Niewidzialni

Mateusz Marczewski
Niewidzialni
  • Czarne
    Wołowiec 2008
    125x205
    192 stron
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-7536-052-3

Niewidzialni to książka reportażowo-eseistyczna poświęcona Aborygenom. Marczewskiego interesuje głównie dzisiejsza kondycja socjalno-kulturowa rdzennych mieszkańców Australii, choć nie stroni on od wycieczek w historię. Żeby przedstawić ową kondycję, autor zbliża się do swoich bohaterów jak tylko jest to możliwe, próbuje wmieszać się w ich świat i sprawy. Przemierza odludne obszary kontynentu (zwłaszcza Terytorium Północne), odwiedza osady, farmy i rezerwaty zamieszkane przez Aborygenów, wypatruje ich na szlakach wędrówek, rozmawia z pracownikami socjalnymi, zasymilowanymi Aborygenami, białymi sąsiadami „niewidzialnych” – z każdym, kto może sformułować świadectwo. Charakter tego świadectwa jest poniekąd z góry przesądzony: rdzenni Australijczycy to ofiary europejskich kolonizatorów, ich los – tak przeszły, jak dzisiejszy – to hańba australijskiej demokracji, wielki wstyd, na który biali odpowiadają tylko w jeden sposób – udają, że nie widzą problemu (stąd tytułowi „niewidzialni”). Spojrzenie Marczewskiego jest krytyczne, ale bynajmniej nie tendencyjne. W jego ujęciu beznadziejne położenie dzisiejszych Aborygenów (bezrobocie, alkoholizm, bieda) to nie tylko problem społeczny czy polityczny; to również pewna tajemnica. Stąd nagromadzenie refleksji filozoficznej i antropologicznej. Niewidzialni to niezwykle ambitna książka, dalece wykraczająca poza ramy zaangażowanego, trzymającego stronę ofiar reportażu.

- Dariusz Nowacki

Mateusz Marczewski – ur. w 1976 r. Reportażysta i eseista, teksty publikował m.in. w Polityce, Tygodniku Powszechnym i Gazecie Wyborczej. Książka Niewidzialni znalazła się w finale konkursu literackiego Fundacji Kultury (2008).

Fragment

Tokampini

Nie można tego zjawiska nazwać ale można spróbować je zapisać. Zanotować obrazy, które być może coś wyjaśnią, nakreślą jakąś prawdę. Te obrazy są wciąż żywe. Będą więc służyć za ilustracje. Ale- z drugiej strony- po co o tym pisać? Przecież to takie oczywiste: rasa nad rasę, kolor skóry nad kolor skóry. Kolor jest jednak zbyt banalnym kryterium. Jest widoczny, nachalny, wyróżniający, stosowany jako przymiotnik staje się natychmiast obraźliwym epitetem. Trzeba więc oprzeć się na innym podziale: mentalność nad mentalność. Tu właśnie zaczyna się wszystko. Są więc oni – Aborygeni – i jest ostrze cywilizacji. Cywilizacja do nich przyszła i muszą z nią dzielić ziemię. Miasta białych są rozłożone na wzgórzach, miasta są w żyznych i cienistych dolinach, w miejscach gdzie dobrze być, żeby przetrwać w nieprzychylnym klimacie. Żeby trwać, błyszczeć w środku nocy rozedrganymi światłami, pasami autostrad, po których przemykające samochody układają się w podłużne czerwone linie powstałe od tylnych świateł. Linie jak pręgi, jak blizny. Tak więc my mamy miasta, oni mają za to Nicość – spalone słońcem pustkowia. I jest coś jeszcze: trwająca od dziesięcioleci nieudana próba przeniknięcia tej drugiej kultury, oswojenia jej. I to jest już cała historia.

