Przeproś

Aleksander Kościów
Przeproś
  • Muza
    Warszawa 2008
    145 x 205
    544 strony
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-7495-546-1 

Błażej, po tym jak zrezygnował z kariery naukowej i stracił ukochaną kobietę, Ewę, prowadzi życie monotonne, nudne i pozbawione atrakcji, z każdym rokiem coraz bardziej pogrąża się w marazmie, porzuca nawet największą swoją pasję, czyli wspinaczkę wysokogórską. Nie liczy na żadną zmianę i chyba jej nie chce. Jednak przypadkowe spotkanie popycha jego los na zupełnie inne tory. Wracając z pracy, nieomal potrąca nastolatkę, Zuzannę (ta uparcie twierdzi jednak, że właściwie nazywa się Fix), która przed kimś uciekała. Początkowo wydawało się, że przed Martą, okazuje się jednak, że nie.  Błażej dowiaduje się też, że Marta przyjechał do Warszawy, żeby odszukać swojego synka, Szymona, który zaginął w niejasnych okolicznościach. Kierowany impulsem Błażej postanawia pomóc kobiecie w poszukiwaniach, w których sporą rolę do odegrania będzie miała również Zuzanna...
Ekspozycja akcji w powieści Przeproś wygląda dosyć zwyczajnie, ale to tylko zmyłka. Aleksander Kościów nie byłby sobą, gdyby nagle nie skręcił w rewiry nieokiełznanej wyobraźni, która wsącza się w doskonale znaną czytelnikowi rzeczywistość. Fix utrzymuje, że jest kimś w rodzaju superbohaterki i że walczy w świecie równoległym z człowiekiem-sępem, który czyha także na zaginionego syna Marty. Początkowo dorośli traktują ją jak zwariowaną nastolatkę ze zbyt wybujałą wyobraźnią. Zmieniają jednak nastawienie, gdy odkrywają, że Fix, jak po sznurku prowadzi ich do kolejnych śladów pozostawionych przez zaginionego chłopca. Kościów prowadzi narrację dwutorowo. Z jednej strony przedstawia “zwariowany tydzień” z życia Błażeja i Marty poświęcony na poszukiwania chłopca. Z drugiej przedstawia wędrówkę Dala - czyli prawdopodobnie Szymona - po świecie rodem z gry RPG. Kreśląc sensacyjną, pełną zwrotów akcji fabułę, Kościów stawia jednocześnie ważne pytania: czy do końca wiem, w jakim świecie przyszło nam żyć?, czy dokonując ważnych życiowych wyborów powinniśmy koniecznie kierować się zdrowym rozsądkiem i rozumem czy raczej zaufać intuicji? Poszukiwania Szymona stają się dla dorosłych jednocześnie poszukiwaniami samych siebie; u ich kresu będą już nieco innymi ludźmi niż na początku.

- Robert Ostaszewski

Aleksander Kościów (ur.1974) z wykształcenia kompozytor i altowiolinista. Przeproś jest jego drugą powieścią.

