Marek Edelman. Życie po prostu

Witold Bereś, Krzysztof Burnetko
Marek Edelman. Życie po prostu
  • Świat Książki
    Warszawa 2008
    512 stron
    200x145
    oprawa twarda
    ISBN978-83-247-0892-5

Postać Marka Edelmana, ostatniego żyjącego przywódcy powstania w getcie warszawskim, a po wojnie wybitnego kardiochirurga ze szpitala w Łodzi, znana jest już czytelnikom z tłumaczonej na wiele języków książki-wywiadu Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem (1977). Marek Edelman. Życie po prostu to napisana przez dwóch znanych dziennikarzy najnowsza i najpełniejsza biografia powstała w ścisłej współpracy z bohaterem książki, o którym Wacław Havel powiedział, że jest dla niego "ucieleśnieniem  tego, co w Polsce najlepsze", odznaczonym najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego, a zupełnie niedawno, w kwietniu 2008 roku przez prezydenta Francji Orderem Komandora Legii Honorowej. Mamy więc opowieść o jego żydowskim dzieciństwie w Warszawie, o młodości w szeregach Żydowskiego Związku Robotniczego "Bund" i przedwojennej Warszawie, o budowaniu Żydowskiej Organizacji Bojowej i życiu w getcie, o powstaniu w getcie w kwietniu 1943, potem o jego udziale w powstaniu warszawskim w sierpniu 1944,  o latach po wojnie i o losach ocalałych z Zagłady Żydów polskich. Edelman mimo antysemickich ataków (ukoronowaniem ich była nagonka, która w roku 1968 zmusiła jego rodzinę do emigracji, a jemu samemu uniemożliwiła awans naukowy: z powodów politycznych nie przyjęto jego rozprawy habilitacyjnej) od sześćdziesięciu lat mieszka w Łodzi. Czytamy o jego pracy kardiologa, ale także o jego zaangażowaniu w ruchu demokratycznej opozycji politycznej w Polsce, o życiu osoby szykanowanej i inwigilowanej. Książka pokazuje go jako współpracownika Komitetu Obrony Robotników, działacza podziemnej "Solidarności", wreszcie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1989 posła na sejm, aktywnie włączającego się nie tylko w sprawy polskie, także w ruch pomocy ofiarom wojny w byłej Jugosławii, zaangażowanego w budowę dialogu palestyńsko-izraelskiego.
Ilustrowana wypowiedziami Edelmana, jego przyjaciół i wrogów, pełna anegdot książka Beresia i Burnetki to nie tylko fascynujący portret dwudziestowiecznego bohatera: człowieka wielkiego męstwa, wiernego pamięci poległych towarzyszy i niełatwego charakteru, który −jak powiedział o nim Lech Wałęsa − "nie pasuje do tego świata wygody, ładnych gestów i miłych słówek". To także filozoficzna rozprawa o dobrym życiu i panoramiczna opowieść o wieku XX.   

- Marek Zaleski

Fragment

Marek Edelman: Przestańcie robić ze mnie jakiegoś bohatera. Kogo to obchodzi, ile było karabinów i kto gdzie strzelał. Mówicie o tym tak serio, ale przecież wtedy byliśmy też młodymi ludźmi, gówniarzami. Wiecie ile wygłupów było nam w głowie?
W kilka godzin po zagładzie bunkra i śmierci Anielewicza, już wieczorem, Edelman wraz z kilkoma innymi osobami, w tym z "Celiną", idzie sprawdzić, co się dzieje na Miłej. Idą przez morze ruin. W pewnym momencie pod "Celiną" załamuje się strop piwnicy... Edelman w ostatniej chwili ratuje jej życie. Wtedy też odnajduje piętnaście cudem ocalałych osób ukrytych w skrytce pod drzwiami i od nich właśnie dowiaduje się, co się stało w bunkrze...

To jedna z tych chwil, kiedy ratuje cudze życie. Bo choć nigdy nie będzie o tym lubił mówić, wiadomo, że samą tylko "Celinę" jeszcze dwukrotnie uratuje podczas Powstania Warszawskiego.
Niespodziewanie - nawet dla samego siebie - staje się w tym czasie oparciem dla innych. Joannie Szczęsnej powie, że nie wie, czemu ludzie go słuchali, bo przecież nie był zbyt poważny.

