Nowohucka telenowela

Renata Radłowska
Nowohucka telenowela
  • Czarne
    Wołowiec 2008
    125x195
    160 stron
    ISBN 978-83-7536-053-0

Za czasów PRL-u o Nowej Hucie śpiewano piosenki, chwalono się ponad miarę tym zaplanowanym od zera i zbudowanym w rekordowym czasie (nic dziwnego, skoro w tamtych czasach przodownicy pracy swobodnie wyrabiali po kilkaset procent normy) kompleksem przemysłowo-urbanistycznym, który miał być w Polsce Ludowej symbolem nowoczesności. Wraz z upadkiem PRL-u podupadała też coraz bardziej Nowa Huta, zyskując miano kiepskiej, niebezpiecznej dzielnicy Krakowa. W ostatnich latach to się zmienia, próbuje się ją rewitalizować, ściągać tam turystów, tłumnie odwiedzających Kraków. A także odbudowywać coś, co na dobrą sprawę nigdy nie zostało do końca stworzone - nowohucką tożsamość. Temu w pewnym stopniu służy książka Renaty Radłowskiej Nowohucka telenowela, rzecz z pogranicza prozy i reportażu. Autorka przedstawiła historie życia kilkunastu ludzi, którzy w latach 50. trafili do Nowej Huty, najczęściej z rozmaitych małopolskich wsi, w poszukiwaniu lepszego życia czy po prostu zmiany. Nie przez przypadek w tytule książki pojawia się słowo “telenowela” - ukazuje ona proste opowieści o prostych ludziach, o ich zmaganiach o jak najlepsze życie, miłościach, rodzinach, zwyczajnych radościach i równie zwyczajnych smutkach; o ich wtapianiu się w krajobraz nowo powstającego miasta. O ludziach, którzy nie wyobrażają sobie życia poza Nową Hutą, jak choćby bohater rozdziału “Zbyszek od niejeżdżenia”, i innych, którzy zostali w niej siłą inercji. Radłowska opowiada zarówno o ludziach niezwykłych, jak choćby wróżka z rozdziału “Talia od przepowiadania przyszłości”, jak i szarych, zwyczajnych - “Maria od cegieł”. Pisze prosto, bez zbędnych ozdobników, ale przy tym z każdej z postaci wyciąga jakiś intrygujący rys. 

- Robert Ostaszewski

Renata Radłowska (ur. 1973) dziennikarka i reporterka, mieszka w najstarszej części Nowej Huty i pisze o niej i jej mieszkańcach.

Fragment

Zbyszek od niejeżdżenia

Mówili mu: „No, jedź tam w końcu. Nie odstawiaj buractwa”. Odpowiadał: „W życiu, za Chiny Ludowe tam nie pojadę”. I trafiłby Zbyszek do Księgi rekordów Guinnessa, jako ten, który przez trzydzieści lat ani razu nie odwiedził Krakowa. Bo wszystko, czego potrzebował, miał w Nowej Hucie.
Znalazłby się w tej Księdze na pewno, przynajmniej tak zakładała cała jego rodzina, gdyby się nie przemógł. A że się przemógł (fakt – z makabrycznym trudem), to na wpis do Księgi rekordów Guinnessa szans nie ma.
Zbyszek: lat siedemdziesiąt, od pół wieku w Nowej Hucie; hutnik (dokładniej to spawacz na kombinacie). Trzech synów, wdowiec. Mieszka w nowej części Nowej Huty, ale nie zawsze tam – zaraz po przyjeździe do dzielnicy w 1955 roku dostał przydział do hotelu robotniczego, później mieszkanie na osiedlu Hutniczym, a wreszcie – kiedy rodzina mu już „ewoluowała” (to znaczy rozrosła się, ale on uwielbia trudne słowa), zaczął szukać większego mieszkania.
Dlaczego w ogóle pisać o Zbigniewie, panu Zbyszku, albo „Zbigu” (jak nazywają go znajomi)? Bo jest − albo był – wymarłym gatunkiem. Jak tygrys szablastozębny i wyrób czekoladopodobny.
W czasach, kiedy Nowa Huta powstawała, junacy jeszcze nie jeździli do centrum Krakowa; to, co było im potrzebne – czyli jedzenie, alkohol i uciechy cielesne (także doznania estetyczne) – mieli na miejscu. W czasach, kiedy Nową Hutę kończono budować i kiedy obchodziła swoje dziesiąte urodziny, junacy (i ci, którzy przyjechali do dzielnicy za pracą) też jeszcze nie jeździli do Krakowa. A na pewno nie masowo. To, czego potrzebowali, mieli w Nowej Hucie: restauracje, kina, kawiarnie, rozległe łąki (jak Błonia), domy kultury i Teatr Ludowy. Mieli wszystko, co ma osobne, niezależne i samodzielne miasto.
– Nie, no pewnie, że znałem takich ludzi, co to zanim przyjechali do Huty, to musieli najpierw wypalić sporta na Rynku Głównym. I dopiero wtedy jechali zakwaterować się do Huty – opowiada Zbyszek i upaja się dymem z klubowego, odmiana fine. – Ale my w większości to myśleliśmy, że jedziemy do miasta, które jest pod Krakowem i ma być większe niż Kraków. O zabytkach, Wawelu i Sukiennicach to słyszał może co czwarty. No, to ci pojechali zobaczyć te zabytki. A inni? Nie umieli czytać, to skąd mieli wiedzieć; albo byli z takich wiosek, że w ogóle tam szkół nie było.
Tak, to inni. Ale Zbyszek miał zupełnie inne powody, żeby nigdy nie pojechać do centrum Krakowa. Żeby przez kilkadziesiąt lat nie odwiedzić Starego Miasta. I tak mu się w życiu składało, że nie musiał.
Bo Nowa Huta dała mu wszystko.

