona, bełkotliwa serdeczność białasów, którzy na trzeźwo nie potrafią okazywać uczuć, a po pijaku robią to karykaturalnie, lecz serdeczność odruchowa, radosna, dziecięca. Trzymamy się razem, wspólnie walczymy ze złym losem, potęgą wrogiego świata, systemem, i wspólnie przegrywamy. Stąd te wszystkie strzałki, przyklaski, pstryki, piąstki - gesty magiczne, gesty zaklęcia. Wiadomo, że nigdy nie  zostanę jednym z nich. Nie udajemy, że zmienił mi się kolor skóry czy - co dużo ważniejsze od pigmentacji- status społeczny warunkowany pigmentacją. Ale jest sztama. Latynosi wciąż trzymają dystans, nie ufają blanquito, Afroamerykanie traktują mnie jak czarnucha: żadnych zahamowań i zero bajeru w okazywaniu emocji, ba - sentymentów. Oczywiście, gdy chodzi o interesy, afroamerykański bajer nie ma sobie równych.
- Fajnie było na wakacjach?
Krzywi się, jakby zabolała go dupa. Przekiblował w Rikers dwa tygi, a nie jeden, jak niosła wieść.
- Ważne, że po frytkach. Jak, kurwa, następny raz się dowiem, że sędzia chce mnie widzieć przed wokandą, wsiadam w samolot i witaj zachodnia Arizona. Nocny autobus przez granicę - niech mnie szukają po Meksyku.
- Co u Kanjee?
Siorka zrobiła na powrót Ricka transparent "Ceść Ricky"*, ale witała go z podbitym okiem. Uparła się, że matka musi kupić dla braciszka pełno piwa, bo on bardzo lubi piwo. Pokłóciły się, mała w bek, więc matka wrzuciła jej parę garści na uspokojenie. Ricky ostrzegł matkę, że jeśli raz jeszcze tknie Kanjee palcem, nie zobaczy więcej ani jej, ani jego, i zabrał małą na lody.
Na kwadracie jak na kwadracie. Wszyscy wiedzieli, że Ricky z północy wrócił. Zaraz pojawiły się panny, wódeczka, drażki. W blokowisku każdy wie o każdym wszystko. Wiadomo, kto jest cynglem, czyli mordercą wykonującym wyroki przy użyciu broni palnej, kto specjalizuje się w kosie pod żebro, kto handluje i czym handluje, kto pracuje w biurze od dziewiątej do piątej.
- Mogę ci, Pete, obłatwić, co chcesz. Przyjedziesz na Bed-Stuy¬**, bi? Proszę za mną: te drzwi - mordowanie/broń palna, te drzwi - kosa/żebro, te drzwi - crack i zielsko, te drzwi - dziewiąta do piątej, te drzwi - hera. Jak garowałem, jeden taki kolo, co zawsze chciał być macherem, fortunę stracił. Bogaty z domu. Zgredzi rok temu przenieśli się na Long Island, wiesz: białe przedmieście, biały domek, białe bmw, nawet pies biały, tylko oni dalej czarni. Ale zamiast się edukować i coś zdobyć, wolał głupi kutas być gościem z paroma kilo blingu pod szyją. Frajer. Przyjechał na kwadrat, myślał, że wszystkich zna, i poniekąd znał, ale na winklu akuratnie targowali goście prosto z północy, po dłuuugich wakacjach. I oni jego nie znali. Z bryki została rama. Wszystko, co miał, zabrali i zupełnie nie wiem, dlaczego go nie zabili. Musiał wrócić do zgredów, a zgredzi szybko od starych sąsiadów się dowiedzieli, co było grane - na kwadracie każdy wie o każdym wszystko - więc nie chcą go znać. Przejebał sobie totalnie. Ja tam nigdy nie marzyłem, żeby dilować, Pete. Ale co miałem robić? Do college'u pójść nie mogłem - za co? Z liceum wyleciałem, bo wiedziałem, że i tak nie pójdę do college'u. A po liceum tomogę przerzucać