Punkt równowagi

Andrzej Bobkowski
Punkt równowagi
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    125x195
    414 stron
    ISBN 978-83-08-04075-1

Pisarstwo Andrzeja Bobkowskiego, choć zmarł on dawno, w 1961 roku, pozostaje do dziś wielką przygodą polskich czytelników i znawców literatury. Przez wiele lat znany był przede wszystkim jako autor niezwykle pasjonujących jako świadectwo i zarazem gorzkich w ocenie stanu cywilizacji europejskiej Szkiców piórkiem – dziennika spisywanego w latach 1940-44 najpierw w niezwykłej podróży rowerem przez francuską strefę nieokupowaną, a potem w Paryżu. Bobkowski dostrzegał w powojennej Europie niechęć do obrony przed totalitarnymi reżimami swych najważniejszych wartości i zgodę na podporządkowanie się zewnętrznej dominacji – bądź to ze strony ZSRR, bądź USA. Fanatycznie przywiązany do idei indywidualnej wolności, wyjechał do Gwatemali, gdzie do końca życia (zmarł przedwcześnie na raka) utrzymywał się z prowadzenia sklepu modelarskiego.
Zakazany z uwagi na swe poglądy w Polsce komunistycznej, Bobkowski dopiero dziś zyskuje należną sobie pozycję: po edycji krajowej Szkiców piórkiem ukazało się kilka zbiorów jego opowiadań, a wreszcie Punkt równowagi: kompletne wydanie prozy i dramatu (z wyjątkiem Szkiców piórkiem). Akcja tych utworów toczy się we Francji i w Ameryce Środkowej, ma często charakter awanturniczy, z elementami różnorakiej sensacji – bo teren, na którym wylądował Bobkowski, daleki jest od politycznej, socjalnej czy ekonomicznej stabilizacji, stanowiąc teatr twardej, męskiej przygody. Ale nawet w takich miejscach dla autora najważniejsze są pytania egzystencjalne, literatura i filozofia rozumiana jako osobiste, moralne wyzwanie, wreszcie miłość; wciąż od nowa pyta o sens życia i los świata.
Bobkowski był nie tylko niepospolicie zdolnym prozaikiem. Pisał też świetne literacko, często ogromnych rozmiarów listy do przyjaciół i rodziny, które stopniowo odkrywa się dziś, opracowuje i wydaje. Kilka tomów tej korespondencji już się ukazało (szczególnie ważne są tutaj listy Bobkowskiego do Jerzego Giedroyca, redaktora paryskiej „Kultury”). Do tego cyklu należą Listy z Gwatemali do matki. Listy Bobkowskiego są znakomitym uzupełnieniem jego prozy, ponieważ są innym, bardziej osobistym ujęciem tej samej filozoficznej i egzystencjalnej problematyki, a zarazem pasjonującym sprawozdaniem z jego życiowych przygód. Autor tych listów był artystą życia, umiejącym smakować i opisywać jego zmysłowe i emocjonalne przyjemności, ale też nigdy nie opuszczało go poczucie głębokiej istotności egzystencji, którą – w ślad za swym mistrzem, Conradem – próbował zrozumieć i przeżyć w sposób godziwy.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Nazajutrz spałem dłużej i po przebudzeniu czułem się dosyć dziwnie. Cos się stało i wiedziałem że się nie odstanie. Spoglądałem z boku na walizeczkę, w której zamknąłem zapisane kartki i wydawało mi się, że zamknąłem w niej coś żywego. Nawet odruchowo sprawdziłem czy nic z niej nie uciekło. Nie – nie przeczytałem tego, krępował mnie ten ktoś złożony w pliku dwudziestu arkusików papieru. Niecierpliwiłem się i chciałem mieć to wszystko jak najprędzej poza sobą.
Koło jedenastej Father Adrew osiadł na lagunie i od razu po zejściu na pływak zaczął do nas wywijać oplataną butlą „Baccardi” i krzyczeć, że oprócz tego wyłudził od kogoś skrzyneczkę prawdziwych „Partagasów” hawańskich po dolarze sztuka. Pomagaliśmy mu cumować i wyciągać beczkę z benzyną. Opowiadał nam, że na Yukatanie zaczęło już lać regularnie i że pewnie za kilka dni deszcze przyjdą także do nas. Mimo woli traktowalem go teraz z szacunkiem, trochę tak jak traktuje się agentów podróżnych wielkich firm.
Na pokładzie, po chwili rozmowy, wykrztusiłem: I wanted to have a little chat with you i wziąwszy go pod rękę, zaprowadziłem do kabiny. Tam on spojrzał na mnie pytająco i gdy kiwnąłem głową, uśmiechnął się i usiadł na jednej ze skrzynek. Wręczyłem mu moje wypracowanie. Była znowu zupełna cisza i tylko przez okienka wpadały monotonne łkania gruyas. Wyciągnął z tylnej kieszeni stułę i zarzucił ją sobie na szyję. Wiesz – stuła na tle kwiecistej koszuli z krótkimi rękawami, obcisłe blue jeans i bose stopy... Nie znam się na liturgii, ale obawiam się że nie był z nią tak całkiem w porządku. Potem odbyło się wszystko normalnie. On czytał a ja przyglądałem się jego profilowi i myślałem, że w tej koszuli, z atletycznymi barami, podobny był do Williama Holdena. Następnie zupełnie mimo woli przypomniałem sobie mój tekst i byłem zaskoczony, bo pamiętałem niemal słowo w słowo.
