Capcarap

Artur Daniel Liskowacki
Capcarap
  • Forma
    Szczecin-Bezrzecze 2008
    180 x 180
    124 strony
    ISBN: 978-83-60881-07-1

"Capcarap" to zbiór krótkich opowiadań połączonych osobą narratora-bohatera. Ów bohater – pisarz i dziennikarz w średnim wieku – najczęściej staje się obserwatorem banalnych, zwykłych zdarzeń; tylko w kilku opowiadaniach w nich uczestniczy. Podgląda zatem, podsłuchuje, wychwytuje z rzeczywistości to, co wydaje mu się znaczące i co może mieć pewien sens symboliczny lub paraboliczny. Ten osobliwy „voyeur” zasadniczo został ulokowany przez pisarza w trzech przestrzeniach: nadmorskiego sanatorium, szpitala oraz w miejskich autobusach. Miejsca te poniekąd determinują tematykę opowiadań. Cykle opowiadań sanatoryjnych i szpitalnych przynoszą głównie opowieści o ludzkich postawach i zachowaniach, w "Opowiadaniach autobusowych" (tak został nazwany cykl) można wyśledzić ambicję sporządzenia portretu zbiorowego współczesnych Polaków. To, co mówią pasażerowie autobusów, układa się w katalog poglądów, lęków, iluzji tzw. zwykłego obywatela. Nie jest chyba sprawą przypadku, że Liskowacki nadał swej książce tytuł jednego z "Opowiadań autobusowych". Nieco zapomniane dziś słowo "capcarap" łączone jest najczęściej ze sprytną kradzieżą. Wyobrażenie, zgodnie z którym dzisiejsza Polska to właśnie kraj po wielkiej grabieży jest niezwykle trwałym, powszechnym "ludowym" stereotypem. Takich fałszywych mitów, którymi karmią się zwykli prości obywatele, jest tu sporo. Nie znaczy to jednak, że "Capcarap" jest książką publicystyczną. Pisarza interesują raczej okruchy rzeczywistości, mikrozdarzenia, drobne dialogi, pospolite sytuacje, których właściwie nikt nie zauważa, nikt nie uznaje tych drobin życia społecznego za znaczące. Nikt – poza artystą słowa, który uważnie podgląda otaczający go świat i równie uważnie weń się wsłuchuje.

Dariusz Nowacki

Artur Daniel Liskowacki – ur. w 1956 r. Prozaik, poeta, eseista, autor słuchowisk radiowych oraz książek dla dzieci, publicysta i krytyk teatralny.

