Kinderszenen

Jarosław Marek Rymkiewicz
Kinderszenen
  • Sic!
    Warszawa 2008
    205x135
    204 strony
    ISBN 978-83-60457-60-3

Nowa książka eseistyczna Jarosława Marka Rymkiewicza ma znamienne cechy pisarstwa tego autora: "ziarnistą" budowę, skupienie uwagi na pozornie nieistotnych szczegółach, które niebawem odsłaniają swój sens głęboki, ścisłe powiązanie doświadczenia osobistego z perspektywą historyczną – a też wyrazistość i kontrowersyjność  stawianych tez.
Kinderszenen (tytuł zapożyczony z cyklu miniatur fortepianowych Roberta Schumanna) to książka, której dwoma przeplatającymi się motywami są przeżycia dzieciństwa autora – i sceny rzezi z Powstania Warszawskiego, a szczególnie jedna, niebywale krwawa, spowodowana przez podrzucony przez Niemców powstańcom czołg-pułapkę, który wybuchł, kiedy tylko zgromadziły się wokół niego wiwatujące tłumy mieszkańców warszawskiej Starówki. Tę historię, która trafem rozgrywała się w miejscu, gdzie autor książki z żoną i synem mieszkali na przełomie lat 60-tych i 70-tych, powoli, scena po scenie, opowiada Rymkiewicz na przestrzeni całego tomu, cytując sprzeczne relacje świadków, i wzbogacając ją o szereg innych scen okrucieństw, które wyrządzały powstańcom niemieckie wojska tłumiące narodowy zryw wolnościowy.
Dziecko, którym był Rymkiewicz w tych czasach, niewiele wie o historycznych wydarzeniach, które się wokół niego dzieją, można rzec, iż trafiają go rykoszetem. Najważniejsze dlań są wówczas spotkania ze zwierzętami – kotami, końmi, żółwiami, rakami, a też z zającem z czytanej mu przez matkę naturalistycznej powieści Dygasińskiego. Ale los zwierząt jest w końcu tłem dla losu ludzi, a ludzka śmierć i jej bezsens ma swe odbicie w śmierci zwierzęcej. Można powiedzieć, że autor książki z jednej strony dostrzega biologiczny, jakoś tam nieludzki i pozbawiony racjonalnych podstaw aspekt zmagań polsko-niemieckich, a z drugiej strony za wszelką cenę szuka dla tej masowej śmierci i zniszczenia jakiegoś wyższego sensu, dochodząc wreszcie do wniosku, że sensowność powstania wynika stąd, iż było ono przeciwstawieniem niemieckiemu szaleństwu mordowania – polskiego szaleństwa walki wbrew wszelkim – politycznym czy militarnym rachunkom sił. Idea powstania broni się zatem dopiero, gdy spojrzeć na nią z punktu widzenia historycznego długiego trwania, gdzie ten przelew krwi opłacił się, bo podtrzymał siłą swej symboliki polską wolę oporu i pragnienie niepodległości. Rymkiewicz pisze z zasady wyraziście i budzi swymi sądami sprzeciwy. Tak będzie z pewnością i tym razem – z powodu nie tylko bezkompromisowej obrony Powstania Warszawskiego, ale też z powodu stosunku autora do Niemiec i ich roli w – także dzisiejszej – historii Polski. Kinderszenen zatem – jak wszystkie poprzednie książki tego pisarza – wzbudzi z pewnością nową narodową, a może i międzynarodową dyskusję.