Trwało to prawie godzinę. Zebrał kartki, podarł je w drobne strzępki i wyrzucił przez okienko na wodę. Ja też wstałem. Byłem zupełnie rozpruty, chwiejny, z całkowicie przesuniętym punktem równowagi. „To dobrze robi – można się przyzwyczaić” – powiedział. Pokiwałem głową. „Wie pan – ciągnął – mój ojciec twierdził, że wszystko jest w znacznej mierze kwestią przyzwyczajenia. Gdy zaraz po wojnie chciałem się żenić, powiedział mi: żeń się – przyzwyczaisz się”. Uśmiechnął się. „To co pan powiedział na końcu jest słuszne. Cóż z tego? – pyta pan. Nie wiemy. Są ludzie, którzy próbują przestać palić, choć nigdy całkiem nie przestają. Ale chodzi o to, że próbują. Niech pan próbuje. To także się liczy. Wszyscy musimy próbować. Z tych prób wychodzą czasem – święci”. Wróciliśmy na górę.
Po drinku na pokładzie odleciał na swoje jezioro życząc nam szczęśliwego startu. No tak – w każdym razie czułem się znacznie lepiej i – starałem się już o tym wydarzeniu nie myśleć. Wypróbowałem silnik, uspokoiłem się, byłem znowu gotowy na wszystko i zaczepny. Tylko na odmianę wewnętrzna pogoda niepokoiła mnie, wstydziłem się jej sam przed sobą. Lekarstwo wydawało mi się za proste i za wygodne, słyszałem ciągły szept dumy – dumy człowieka, który kiedyś nagle odkrył, że samemu trudniej i godniej, że nic jest większe od czegoś. Może. Ale gdy domyślałem to do końca, gdy wracałem do mojego doświadczenia, wydawało mi się, że żadna z dwóch dróg nie jest trudniejsza od drugiej. Obydwie są jednakowo ciężkie pod warunkiem wybrania tylko jednej i kroczenia nią konsekwentnie. To co my uprawiamy jest ciągłym przeskakiwaniem z jednej na drugą, wygodnictwem.
Po paru dniach przyszły deszcze. Szum nieprzerwany, strumienie wody wylewające się z chmur na ziemię, zapierające oddech. I chłód, nareszcie trochę prawdziwego chłodu. Ale gdy tylko ulewa cichła, zwykle przed południem, i spoza chmur przeświecało słońce, las buchał gorącą parą. Kolory zmieniały się niemal z godziny na godzinę. Laguna wypełniała się szybko, po każdej nocy brzeg uciekał coraz dalej. Burt w czasie każdej przerwy w deszczach wypływał naszą łódką, robił pomiary, przygotowywał się. Ja zbierałem wszystkie graty, które musieliśmy zostawić żeby nie obciążać niepotrzebnie maszyny.
Udało się. Ten ranek pozostanie mi na zawsze w pamięci. Siedziałem obok Burta. Niebo pokrywały brudne chmury, ale pułap był dosyć wysoki. Po całonocnym deszczu ruszył wiatr. Gdy silniki zaskoczyły i zaczęliśmy wolno płynąć aby ustawić krypę do startu, gdy w chwilę później ruszyliśmy na 2550 obrotach, znieruchomiałem. Udało się. Nie umiałbym wyrazić co działo się we mnie w czasie tych długich sekund. Zamieniłem się w obydwa silniki. Najpierw przeciwległy brzeg sunął ku nam coraz szybciej, czułem łagodny zakręt, potem zarysy dalekich drzew i lekko pofałdowana, kremowa powierzchnia wody w lagunie rozmazały się w oczach i niemal znikły. Gdy wyrwaliśmy w ostatniej chwili, na milimetr, i nisko pod nami zaczęła migać gąbka dżungli, gdy rozpostarła się tafla morza, Burt uśmiechnął się do mnie i wystawił w górę dwa wielkie palce. Radość. I wtedy, zupełnie nagle, przyszedł mi na mysl teoremat Le Chatelier’a. Według niego, gdy jakaś dodatkowa siła wywrze działanie na system znajdujący się w stanie równowagi, wówczas punkt równowagi w tym systemie przesunie się w takim kierunku, w którym oddziaływanie tej siły ulegnie osłabieniu. Zacząłem o tym myśleć, bo już nad morzem, wśród monotonnego i zdrowego warkotu silników uświadomiłem sobie, że jednak tam, na lagunie, cały mój system został poddany działaniu jakiejś siły, wbrew mojej woli, i że mój punkt równowagi przesunął się na pewno. Ale nie w kierunku, w którym jej działanie uległoby osłabieniu. I to do dziś nie daje mi spokoju.