Przecież to blisko od Huty
Rekonstrukcja wydarzeń: rok 1955, jesień; Zbyszek ma dwadzieścia lat, właśnie oznajmił rodzicom, że na gospodarce nie zostanie (zresztą jaka to była gospodarka, kiedy państwo zabrało im prawie całą ziemię; nawet ten kawałek z wychodkiem, więc musieli wychodek bliżej domu przenieść). Rodzice lamentują, zwłaszcza matka. Ale ojciec mówi: „Matka, nie lamentuj. Masz trzydzieści osiem lat, to jeszcze możemy się postarać o dziecko. I to dziecko od małego będzie przeznaczone, żeby ziemię kochać i żeby ona je kochała” (rzeczywiście – rodzice zaszaleli którejś nocy i wydali na świat potomka: córkę, która nie została na gospodarce i nawet nie została w ojczyźnie).
Rekonstrukcja wydarzeń: Zbyszek jedzie do Nowej Huty od strony Niepołomic. Podwozi go mężczyzna, furmanką – ma na niej worki z mąką, z których Nowa Huta upiecze chleb. Rozmawiają:
Mężczyzna od furmanki: – Wy to z daleka?
Zbyszek: – No, raczej nie zza bliska. Spod Gorlic jadę. Do pracy w Nowej Hucie.
Mężczyzna od furmanki: – A co będziecie tam robić?
Zbyszek: – Nie wiem. Ale pracy jest dużo, to gdzieś pójdę. Wojsko mnie wziąć nie chciało, to może będzie chciał kombinat.
Mężczyzna od furmanki: – A byliście kiedyś w takim dużym mieście?
Zbyszek: – Tylko w Gorlicach, raz. No, ale teraz jadę to miasto budować, nie?
Mężczyzna od furmanki: – To w Krakowie nie byliście?
Zbyszek: – A skąd!
Mężczyzna od furmanki: – To teraz chyba pojedziecie, przecież to blisko od Huty.
Zbyszek: – A niby po co mam do Krakowa jeździć? Nie za dużo tam ludzi przypadkiem? I co tam jest, czego bym nie widział? Ten Wawel to z opowieści znam, umiem go sobie wyobrazić. Zresztą teraz jest czas na przyszłość, a nie przeszłość. Wolę nowe budować, niż przyglądać się staremu.
Mężczyzna od furmanki: – No, co racja to racja.
W Hucie Zbyszka spotkało na początku rozczarowanie: nie ma tak, że każdy, kto przyjeżdża, to od razu idzie do pracy w kombinacie; najpierw musi kurs zrobić. I kurs Zbyszek zrobił. Został spawaczem, dostał miejsce w hotelu robotniczym. Zaprzyjaźniał się.
– Michał, Romek, Ziutek, dwóch Staszków, Mietek, Jurek… Fajne chłopaki. Razem żeśmy pracowali, razem mieszkali, razem spędzali wolny czas.
Nie od razu w restauracjach. Pod hotelem robotniczym najpierw (wiosną i w lecie), w hotelu robotniczym (jesienią i zimą). Po jakimś czasie, kiedy pojawiły się pierwsze lokale, Zbyszek przeniósł się właśnie tam. Wszyscy byli zachwyceni: miasto rosło, co miesiąc kończono jakieś osiedle. I drzewka podrosły tak, że można było pod nimi rozłożyć w ciepłe noce kocyk.
Kraków nikomu nie był potrzebny.