Księga ocalonych snów

Krystyna Sakowicz
Księga ocalonych snów
  • Wydawnictwo Forma
    Szczcin-Bezrzecze 2008
    180x180
    174 stron
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-60881-12-5

Niektórzy pisarze traktują sny - by tak rzec - figlarnie, niczym zabawne igraszki podświadomości, jak chociażby Adam Wiedemann w Scenach łóżkowych (2005). Inni - z całą powagą, a nawet swoistym nabożeństwem, jako znaki czy sygnały pomagające lepiej zrozumieć świat i samego siebie albo ślady dotknięcia transcendencji; to przypadek Krystyny Sakowicz, autorki Księgi ocalonych snów.
Właściwie trudno jest dookreślić tę książkę gatunkowo, to rzecz z pogranicza eseju, traktatu ezoterycznego i prozy poetyckiej. Inaczej być nie może skoro autorka postawiła sobie za cel przeprowadzenie czytelnika poprzez sny do innego wymiaru rzeczywistość, pozwalającego na spojrzenie pod podszewkę świata i przypomnienie sobie fundamentalnych prawd/praw, o których człowiek w zgiełku teraźniejszości całkowicie zapomina. W takim przypadku korzystanie z poręcznych, sprawdzonych, ale przez to spetryfikowanych form staje się zwyczajnie niemożliwe. Autorka Księgi ocalonych snów wybiera sobie przewodników, którzy prowadzą ją krętą drogą poprzez krainę snów, tak innych (ale też Innych) jak odmienne były ich sny. Pisze o Karen Blixen, która śniła fascynujący, ale również okrutny sen o Afryce, który pozwolił jej lepiej zrozumieć własne pragnienia, a także - może przede wszystkim - stać się znaną na całym świecie pisarką. O Wacławie Niżyńskim, sławnym tancerzy z przełomu wieków XIX i XX, którego właściwie całe życie było nieustannym snem o uczuciu, sztuce i Bogu - snem który doprowadził go aż do szaleństwa. Ale nie tylko o nich - między innymi także o Marii Dąbrowskiej czy Janie Lechoniu. Sakowicz przedstawia ich powikłane biografie, gęsto cytuje ich teksty, opatruje je komentarzami, dodaje garść opisów własnych doświadczeń. Momentami są to teksty poruszające i porażające, jakby autorka chciała potrząsnąć czytelnikami, pokazując, że poza granicami materialistycznego świata, w którym są zatrzaśnięci, rozciągają się ogromne przestrzenie pełne duchowym i intelektualnych bogactw. Ale nie każdy ma odwagę, aby tam wyruszyć.
Sakowicz pisze: “W snach świata jest to, czego świat nie chce, czego nie zna, nie wie, nie pojmuje, na co nie zważa, co lekceważy albo na odwrót, nie zamierza tego tolerować”. Nowa książka autorki Po bólu momentami jest właśnie trudna do pojęcia, wymaga nie tyle lektury, co raczej - kontemplacji. Ale jest mocna - tak mocna, jak mocny czasami bywa sen.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Niektórzy ludzie są snami tego świata. Przenikają rzeczywistość w różnych miejscach i czasach, pojawiają się i znikają, zostawiając po sobie odruch zdziwienia albo mgłę. Ich życie przypomina dramat ułożony według reguł snu. My z kolei ocienieni jesteśmy snami, w których ukazują się podobne im postacie. Mówimy wtedy: sen mara. Mówimy, że to tylko snem. Ale zaklęcia te nie zmieniają faktu, że niektórzy ludzie są dla nas tym samym, co sny, niepokojącą lekcją prawdy. W snach świata jest to, czego świat nie chce, czego nie zna, nie wie, nie pojmuje, na co nie zważa, co lekceważy albo na odwrót, nie zamierza tego tolerować. Jako całość, niczego nie może się pozbyć, usunąć poza obręb, gdyż nie ma nic poza światem i wszystko, co wydane na świat, jest nim. Dlatego są sny. Osama bin Laden jest snem świata o zemście. Matka Teresa o miłosierdziu. Ludzie w depresji śnią naszą rozpacz. Mieszkańcy śmietników są koszmarami o zbędności. Wszyscy śnimy się sobie nawzajem przejrzani na wylot. Każdy śni sny należące do wszystkich, gdyż w bezgranicznej przestrzeni świata niemożliwa jest prywatność snów. Sny tworzą pole nieznanego jawie sensu, w którym to, co odległe i bliskie, zrozumiałe i niepojęte, pozostaje ze sobą ściśle powiązane.