Dziś dodaje: - No dobrze - byliśmy dzielni. Odważni. Ale wojskowo? Jak popatrzeć na Niemców - to nas nie było. Wiec ważniejsze chyba, że kierowaliśmy się jakimiś wspólnymi wartościami.

I przyjaźń też była tu ważna.

Pnina Grynszpan-Frymer opowie Ance Grupińskiej ("Ciągle po kole") podobną historię:

"Marek był komendantem terenu, a komendantem grupy był Jurek Błones. Marek robił takie alarmy nocne, sprawdzał naszą gotowość. Z zegarkiem w ręku patrzył, w jakim czasie jesteśmy gotowi do ataku. Był bardzo zimny i bardzo odważny. On był odpowiedzialnym człowiekiem i dlatego czułam się przy nim bezpiecznie.

Już w czasie powstania po likwidacji terenu szczotkarzy przeszliśmy z getta centralnego do bunkra przy Franciszkańskiej 32. Marek był organizatorem tego przejścia. Przeprowadził trzy grupy - moją, czyli Hersza Berlińskiego, grupę Droru Henocha Gutmana i swoją - bundowską".

Kiedy wiosną 2008 roku rozmawiamy z Pniną w Tel Awiwie, uzupełnia opis tamtej sytuacji:

"Marek to był mój komendant. Dosłownie. To było tak: mój ówczesny dowódca nagle zapowiedział, że chce sam, bez nas, przejść na aryjską stronę. To mnie załamało. I kiedy podeszłam do Marka i mu o tym powiedziałam, odpowiedział spokojnie: "Nic się nie bój - teraz ja będę twoim dowódcą. I nic ci się nie stanie. Bądź spokojna..."

Edelman: "W powstaniu miałem też pod sobą paru komunistów. Gdzieś na początku maja zaczęli jęczeć, że mają za mało broni, i oświadczyli mi, że zaczynają głodówkę. Proszę bardzo, mówię, nie ma co jeść - bo i tak nie ma co jeść - możecie sobie robić głodówkę. Tyle że akurat znalazł się jakiś cukier. Ktoś rozmieszał go z wodą i wszyscy mogli pić. A ci tu - głodówka. Ja buntów nie znoszę. Mówię do moich: rozbroić ich i doprowadzić! A oni dalej mówią, że nie będą pić tej wody z cukrem. Miałem jednak gnata... No i wypili...".

Jaka różnica w porównaniu z Edelmanem z samego początku getta! Adina Blady-Szwajgier, Inka, napisze o wcześniejszych chwilach: "Był piękny lipcowy dzień. To było jeszcze przed zamknięciem getta. Ja przyszłam do pracy do szpitala w takiej bardzo ładnej, przedwojennej garsonce z krepy. To ważne, że z krepy, bo tego materiału nie należy moczyć. Podeszłam do okna, a tam, przed budynkiem, Marek podlewał trawnik. Jak mnie zobaczył, spokojnie skierował sikawkę w moją stronę. Wyskoczyłam przez okno, to był parter, i zaczęliśmy się bić na trawniku".

Gdy Paula Sawicka w kilkadziesiąt lat po wojnie na jego prośbę odwiedzi w Nowym Jorku jego dawną narzeczoną Stasię i zapyta, jaki wtedy był, usłyszy: „Bezwzględny. Ale wszyscy czuliśmy się przy nim bezpieczni".

Sawicka: „Stasia mówiła mi: »Wszyscy na nim polegaliśmy. Siedzieliśmy w domu i czekaliśmy, aż przyjdzie i przyniesie bańkę zupy. Inaczej bylibyśmy głodni. Nie musieliśmy się o nic bać, bo wiedzieliśmy, że Marek wszystko załatwi «. To wyznanie było niesamowite również przez to, że oni wszyscy byli od Marka starsi”.

Stasia, czyli Ryfka Rozensztajn. Pięknie, jak będzie wspominał Edelman, śpiewała, miała piękny głos, ładnie rysowała, miała czarne warkocze i była dla niego podporą.

Edelman opowiadał kiedyś Sawickiej, że Stasia w getcie zarabiała, malując fantazyjnie rączki od parasoli. Gdy Sawicka zdziwiona pyta, jak to możliwe, że to się sprzedawało ("W getcie?!?"), usłyszy: "A ty co? Myślisz, że w getcie deszcz nie padał?".