- Marek Zaleski

Fragment

Istnieje kilka wersji trasy, którą przebył opancerzony wóz amunicyjny, jadąc od skrzyżowania Senatorskiej z Podwalem do tego miejsca, w którym od Podwala, w kierunku Długiej, odchodzi ulica Kilińskiego. Wedle zebranych przez Ryszarda Bieleckiego (w książce “Gustaw” – “Harnaś”) relacji żołnierzy batalionu “Gustaw”, którzy bronili barykady zamykającej Podwale od strony placu Zamkowego, koło godziny 16.00 pojawili się tam dwaj żołnierze z rozkazem wprowadzenia pojazdu w głąb Starego Miasta. Generał Bór Komorowski podszedł do okna pałacu Raczyńskich i zobaczył wóz amunicyjny “w samo południe”. Także opowieść Hanny Malewskiej, powieściopisarki dobrze wiedzącej, czym jest historia i jak należy ją traktować, a więc osoby (zwłaszcza w takich sprawach) całkowicie wiarygodnej, mówi, że wóz amunicyjny – Malewska określiła go jako “niski ciągnik” – pojawił się na Starym Mieście w południe. “Było południe, cisza od Niemców, gdy Podwale zakipiało naraz krzykiem, wiwatami [...]. Dzieci, kobiety otaczają czołg, raczej może niski ciągnik, widać dopiero co zdobyty, czterech roześmianych żołnierzy jedzie na nim ulicą”. Dwaj żołnierze, którzy pojawili się przy barykadzie na Podwalu o godzinie 16.00, żeby zabrać stamtąd wóz amunicyjny i pojechać nim na Kilińskiego, wydają się więc trochę, razem ze swoją godziną, wątpliwi. Na równie, a nawet jeszcze bardziej wątpliwy wygląda ten rozkaz, na który powoływali się dwaj żołnierze – według Bieleckiego, rozkaz nie był wydany na piśmie, nie wiadomo też, kto, jaki dowódca go wydał. Co więcej, nie jest znana jego treść, nie wiadomo więc także dokąd i w jakim celu dwaj żołnierze zamierzali zabrać spod barykady wóz amunicyjny. Uzasadnione wydaje się zatem przypuszczenie, że w ogóle nie było, mogło nie być żadnego rozkazu. Żołnierzom z batalionu “Gustaw” to, że rozkaz może był, a może go nie było, jakoś nie przeszkadzało (w pobliżu byli tam też oficerowie z “Gustawa”) i zgodzili się na wydanie pojazdu. Rozebrano barykadę (pewnie tylko jej mały kawałek), ci dwaj, którzy mieli rozkaz lub go nie mieli, wsiedli do wozu amunicyjnego, zbadali jego wnętrze i odjechali Podwalem w kierunku Kapitulnej. Znane są – choć nie na pewno – nazwiska tych dwóch, nawet trzech żołnierzy (bowiem mogło ich być trzech) oraz pseudonim jednego z nich. Kapitan Lucjan Fajer “Ognisty”, zastępca dowódcy i oficer operacyjny batalionu “Gozdawa”, twierdził, że żołnierzy było kilku i że byli to żołnierze z jego batalionu – “głównie z kompanii motorowej «Orląt»”. [...] Trasa, którą wybrali, przedstawia się natomiast całkowicie niejasno, bowiem wśród wielu relacji mówiących o tej sprawie istnieją takie, których albo w ogóle nie da się ze sobą pogodzić, albo które pogodzić byłoby bardzo trudno. Może dałoby się je jakoś pogodzić, gdyby przyjąć, że wóz amunicyjny długo krążył po ulicach Starego Miasta, przemieszczał się  z miejsca na miejsce, wracał na miejsca, w których był uprzednio, szukając tego miejsca, w którym powinien ostatecznie stanąć – właśnie tego przy bramie domu na ulicy Kilińskiego. Z książki Lucjana Fajera można by wnioskować (“Tak dojechali do ulicy Kilińskiego”), że wóz amunicyjny pojechał Podwalem w kierunku Kapitulnej i dość szybko, nigdzie po drodze nie zatrzymując się oraz nie zbaczając, dojechał na Kilińskiego. Ale to wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne. Niezwykle zawile – i jako niezwykle zawiłą – przedstawiał drogę wozu amunicyjnego, na podstawie różnych powstańczych relacji, Ryszard Bielecki. “Tankietka przejechała Podwalem do ulicy Kapitulnej i skręciła w prawo, w Piekarską. Przez Zapiecek wjechała na Rynek Starego Miasta [...]. Od tego momentu przejazd wozu pancernego nabrał charakteru zwycięskiej defilady. [...] tankietka ruszyła z Rynku przez Nowomiejską. Dojechała do Freta i tu skręciła w lewo. Przejazd trwał dość długo, bo trzeba było po drodze rozebrać kilka barykad”. Jak można się domyślać, skręciwszy w lewo z ulicy Freta, wóz amunicyjny pojechał potem (to znaczy – pojechałby, bo czy pojechał, nie wiadomo) ulicą Długą w kierunku głównego wejścia do pałacu Raczyńskich. Również i ta wersja wydaje mi się jednak niezbyt prawdopodobna. Ale oczywiście wszystko jest tu możliwe. [...] Dodajmy do tego jeszcze jedną wersję przejazdu, jawnie przeczącą tej, która znajduje się w Przemarszu przez piekło, a podaną w książce Antoniego Przygońskiego Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 r. Autor ten twierdził mianowicie (opierając się na jakichś relacjach, których autorów nie ujawniał), że wóz amunicyjny, owszem, przejechał przez Wąski Dunaj, ale w innym kierunku, niż wynikałoby to z książki Podlewskiego. Nie pojechał bowiem Wąskim Dunajem “ku Staremu Rynkowi”, jak radził ojciec Tomasz Rostworowski, lecz wjechał “Wąskim Dunajem w ulicę Kilińskiego” – a to znaczy (można tak przynajmniej przypuszczać), że na Wąski Dunaj wyjechał ze staromiejskiego Rynku lub z Piwnej. Jeśli zaś wóz amunicyjny skręcił z Wąskiego Dunaju w Kilińskiego lub, odwrotnie, z Podwala w Wąski Dunaj, i właśnie po to, żeby wjechać na Rynek, no to chyba nie mógł wjechać na Rynek przez Piekarską i Zapiecek. Skręciwszy w Wąski Dunaj, nie mógł też, jadąc od placu Zamkowego (jak wynikałoby z książki kapitana “Ognistego”), wjechać z Podwala od razu w Kilińskiego. Wszystko to jest wysoce niejasne, ulice mylą się i łączą, krzyżują w jakimś innym porządku – innym niż rzeczywisty. Jakby to była podróż we śnie. Jak powiadam – może to było krążenie, zawracanie, zakręcanie i objeżdżanie. Może to było objeżdżanie barykad, zakręcanie przed barykadami, krążenie wokół nich. Ciemne krążenie wokół własnej śmierci.