Aborygeni są jak dzieci. Jak porzucone i bezprizorne skurwysyny, które w mieście rzucą w ciebie butelką za nic – tak dla echa rozbijanego szkła, dla deszczu okruchów, żeby zaraz potem uciec i czatować w ruinach, w które zamienili swoje dzielnice. Śmierdzą i przechodzą grupami jak ciemny ale silny gatunek budzący jednocześnie strach i politowanie. Zostaw przed domem w ogrodzie rower, a pod osłoną nocy oni ten rower ukradną. Idź w Sydney przez dzielnicę Redfern wieczorem. Idź na stację kolejki wzdłuż ścian, na tych ścianach wymalowany jest kolor ich gniewu i rewolucji – aborygeńskie flagi: poziomy pas czerwony i wyżej czarny, z żółtym kołem pośrodku. Te flagi na ścianach są wielkie jak domy, flagi o fakturze muru, idź tamtędy a wynurzą się jak drapieżniki. Nagle i z ciemności. Pobicie, gwałt, rubryki policyjne. Ludzie w Sydney boją się tej zwierzęcej, tej dzikiej... no jak to powiedzieć... wiesz... oni są po prostu inni, jacyś tacy straszni... musiałbyś tu dłużej pomieszkać.
Są jak dzieci. Zepsute, ogłupiałe kolorową okładką świata, który nastał, osadzone nakazem w maleńkiej wsi, community kontrolowanej przez lokalną policję. Czasem mieszkają w jednym wskazanym fragmencie miasta, w dzielnicy, takiej właśnie jak Redfern w Sydney. Tworzą tam swoje własne, zaklęte rewiry. Zaprzeczają tym samym otaczającemu ich miastu, błyszczącym wieżom jego city, wesołemu tłumowi mieszkańców. Domy Aborygenów w Redfern wyglądają jak po powstaniu: okna wybite, czarne wnęki i rozpadliny w murach powiewają strzępami gazet, zaparkowane samochody to kupa rdzy, domino z blachy porzucone na chodnikach. I jeszcze ogniska, i slalom pijanych mieszkańców tego getta. Ktoś gra w nogę, ktoś krzyczy, wołanie metalicznym echem odbija się od wymalowanych gniewem ścian. Miasto tak naprawdę tu nie istnieje. Tu istnieje coś po mieście, równość rzeczy zrównanych z ziemią.
Ale to tylko jedna dzielnica. Szedłem tamtędy i byłem sztywny, nerwowy, jak w klatce z drapieżnymi zwierzętami, zdany na ich łaskę. Wokół panowało milczenie, może nie zauważyli jeszcze zagubionego białego. Widziałem ich. Stali przy dymiącym koksowniku, siedzieli na wywleczonych z głębi domów kanapach, psy leżały na piachu w słońcu. Kobiety były ciężkie, mężczyźni szczupli, brudni, otumanieni biedą. Za nimi, za parkiem, w niebo strzelały srebrne race wież city i niemożliwe wydawało się, że to co się dzieje na pierwszym planie, rozgrywa się w centrum pięknego miasta. Ich wygląd, ten wszędobylski bałagan, przypominały wsie Centralnej Australii. Szedłem przez Redfern i powtarzałem sobie: to nie dla was dom, to nie dla was miejsce, trzewia lśniącego miasta wciągają, trzeba uciekać, uciekać, ale nie ma dokąd.

Raz w Alice Springs siedziałem pod sklepem, taką australijską Biedronką dla najbiedniejszych, siedziałem na ziemi, zmęczony upałem, który rankiem topił szron po nocy. Wtedy przyszli oni. Szli grupą, zawsze chodzą grupą, samotnie się boją się. Dwóch mężczyzn i kobiety. One miały twarze napięte jak bombki choinkowe, alkohol już miał nimi wybuchać, oczy jak szparki, patrzyły po ziemi za petami i szurały bosą nogą twardą jak guma. Ubrane były w suknie w kwiaty i dziury.
- Widziałam cię jak spałeś na wzgórzu dwa dni temu w środku słońca. Tam, gdzie kolej jedzie.
- Nie spałem na wzgórzu. Dwa dni temu byłem na północy.
- Mnie nie oszukasz. Widziałam cię tam na wzgórzu. Spałeś w słońcu. Przyjdź dzisiaj do nas, będziemy świętować. Zapytaj o Marg, tak mam na imię. Będziemy wszyscy tańczyli.
- Zobaczę.
Wiem gdzie mieszkają. Na południowym krańcu miasta, tam, gdzie rozpękła się i góra i w ciasną szparę pomiędzy jej grzbietami wpada autostrada wylotowa z Alice Springs biegnąca na południe, i tory transkontynentalnego „Ghan”. I rzeka Todd, sucha jak śmierć na rycinach a w zasadzie tylko jej łono, bo ta rzeka jest zupełnie wyschnięta a na jej dnie robi się raz na jakiś czas regaty. Bieganie z łodziami na ramieniu. Dla zabawy mieszkańców Alice zmęczonych słońcem, piaskiem i codziennymi drobnostkami.