Obywatelka

Manuela Gretkowska
Obywatelka
  • Świat Książki
    Warsaw 2008
    123x195
    320 stron
    ISBN: 978-83-24712-09-0

Obywatelka to już trzecia część pisanego na gorąco dziennika Manueli Gretkowskiej, prezentująca pisarkę w roli dość nietypowej: jako założycielkę, a potem przewodniczącą Partii Kobiet. Opisując kulisy politycznej "awantury", odpowiada na pytanie, jak artystka wpadła na ten niecodzienny pomysł, i tłumaczy, co ją do tego skłoniło.
Wszystko zaczęło się przez przypadek – od usunięcia z pewnej gazety felietonu, w którym pisarka krytykowała rządy braci Kaczyńskich i opublikowania w jednym z tygodników niepokornej wypowiedzi na temat sytuacji współczesnej "Matki Polki". Potem był już przedrukowany w książce Manifest, w którym Gretkowska wezwała kobiety do decydowania o swoich prawach i utworzenia własnej partii. Inicjatywa nie przeszła bez echa, przy czym z miejsca oczywiste stało się to, że charyzmatyczna pisarka powinna stanąć na czele nowej siły politycznej.
Dla ludzi śledzących całą sprawę z zewnątrz, wyglądała ona jak połączenie kabaretu z happeningiem. Choć do inicjatywy pisarki z entuzjazmem odniosły się tysiące kobiet w Polsce, nie znalazła ona poparcia ze strony żadnej z formalnych sił politycznych. Jej poważnego traktowania nie ułatwiało to, że w międzyczasie miała miejsce premiera nowej powieści Gretkowskiej, uznawano więc, iż polityczne przedsięwzięcie jest oryginalnym chwytem reklamowym.
Obywatelka z pewnością rzuca jasne światło na całą "aferę". Przede wszystkim na samą pisarkę, która naprawdę zaangażowała się w rolę Don Kichote’a w spódnicy, walcząc nie tylko z krytyką zewnętrzną, ale i z tarciami, do których dochodziło wśród jej współpracowników. Gretkowska szczerze opowiada o zmaganiach z mechanizmami polityki i z naturą ludzką, przybliża chwile triumfu i zwątpienia, a przede wszystkim relacjonuje partyjny dzień powszedni.
Warto podkreślić, że choć zrazu są to wyznania osoby niemającej doświadczenia ani społecznikowskiego, ani dyplomatycznego, trudno uznać ją za naiwną. Manuela Gretkowska zdaje sobie sprawę z tragikomicznego charakteru perypetii, przez jakie przechodziła i odnosi się do nich z niemałą dozą ironii. Nie taką jednak, która każe czytelnikowi zwątpić w jej zaangażowanie.

- Marta Mizuro

Fragment

3 XII
Szybki obiad w knajpie niedaleko Montowni. Wreszcie wytchnienie po tygodniu garkuchni. Gąsiorki – wysoka, ciemnowłosa ikonowata z urody Ania i dobrodusznie pulchny, obsypany rudawymi loczkami Jacek – wyświetlili na ścianie za mną plakat. Staję pośrodku sceny, dochodzą jeszcze ludzie, brakuje krzeseł Jest ze czterysta osób, większość kobiety w różnym wieku.
- Pani Manuelo, mówi tu pani już 15 minut, mówi i nic się nie dzieje... – dziwi się niecierpliwa staruszka.
- A powinnyśmy być już w sejmie, nie od kwadransa, ale od iluś lat – podkręcam.
Sala się odśmiała i opowiadam dalej: „Co nam nie pozwala być w sejmie? Gdzie są te ograniczenia? W naszej głowie". Mówię, dlaczego partia – regularna armia polityczna, a nie stowarzyszenie – partyzantka. jestem tak pewna słuszności argumentów, prostoty rozwiązań, że scena staje się pasem startowym dla pomysłów, idei, dla mnie. Deski wydłużają się, światła zlewają w świetlisty drogowskaz. Unoszę się ponad tłum, jeszcze widzę pojedyncze twarze. Oczy, skupione na moich słowach, prowadzą mnie, dają mrugnięciem znaki, czy zmierzam w dobrym kierunku. Ale już siebie nie słyszę, nie mam pojęcia, co zaraz powiem. Wpadam w trans, boję się utraty przytomności. Hamuję, proszę o pytania. Nie mam czasu pomyśleć, co się przed chwilą stało.
Wstają kobiety z pierwszych rzędów. Łódź, Olsztyn, Śląsk – przedstawiają się. Czyściutkie, białe, wyprasowane bluzki, granatowe spódnice – prawdziwe działaczki. Ja w bluzie i wypchanych sztruksach wyglądam przy nich na rockmankę. Zgłasza się politolożka Iwona i panie z różnych organizacji. Zbieram wizytówki, karteczki. Podchodzi dziewczyna; chce być asystentką. Pytam wprost, czy leczyła się psychiatrycznie. Szok. Wyjaśniam, to tak ciężka praca, że albo ktoś nie wie, na co się porywa, albo nieadekwatnie ocenia rzeczywistość.
Piotr  obserwował spotkanie z balkonu.
- Boże, lata 50., kobiety przebudziły się i sądzą, że mają jakieś prawa – kpiną pokrywa wzruszenie.
Małgosia Marczewska, mój niedoszły coach poznany na sesji  zdjęciowej, próbuje podsumować:
- Nie puściłaś w salę kartek, żeby spisać, kto był, namiary, co może robić. Reszta spotkania jak po szkoleniu CIA. Zanim zaczęłaś, zadałaś sali trzy pytania, czy mają krzesła, czy słychać... – perfekcyjnie byłoby pięć.
Nie wiem: Małgosia żartuje, czy serio. Szkoli firmy, dyrektorów przedsiębiorstw.
- Musisz rozdzielić życie prywatne od partii, wyłączaj po spotkaniach telefon - radzi.
Komórka, noszona w kieszeni spodni, stała się rodzajem kopiącego, podskakującego od impulsów płodu wpijającego się mi w bok. Z każdym dniem mocniej daje o sobie znać. Budzi nocą, nie daje odpocząć w dzień.
Wracamy do domu, sklepy jak zwykle już zamknięte. Została nam stacja benzynowa, ale nie mamy siły stanąć i kupić chleba.
- Jeżeli to potrwa dłużej, ja nie wyrobię - kapituluje Piotr. Po zebraniu spodziewał się komitetu nowych liderek. Liczył, że nie będziemy już tak potrzebni.

