Pałac Ostrogskich

Tomasz Piątek
Pałac Ostrogskich
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    125x200
    310 stron
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-7414-411-7

Pałac Ostrogskich nie jest klasyczną powieścią, co stanowi wyjątek w dotychczasowej twórczości autora. Utwór ten to książka-zszywka, w której pisarz pomieścił najrozmaitsze teksty, utrzymane w różnych stylach i gatunkach. Splatają się tu trzy żywioły: wspomnieniowy, eseistyczny i kreacyjno-fantastyczny. Najbardziej wyeksponowanym wątkiem są sprawy związane z biografią autora, zwłaszcza jego rozważania dotyczące uzależnienia od heroiny. Zapiski te układające się w coś w rodzaju „pamiętnika narkomana”. Ów autobiograficzny bohater co jakiś czas powraca do nałogu i nie ma najmniejszych złudzeń, że kiedykolwiek ostatecznie z nim zerwie. Tomasz Piątek (tak też nazywa się narrator-bohater Pałacu Ostrogskich) szkicuje swoistą filozofię nałogu, skłaniając się ku tezie, iż narkomania jest poniekąd wpisana w jego osobowość, jest jego dziedzictwem duchowym, którego nie sposób odrzucić. Płaszczyzna dyskursywna utworu składa się z miniaturowych, skrzących się dygresjami esejów (historia, sztuka, teologia, teoria i praktyka reklamy). Wreszcie w warstwie kreacyjnej mamy do czynienia z niewielkimi fabułami czy raczej fantazjami, dla których wspólnym mianownikiem są tajemnice tytułowego warszawskiego pałacu. Wypowiadając się na wiele różnych tematów (od Dekalogu do Beethovena), sypiąc obficie anegdotami i fantazjami, Piątek cały czas mówi o sobie oraz krąży wokół szczególnie bliskich mu problemów. Interesuje go konflikt między materia i sferą uczuć, chaosem i porządkiem, a nade wszystko perspektywa poszukiwania innego, alternatywnego życia.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Komunistyczny gej
meets bogobojny hrabia

Z jednej strony wszyscy wam mówią, że człowiek ma mnóstwo różnych praw. Panowie z ONZ i panowie ze światowego zrzeszenia psychologów będą wam mówić, że człowiek ma prawo do życia, do jedzenia, do picia, do ubrania, do pracy, do płacy, do mieszka
nia, do wolności, do miłości, do opieki, do bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony są tacy, którzy powiedzą wam, że człowiek tak naprawdę nie ma żadnych praw i nic mu się nie należy, i jeśli w ogóle coś dostaje, to z łaski. Powie to protestant Marcin Luter i powie to katolicki arystokrata Joseph de Maistre. I powie to ktoś, kto dla de Maistre’a byłby czymś wyjątkowo zwyrodniałym (może nawet bardziej mięsna bulwa w kształcie Lutra urodzona przez krowę, o której wspominają niektórzy szesnastowieczni francuscy katolicy, przerażeni reformacją), a więc potwór ostateczny, czyli komunista-homoseksualista, Pier Paolo Pasolini. A dokładnie, Pasolini powiedział tak: Istoty walczące o swoje prawa mają jakiś tam wdzięk. Więcej wdzięku mają istoty walczące o cudze prawa. Ale najwięcej wdzięku mają istoty, które nie wiedzą o tym, że mają w ogóle jakiekolwiek prawa. Istota świadoma swych praw to mieszczuch. Rewolucjonista, który uświadamia ludowi jego prawa, popada więc w tragiczny paradoks – zamiast stworzyć autonomiczne jednostki dobrowolnie zrzeszające się w celach swobodnej produkcji wierszy lub butów, tworzy zgraję małych mieszczuchów, tak samo egoistycznych i zaborczych jak wielka burżuazja, ale bardziej nikczemnych przez swoją małość i wtórność. Można powiedzieć, że Pasolini chyba miał rację. Komuniści tam, gdzie doszli do władzy, dali ludziom tylko kilka praw, ale za to, jak by sami komuniści powiedzieli, radykalnie szeroko zakrojonych. Prawo do lenistwa, pijaństwa oraz specyficznego złodziejstwa pasywnego. Co prawda, żeby ludziom od tego w głowach się nie poprzewracało, komuniści rozstrzeliwali ich tysiącami, mordowali milionami w gułagach. Ale nie pomogło. Bo skutek tego całego komunizmu był taki, że małe mieszczuchy obaliły go, tworząc na jego gruzach ustrój będący idealną, wręcz genialną (z punktu widzenia satyrycznego) karykaturą klasycznego mieszczańskiego kapitalizmu: kapitalizm wschodnioeuropejski, taki kapitalizm niby jak każdy, ale bardziej kwadratowy, kanciasty, nienaturalny i wymuszony.
Ale wracając do sprawy głównej: problem, czy ludzie mają do czegoś prawa, czy nie mają, wydaje się nierozwiązywalny. Z jednej strony autorytety humanistyczne, jak również nasze własne współczucie
(i, nie oszukujmy się, nasz egoizm też) każe powiedzieć, że ludzie mają całą masę praw do całej masy rzeczy. Z drugiej strony mądrzy ludzie, ci z prawa, jak de Maistre, ci z lewa, jak Pasolini, i ci nie wiadomo skąd, jak Nietzsche, mówią, że ludzie nie mają praw do niczego – i nasze sumienie też nieraz to mówi, kiedy popatrzymy na siebie. Przynajmniej moje tak mówi. Czy ja mam prawo spodziewać się dla siebie czegoś dobrego? Wiem, że spowodowałem śmierć przynajmniej paru istot ludzkich. Ostatnio miałem sen: przychodzi do mnie duża, szara koperta z napisem „Tomasz Piątek”, a w środku trzydzieści parę żałobnych zdjęć. We śnie wiem: to ludzie, którzy zaczęli ćpać po przeczytaniu mojej pierwszej powieści Heroina.
No i jak to rozwiązać? Nie mówię tu o problemie osób, które mogłem zabić, bo tego problemu już nie rozwiążę. Nie, nie, nie będę się tym zajmował. Będę się teraz zajmował oderwanym, wzniosłym problemem filozoficznym pod tytułem: Czy człowiek ma jakiekolwiek prawa do czegokolwiek. Można by założyć szlachetnie i cwanie, że ja nie mam żadnych praw do niczego, ale moi bliźni – tak! Przyznaję im te prawa, przyznaję im wszelkie prawo, brawo. Oto postawa prawdziwego altruisty. A jednak to założenie szlachetne (pod hasłem: Przyznaję wszelkie prawa bliźnim, a żadnych sobie) jest cwane, bo jeśli ogłaszam tę zasadę jako słuszną, to proponuję ją również wszystkim moim bliźnim. A więc, droga ludzkości, odmów sobie wszelkich praw i przyznaj je MNIE. Jak widać, ten teoretyczny filozoficzny altruizm jednak jakoś się godzi z praktyczną, życiową postawą człowieka, który wydał powieść o rozkoszach ćpania, nie zastanawiając się nad tym, czy komuś nie zaszkodzi – a raczej spychając to zastanawianie się do najciemniejszej jamy swojej duszy, tam, gdzie mieszkają skorpiony.