Śnienie prowadzi do tej nieznanej i uroczystej części losu, przed którą drżymy wszyscy. Wacław Niżyński często drżał jak liść osiki. Był wielkim tancerzem. Urodził się w 1889 roku, w 1919 roku stał się snem, umarł w roku 1950, pozostawiając po sobie trochę fotografii i trzy zeszyty zapisane czarnym pismem po rosyjsku. Dwa zawierają księgę zatytułowaną „Życie", jeden opisuje „Śmierć", miała być również Księga ,Uczuć", których nie udało się jednak wyodrębnić z ,Życia" ani "Śmierci", obie są więc w rezultacie księgą uczuć, przy czym życie jest życiem, a śmierć przychodzi nieoczekiwanie. Niżyński mówi o przychodzeniu śmierci: Powiedziano mi, że jestem obłąkany.
Myślałem, że jestem żywy. Nie dawano mi spokoju.   
Powiedziałem sobie, że nie chcę więcej żyć.
Księgi Niżyńskiego zostały wyjawione światu w pełnej wersji i bez przeinaczeń dopiero w 1995 roku. Wcześniej musiały być przeinaczane, okrawane i wypaczane, w przeciwnym razie nikt by ich należycie nie zrozumiał, gdyż ludzie nie mają zaufania do tancerzy, zwłaszcza do tych, którzy wpadli w szaleństwo i mówią, że tańczą jak Bóg. Niżyński napisał własnoręcznie: Księgi swoje pisał ołówkiem, kawałkiem ołówka i obsadką o stalówce maczanej w atramencie. Od początku obiecywał sobie wymyślić lepsze od niej wieczne pióro i naprawdę je wymyślił a w dalekiej przyszłości zostało ono opatentowane w świecie rzeczywistym. Wieczność piór, złoto stalówek, ich wyostrzone, drące i strzępiące papier końce, omawiane są w księgach wiele razy. Atrament Blueblack Stephens Writing - to atrament kiepski, ale tym właśnie atramentem, tymi piórami, tymi zbyt krótkimi ołówkami i drżeniem ręki, które pamiętało o wiele większy, doskonalszy ruch, spisana została historia życia i śmierci ludzkich uczuć.
Liście osiki osadzone są na długich, delikatnych, spłaszczonych ogonkach, dlatego drżą przy najlżejszym podmuchu. Drżenie to mały ruch, ale spróbujmy tylko trząść się coraz bardziej, a rozwinie się z tego wielki taniec. W drżeniu ukryty jest zarys ruchu, który z różnych względów nie pokazuje na razie całej swojej siły. Ruch jest mową ciała. Taka mowa nie potrzebuje głosów ani liter. Potrzebuje czucia i rozwinięcia. Jest uczuciem w ciele, a nie umysłem w ciele. Ale pismo to także ruch. W pięknym piśmie jest dużo uczucia. Chcę pisać po to, by wyjaśnić ludziom przyzwyczajenia, od których umiera uczucie, mówi Niżyński. Jest artystą, który kocha wszelką budowę ciała i wszelkie piękno. Mówi: Kocham uczucie i dlatego będę pisać dużo.
Wyobraźmy sobie jednak, że piszemy księgę o uczuciach, o życiu i śmierci, o Bogu, ludziach i nieskończenie ważnych wydarzeniach, i zostaje ona uznana za świadectwo choroby psychicznej, potraktowana jak szaleństwo. W tym miejscu zaczyna się koszmarny sen. W tym śnie ktoś wyrokuje. Ktoś decyduje. Oświadcza, że mamy tu do czynienia z rozważaniami typowymi dla objawów rozszczepiennych, nazywa to schizofrenią i myśleniem rezonerskim. „Dziennik" Niżyńskiego, zgodnie z tymi wyrokami, jest tylko tak zwanym „Dziennikiem", pismem szaleńca, błędnym i pełnym dziwaczności. ( ... ). Różnego rodzaju formalne zaburzenia w myśleniu odbierają mu sens. We śnie, który śniłby nam coś takiego, płakalibyśmy cały czas. Niżyński płacze w duszy co parę stron. Nie mogę więcej ufać mojej żonie - pisze - gdyż poczułem, że chce oddać te zeszyty doktorowi Franklowi do zbadania.    Ukryłem je, a ten zeszyt będę nosić ze sobą. Będę chować wszystkie swoje zeszyty. Boje się ludzi, gdyż myślę, że zakatrupią.
W książce, która leży tutaj, w tej chwili, nieschowana, Pascal Quignard pisze: Są sposoby mówienia, które wprawiają w drżenie.