Więc Stasia była dziewczyną Marka Edelmana. Choć wygląda też na to, że była z Welwłem Rozowskim "Włodkiem" na początku wojny... W każdym razie Alina Margolis pamięta, że o Rozowskim mówiło się "mąż żony Marka". Paula Sawicka: "A mnie Inka mówiła, że o Marku mówiono "mąż żony Włodka".

W małym zbiorku opowiadań Aliny Margolis "Ala z elementarza" jest opowiadanie "Strzały" opisujące tamte czasy i zmieniające nazwiska bohaterów. "Pnina, która nigdzie nie wychodziła, gotowała codziennie jakąś zupę z erzaców. Czasem pływały w niej skrawki końskiego mięsa. Mieszkała z mężem i przyjacielem. Nie byłam tym nawet zdziwiona.. Dziwiłam się natomiast, że nikt nie protestował, gdy zostawiała dla nich najlepsze kąski pływające w rzadkiej zupie".

Edelman: "Stasia to była moja dziewczyna! Ale choć od niej nauczyłem się całego życia, to się słuchała! Znałem ją wcześniej, jeszcze jako wielką działaczkę w Skifie, gdy ja byłem kompletnym gówniarzem".

- To jak się to stało, że został Pan szefem?
"Po prostu postawili mnie w takiej sytuacji, że mam rządzić, i wtedy wszystko staje się bez znaczenia. A że nie byłem aniołem... Wszystko dlatego, że bardzo szybko zależało ode mnie ich życie. l Inki, i Stasi, i Tosi Goliborskiej.... To przez to te wszystkie wzdychy... To zresztą nie ma znaczenia. Ważne jest, że było powstanie, że był opór, że trwał długo i że wielka armia niemiecka, która miała tysiące żołnierzy, musiała trzy tygodnie walczyć z dwustoma chłopakami. To jest ważne, a nie to, czy ktoś strzelał z rogu Niskiej, czy z okna ze Śliskiej... Zresztą zwykle nikt nie strzelał, bo nie było czym.

Zresztą - co ja mogłem? Przecież takich, co to im się wydawało, że ode mnie zależą, było dużo. Bardzo dużo. Tylko że niewielu przeżyło".

- Pańscy podwładni, koledzy z getta mówili, że był Pan jak ojciec: że chociaż tak samo młody jak oni, opiekował się Pan nimi.

"Miałem stanowisko i byłem za nich odpowiedzialny. Jak się jest odpowiedzialnym, a szczególnie jak to jest takie niby wojsko, to wszyscy muszą być posłuszni dowódcy. Ci, którzy byli nieposłuszni, zginęli, a ci, co byli posłuszni, przetrwali. Potem różne rzeczy się działy, ale do 10 maja ci, którzy byli posłuszni, byli w grupie, nie mieli własnych pomysłów - przetrwali. Więc to nie jest żadna opieka. Co zresztą znaczy opieka, jeśli chodzi o... Ta mała się bała, więc powiedziałem: chodź koło mnie, będę cię trzymał za rękę. Jej oczywiście nic nie mogło pomóc, ale poczuła się pewniej. To nic nie było, ona robiła to samo co inni, bała się, ale jej się zdawało, że jak mnie trzyma za rękę, to jest dobrze. Ile ona miała lat, szesnaście czy niewiele więcej... Ja się nie dziwię. Ale to nie jest opieka.

Jak się jest na jakimś stanowisku, to się ma obowiązki. Mogłem nie wziąć tego stanowiska, ale wziąłem. Też przez przypadek, bo przecież nie powinienem tam być. Tam powinien być taki doświadczony człowiek, który... Ale on ustąpił. Nikogo nie było, to mnie tam popchnęli i dlatego tam byłem. To wszystko jest zbieg okoliczności, przypadek".

- Pan też mógł przecież powiedzieć: nie.

„Mogłem, ale nie powiedziałem, bo sam wcześniej głosowałem, żeby tę organizację stworzyć. Jak się już na coś zgodzisz, masz wykonywać swoje zadania, to, co do ciebie należy. A wy szukacie tylko »duszy «".