4 XII
Nie rozmawiamy rano, jedzie do Łodzi po małą. Biegam między telefonem a Internetem. Niewiele się zmieniło po Montowni. Może dzisiaj wieczorem na Filtrowej u Małgosi... Przyjdzie Iwo¬na, fachowiec od partii. Gąsiorki podejmują się porządkować maile. Mają kilkumiesięczną córeczkę i fioła na punkcie społecznictwa. Gdyby kawałek, chociaż ogryzek, ludzkości był do nich podobny, świat stałby się rajem.
W południe głód, nic nie mam w lodówce. Ktoś pyta przez telefon:
- Czy coś się stało?
Nie bardzo kojarzę kto i dlaczego nie wie, co się stało... pospolite ruszenie!
- Byliśmy umówieni w restauracji, miała pani ocenić dla gazety menu... - przypomina głos z minionego życia.
Zapomniałam o zapisanym w notesie spotkaniu. Wymazałam z pamięci wszystko, co nie dotyczy partii. Niestety, płacenie rachunków też. Czekając na taksówkę do restauracji, znajduję w skrzynce pocztowej upomnienia. I to ja, dla kt6rej comiesięczne wypełnienie kwitków za prąd i telefon było ulgą rozgrzeszenia. Jakbym przynosiła mamusi świadectwo moralności.
Oderwana od Internetu, werbowania koordynatorek regionów, wchodzę do innego świata: knajpy przerobionej na japońską Belle Époque. Dostaję foie gras w czekoladzie, dorsza posypanego płatkami róż. Połykam, oceniam dla rubryki kulinarnej i pędem do domu.
Pola rozkapryszona. Nie może się przestawić po wizycie u dziadków. Staruszkowie nie przestrzegają żadnych norm, są amoralni w miłości do małej. Mój ojciec, gdy byłam w jej wieku, patrzył z zachwytem, jak tłukę rodzinne kryształy, podsuwał następne. Może ich nie lubił, może uwielbiał sprawiać mi przyjemność. Na co pozwala Poli, wolę nie wiedzieć. My z Piotrem ostatnio udajemy rodziców, dziadkowie nie muszą się już zgrywać. Robią, co im się podoba, i pozwalają na to samo dziecku.
Biuro Małgosi na Filtrowej, Stara Ochota. Kuchnia, drewniane schody, poddasze, dwa duże jasne pokoje. Kremowe ściany, rozłożyste, rokokowe żyrandole, minimum mebli. W okna wbijają się gałęzie moreli z ogrodu. Pusto, cicho po gwarze telefonicznych rozmów. Czekamy na Iwonę. Nie jestem pewna, czy przyjdzie. W Montowni dała wizytówkę i obiecała pomóc. Wreszcie jest: piękna, zgrabna – była modelka, znajoma Lidki.
Zna się na politycznym oprzyrządowaniu, wymienia etapy tworzenia partii. Musimy ustalić, czy przyjmujemy mężczyzn.
- Może byłoby łatwiej bez nich? – zastanawiamy się. – Albo pozbawić ich u nas prawa głosu.
Jest z nami Małgosia i Piotr przez głośnik telefonu.
- To niedemokratyczne! – On, zawsze najbardziej ugodowy, teraz protestuje. –Jeżeli będą mogli tylko należeć i bezinteresownie służyć, zrobicie z nich politycznych eunuchów. Zresztą chyba nie wolno zakładać organizacji dyskryminującej ze względu na rasę i płeć – uspokaja się. Iwona jest zdania, że kobiety zachowują się inaczej same i to one mają wreszcie decydować bez męskiej pomocy. Powołuje się na swojego wykładowcę, profesora Szlendaka z Torunia:
- On, feminista, uważa, że kobiety mają zakodowaną konkurencję behawioralną – walczyły zawsze między sobą o dostęp do dóbr dla swoich dzieci.
- Właśnie – mówię – to będzie pierwsza partia behawioralna, ale będzie walczyć o wspólny interes kobiet i dzieci: zdrowie, wykształcenie. Po drugie – wyliczam – nieprawda, że kobiety nie potrafią współpracować i konkurują. Bardzo proszę, szefuj tej partii, znasz się na tym, jesteś specjalistką. Ja będę jeździć, namawiać, udzielać wywiadów. Co ze mnie za polityk, nie noszę nawet zegarka... – Powinnam być już w domu z Polą.
- To sobie kup. – Moja abnegacja nie jest dla Iwony problemem.
- Nie noszę, bo nie lubię. Marynarek, przyzwoitych bucików – opisuję eleganckie ciuchy Iwony. – Ty się lepiej nadajesz, masz wiedzę...
- Nie teraz. Kiedy wszystko się uporządkuje.
- Kiedy?
- Za... pół roku – ocenia.
- Nie dożyję w takim tempie.