w McDonaldzie to same kotlety, co bez liceum. Wszedłem do gry. Ale w grze nie ma miłości. Nie ma lojalności. Jak trochę zarobisz, zaczynają krążyć sępy. I musisz płacić. Głupi czarnuch płaci połowę. Im większa połowa, tym większa zazdrość sępów, bo myślą: kiedy połowa taka wielkodupna, to jak duża całość? Dwa razy większa! Zaczynasz się trząść. Siedzisz na chacie i tylko co pięć minut wyglądasz przez żaluzje, czy pod oknem nie stoi jakaś bryka zaparkowana na drugiego. Odchodzisz od okna,  sprawdzasz drzwi, czy wszystkie pięć zasów zatrzaśniętych. Bum, bum – ktoś wali z piąchy? Patrzysz: twój najlepszy kumpel. Już wiesz, co jest grane. Biegniesz do sypialni po spluwę. W tym czasie oni wywalają drzwi. Zanim podniesiesz gana, są w środku. Bam, bam, bam-bam-bam-bam: nie żyjesz. Dlatego płacę jedną czwartą i mówię, że połowa. Trzymam ich na krótkiej smyczy. Nie kalkuluje się mnie zajebać, bo całość biznesu nie wygląda tak łakomo, a jedna czwarta, co oni myślą, że jest połowa - nie w chuj dmuchał. Ja spoko zbieram następnych i kopsam im po działce. Tylko na posmakowanie. Z żadnym nie robię spóły. Każda spóła zmniejsza twoje szanse o połowę. Łatwo obliczyć, nie? Więc mam coraz więcej sępów, ale trzymam wszystkich pod kontrolą. Aż zostanę generałem, Pete, możesz mi wierzyć. Zostanę generałem albo zginę. Tylko, że gra nie kończy się nigdy. Wchodzi w wyższą fazę. Układ się zmienia, bo grasz o większy pieniądz. Zaczynasz z innymi generałami i znowu to sama zasada, nie ma spół. Dasz palec, odgryzą rękę, a potem cię zajebią. To już nie Pac-Man. Grałeś kiedyś w Pac-Mana?
-Grałem.
-My tak nazywamy kapów. Uciekamy, a oni próbują nas zajść: to z jednej mańki, to z drugiej, to z kilku naraz. Cały czas musisz się zwijać, szybciej i szybciej. Więc jak biznes się rozrasta, kapy odpadają, bo im płacisz, a do gry wchodzą federalni. I to jest Pac-Man dla zaawansowanych. Super Pac-Man. A z drugiej strony: inni generałowie. Jak zaczną podejrzewać, że ich ładujesz, że odbierasz możliwe zyski, Ze odłożyłeś za dużo na boku, albo nawet nic nie podejrzewają, tylko chcą przejąć twoją michę, ten gar rosołu, w którym mieszasz, to się zmawiają. I rusza na ciebie osiemnaście, dwadzieścia przecznic z każdej strony. Razem sześćdziesiąt bloków. Zjednoczone armie północy, południa i zachodu. Nie oprzesz się, syn. Ale ja chcę iść w górę. Nie będę całe życie nikim jak mój zgredu, którego każdy mógł kopnąć w dupę. Do gry wchodzisz na zawsze. Nie ma spadu. Z kwadratu się nie wybiję, bo powiedzą: Eee, Ricky był frajer. Nie wyrobił ciśnienia. To nie człowiek...
Znienacka w bitewnej panoramie getta materializuje się zjawa. Wtargnęła z aseptycznego świata białych korytarzy KCTC. To opie¬kunka Ricka. Czas na zajęcia z preorientacji zawodowej.
- Trzym, Pete, syn.
- Trzym, Ricky. Trzym smycz krótko i nie popuszczaj. Załatw ich człowiek.
Opiekunka nic nie kuma, Ricky przybija salut piąstką. Wie, że mówię szczerze, bo przecież chciałbym mieć kumpla generała. Kto by nie chciał?


*Woz up Ricky.
**Potoczna nazwa Bedford- Stuyvesant - dzielnicy wschodniego Brooklynu zamieszkanej w blisko trzech czwartych przez Afroamerykanów.