Fragment

Kobieta usiadła wprost na torbie, przez co wyglądała trochę jak niestarannie ułożona marionetka. Wzrok pozbawiony wyrazu utkwiła na chodniku przed sobą, odgarnęła z twarzy kosmyki, które natychmiast zajęły poprzednie miejsce.
– Co się stało? – powiedziała cicho, nie podnosząc nawet głowy. – To bardzo proste, proszę pana. Nie mam pieniędzy, nie mam karty, nie mam jak zadzwonić do kogokolwiek, kto mógłby zapłacić w jakiś cudowny elektroniczny sposób, to jest jakiś koszmar, pan przecież nie zdaje sobie sprawy, dlaczego ja tu w ogóle jestem... Za co mnie to wszystko spotyka... Nie mam pojęcia...
Błażej wysiadł i przykucnął przed nią. Poważna sytuacja, wymagająca wyczucia, kurtuazji, troski, taktu – różnych przymiotów, których nie miał ostatnio na kim ćwiczyć.
– Zrobi pani co zechce – zaczął.
– W torebce było wszystko... Pieniądze, karty, dowód, prawo jazdy. Szczęśliwie wepchnęłam do torby książeczkę zdrowia. Na tej podstawie na policji wyrobili mi taki tymczasowy dokument, żebym miała chociaż dostęp do konta, jeden z moich banków powinien go zaakceptować, ale to dopiero jutro... Poza tym nic nie dało się zrobić... – zamknęła oczy, kręcąc głową. Ton jej głosu podniósł się niebezpiecznie, przechodząc w żałośliwy pisk. – Nie wiem...
– Rozumiem. Z braku środków nie ma pani gdzie spać, powiedzmy sobie wprost, więc zawiozę panią do mnie do domu, a sam prześpię się u przyjaciela, i tak mieliśmy się spotkać.
Podniosła głowę, ale w ciemności nie mógł odczytać jej spojrzenia, mówił więc dalej szybko: – Mieszkam sam, nikt pani nie będzie przeszkadzał. Dam pani klucze, jeśli tak będzie dla pani bardziej... Rano zostawi je pani u sąsiadki. Trzeba się wyspać, a rozwiązania pojawią się potem, prędzej czy później. Zostawię pani moją komórkę, będzie pani miała wszystkie moje ważne numery, w tym numer przyjaciela, do którego zadzwonię zaraz tutaj, na wypadek podejrzeń czy kłopotów, będzie pani po prostu mogła spać spokojnie do rana, a to jest teraz chyba najważniejsze.
Skończył i wypuścił mnóstwo powietrza, dziwiąc się, gdzie się przez ten czas mieściło. Kobieta nie odzywała się dłuższą chwilę.
– Jest pierwsza czterdzieści – powiedziała w końcu, po czym znów zamilkła. Błażej kiwnął głową, czekając na rozwinięcie. – Jest pan... niesamowicie uprzejmy. Cóż, ja jestem też jakby, no... bez wyjścia, jasna cholera... Faktycznie, nie mam już pomysłów. To w ogóle jakiś koszmar.
Schowała twarz w dłoniach i trwała w tej pozycji tak długo, że Błażej musiał wstać, żeby rozprostować nogi. W powietrzu niewiele było chłodu nocy, a stężenie beztlenowej zawiesiny nie pozwalało zebrać myśli. Zaczął wachlować się planem miasta z odrywającą się okładką, kobieta spojrzała na niego, więc oddał jej plan miasta a sam sięgnął do schowka po starą gazetę. Siedzieli tak chwilę wachlując się w milczeniu, ale przestrzeń między nimi wypełniał chrzęst przesypujących się ziaren myśli, decyzji, różnych biało-szarych za i przeciw.
– Strasznie pan kochany jest... – podniosła głowę, uśmiechając się. – Mam nadzieję, że kłopot, jaki panu sprawiam od kilku godzin...
– Nie ma problemu. Naprawdę.
– W ogóle mam na imię Marta – wyciągnęła dłoń, spoconą i zaopatrzoną w srebrną obrączkę.
– A ja Błażej – uśmiechnął się, oddając uścisk, po czym wybrał numer Mateusza.
– Będzie pan teraz dzwonił? Jest prawie druga w nocy.
– Po pierwsze nie pan, tylko Błażej. Po drugie jak mieliśmy po dziesięć lat, Mateusz z kumplami na kolonii nad jeziorem wsypał mi do wieczornej herbaty środek nasenny, a w nocy zainstalowali moje łóżko i mnie na nim na dwóch łódkach. Na takim katamaranie obudziłem się z potwornym bólem głowy pośrodku jeziora, wśród mgły i jakichś perkozów. Mam pełne prawo dzwonić do niego o drugiej w nocy, bez obaw.
Kobieta fuknęła przez nos, uśmiechając się nieznacznie i oglądając się na boki. Gdy klarował Mateuszowi sprawę, kręciła tylko głową, popatrując na Błażeja i wpychając mimowolny uśmiech w kąciki, żeby był mniejszy, gdyby go zauważono.
– Załatwione. Zresztą wcale nie spali. I tak mieliśmy się spotkać po ich powrocie z Portugalii, więc może to być teraz.
– Niezłe – powiedziała tylko, dając sobie zabrać torbę, która wylądowała na tylnym siedzeniu.
– No – orzekł Błażej, siadając za kierownicą i podając jej świeżo nawilżony wodą drugi ręcznik. – Czas spać. Jutro wszystko będzie dobrze.
Marta zmarkotniała, ale zgodnie kiwnęła głową. Po drodze zajechali jeszcze na całodobową stację benzynową. Gdy Błażej wrócił do samochodu, powiedziała cicho:
– Przyjechałam do Warszawy wczoraj. Jestem z Krakowa. Przyjechałam, bo wygląda na to, że zaginął mój synek. Ma dziesięć lat.
Jechali pustymi ulicami, prowadzeni grą świateł i ich fantomów odbitych od szyby. Błażej przesadnie uważał na skrzyżowaniach, oglądając się po kilka razy i zajmując się różnymi dodatkowymi czynnościami, jak spryskiwanie szyby czy badanie luzu dźwigni biegów. Marta oparła czoło o swoje odbicie w szybie. To już nie jest bezpośrednio dalszy ciąg tego szalonego wieczoru z szurniętą nastolatką udającą nieprzytomną i z szukaniem hotelu; już nie.
– Pojechał na obóz, miał wrócić pociągiem ze wszystkimi, to było piętnaścioro dzieci i trzech opiekunów. Na obozie były też dzieci z Warszawy i zaprzyjaźnił się blisko z jakimś Kubą... Mój Szymon jest trochę dziwnym, bardzo cichym i zamkniętym dzieckiem, w zasadzie nie ma kolegów, to było dla niego wyraźnie bardzo ważne, żebym mu pozwoliła na taką niby dorosłość, że zostanie pod opieką obcej rodziny przez dwa dni u nowego przyjaciela, a potem oni wsadzą go do pociągu, a ja go odbiorę w Krakowie. Wiesz, InterCity z Warszawy do Krakowa nie ma stacji pośrednich, więc miałam się z nim spotkać na pierwszej stacji jego podróży, ale Szymona nie było. Zadzwoniłam oczywiście do tamtych ludzi, najpierw nie było zasięgu, nieważne, potem nikt nie odbierał, w końcu, to już była noc, dowiedziałam się, że miał bilet i starsza siostra tamtego Kuby osobiście odprowadziła go do samego pociągu. Ale w Krakowie Szymon z niego nie wysiadł...