I takie, które ranią.
Mówi, że szuka tylko tych myśli, które drżą.
Gdyby można było przeczytać księgi Niżyńskiego bez uprzedzeń co do tego, jak i przez kogo zostały napisane - a napisane zostały pismem szybkim, drżącą to znów drętwiejącą ręką, raczej małymi niż dużymi literami - mogłoby się okazać, że ich słowa mają sens, ich zdania są proste,
chociaż ich myśli rozchodzą się w kręgi i dotyczą spraw interesujących każdego i cały Świat: piszę o rzeczach interesujących cały świat, mówi Niżyński i bardzo prosi, by go zawsze i we wszystkim poprawiano. Jest człowiekiem nieuczonym, człowiekiem z błędami. Uczył się pisowni w dwóch szkołach w Petersburgu i to powinno wystarczyć do prostego pisania o rzeczach interesujących cały świat, ale wszyscy popełniamy błędy, nie jesteśmy złymi ludźmi, popełniamy jednak błędy, które mogą i powinny być zawsze naprawiane. Z powodu błędów
nie do naprawienia płakać gorzko, płakałem i płakałem gorzko, mówi, czułem śmierć. Nie pisze pamiętników, pisze wszystko, co było i wszystko, co jest; nie pisze dobrze, pisze jak wypadnie. Czytanie tego, co zostało napisane, wymaga wzajemności. Niektórzy, szukają myśli, które drżą, czują ruch. To właśnie ruch wciąga nas we wzajemność, emocjonuje, drży, cofa się przed nami i znów zaczyna od początku. Dzięki ruchowi odkrywamy, że linie rozdzielające to, co obce od znanego, wewnętrzne od zewnętrznego, jawne od śnionego, tak naprawdę nie istnieją. W każdym razie nieustannie zmieniają swoje położenie. Wiem, że wszystek ruch daje Bóg- mówi Niżyński i swój ostatni taniec opisuje paroma zaledwie ruchami, w niewielu poruszających słowach. Przez cały wieczór czułem Boga - mówi. - Kochał mnie. Ja kochałem jego.
Zostaliśmy zaślubieni.
Inni, opisujący ten wieczór, zawsze dodają w tym miejscu coś od siebie i teraz musimy wszystko razem, zdając sobie sprawę z nakładania się różnych linii, domysłów, tańców, warstw. Wiera Krasowska opowiada, że Niżyński miał na sobie tego ostatniego wieczoru długi, biały chiton z miękkiego, lekkiego jedwabiu, pokryty czarnym haftem, i krótką koszulę, jeszcze cieńszą, też białą w czarne desenie, z rękawami postrzępionymi u dołu. Podłoga pokryta była białym i czarnym aksamitem, które tworzyły krzyż. Niżyński, przy wyczekującym milczeniu widowni, stanął u szczytu krzyża, wyciągnął się jak struna i rozłożył ręce, jak gdyby personifikując ten znak.
Romola Niżyńska pamięta, że powiedział coś w tym rodzaju: Teraz przedstawię państwu wojnę z wszelkimi cierpieniami, zniszczeniami i śmiercią. Wojnę, której nie zapobiegliście i za którą ponosicie odpowiedzialność. Inni mówią, że wykrzyknął  tylko: A oto wojna!
Zapadła cisza. Niżyński zastygł. Trwało to pół godziny, minutę lub wieczność. Wtem zaczął tańczyć. Tańczył gestami. Rozszerzał je. Stawał się ruchem. Atakował. Biegł. Był polem bitwy. Przeskakiwał przez trupy, padał od pocisków. Odtańczył rany. Odtańczył śmierć. A wtedy został uniesiony i raz jeszcze widziano jego słynne taneczne skoki pokonujące ziemską grawitację; przypominały lot. Nigdy tych lotów nie sfotografowano. Nike nie wiedział, że to już koniec. Teraz możemy o tym tylko śnić.
W zeszycie Niżyński zapisał tej nocy: tańczyłem rzeczy straszne,(…). Publiczność mnie nie kochała, ponieważ chciała wyjść. Wtedy zacząłem odgrywać rzeczy wesołe(…). Publiczność zaczęła się śmiać. Ja też zacząłem się śmiać. Śmiałem się w tańcu(…). Publiczność też śmiała się w tańcu.    Tańczyłem źle, gdyż upadałem na podłogę, kiedy nie należało. Publiczności było wszystko jedno, gdyż tańczyłem pięknie. Chciałem dalej tańczyć, ale Bóg mi rzekł: ,,Dość". Zatrzymałem się.