Fragment

To było tuż po przyjęciu nas do Unii, może nawet i nazajutrz.
Zjeżdżałem w dół, obok kościoła, do starej cegielni, po której już tylko cegła na cegle, i dalej stromo, pogańsko, Warcisława.
Z jakiegoś powodu czułem się winny, od razu, jak wsiadłem.
Ostatnio ludzie zbyt uważnie patrzyli sobie w tytuły czytanych gazet, bym mógł się czuć bez winy, a już na pewno bez kary.
Na szczęście ludzie czytają coraz mniej; kiedy w ogóle przestaną czytać, zwłaszcza publicznie, zapanuje powszechny pokój.
Stałem przy starszym mężczyźnie; siwizna z prześwitem, kamizelka z dziewięcioma kieszeniami (po co emertom tyle kieszeni? na naboje, drugi portfel, zdjęcia wszystkich wnuków?), stuku-puku paznokciem o zakurzoną szybę.
Za którą przetoczyła się ciężarówka. Długa i naprawdę ciężka. Sosnowe pnie powiązane w pęczki. Wyglądały, jakby ledwie co je ścięto. Prawie czułem zapach drewna i nasłonecznionej kory.
Prawie słyszałem, jak skrzypią na zakręcie, który przewożący je samochód brał dość powoli. Ale nie dość, by przepuścić autobus, z którego to oglądałem.
Starszy mężczyzna przestał stukać paznokciem, jakby zamilkł.
- Zaczęło się - powiedział wreszcie. I pokiwał głową - Zaczęło.
Niby nie mówił do mnie, bo chyba w ogóle na mnie nie spojrzał, odkąd stanąłem przy jego miejscu siedzącym (zawsze budziło moją ciekawość, jak miejsce może siedzieć?), a przecież czułem się wywołany do odpowiedzi. Zresztą, to już była odpowiedź, a ja po prostu nie znałem pytania.
- Tak - powiedziałem niepewnie. Zbyt niepewnie, żeby mógł to zlekceważyć.
Zerknął przez ramię, ale nie tak, bym zdążył spotkać się z nim spojrzeniem. Nie od razu się zorientowałem, że właśnie tego chciał. Że tego nie chciał. Spotkać się. Chciał tylko, bym zobaczył, że na mnie zerknął. Właśnie tak.
- Cap-carap - powiedział patrząc na sosny, widoczne teraz od przekroju pnia. Białe pola, martwe słoje. Zaśmiał się sucho, zakaszlał. - Cap-carap - powtórzył, z dziwną, jakby bolesną ulgą. Jakby to było odkaszlnięcie, odplunięcie. Tym, co zalega, w środku.
Już się domyśliłem, dlaczego jestem winny. Wyjaśnienia.
To, że on siedział, a ja stałem, tworzyło jednak układ niezręczny. On niżej, ale ja nie wyżej, bo na baczność. Ja mu w kark, a on mi w szybę. Od przed siebie, więc jakby do nikogo, ja do niego, w lekkim zgięciu, a przez to, jakby uniżenie.
Spróbowałem jednak.
- A czemu pan uważa, że - zawahałem się. Może nie miał tego na myśli? Czego, niczego. Niczego mojego.
- Cap-carap - powtórzył z uporem, który był jednak dla mnie.
- Że ktoś je nam zabiera. Wywozi stąd - dokończyłem. - Czemu pan uważa, że to w ogóle źle? Drewnem się zwyczajnie handluje. Się handluje, i to ze sporym zyskiem - brnąłem w ten las, wykładałem się na wykładzie ekonomii złośliwie dziś politycznej.
Zaśmiał się, teraz prawie wesoło. Wciąż na mnie nie patrzył.
Dlatego nie mogłem się ruszyć, choć mogłem pójść dalej. Zostawić go, Capcarapa, z jego spełnionym proroctwem, z jego doświadczonym świadectwem. Ale wtedy zostałby ze mną tym bardziej. Z moją zająkliwą racją, tramtadracją, z moim szkiełkiem (razy dwa) i okiem (minus pięć), moją winą, za nasze grzechy.
- Cap-carap - tak jakoś ciszej. Jakby o mnie zapominał.
Mineliśmy wiadukt, i dalej w dół, surowe, szare kamienice niemieckiego proletariatu, skwer Andersa, gdzie śpią na ławkach i leją w krzaki (czerwone nosy na Monte Cassino), zaraz Manhattan.
Rynek, buda w budę, a psy tylko parami, już raczej straż miejska, raczej nie strasz, bez miasta zresztą, ziemniaki, buraki, banany, buty na wagę, rozwieszone na drucianym płocie biustonosze, bukiniści, wynoszący lektury szkolne syna i wyblakłego Winnetou, by rozkładać na chodniku, i zbierać na nalewkę wiśnia.
Ciężarówka załadowna drzewem trzęsła przed nami, my jeszcze za nią. Gdybyśmy jechali prosto, moglibyśmy wspiąć się ulicą Piotra Skargi, mijając Tuwima.
Przywróć nam chleb z polskiego pola, przywróć nam trumny z polskiej sosny. Ach, to, zachłysnąłem się sobą, ach to tak. Jakbym to ja za tym chlebem w trumnie sosnowej tęsknił.
- Ja pana nawet rozumiem - rzekłem uroczyście, ale pojednawczo - lecz świat się jednak trochę zmienił. Panu się zdaje, że.
- Zostaw starszego człowieka - ten za mną był bliżej niż sądziłem. Niższy ode mnie, z wąską, zaciętą twarzyczką kogoś, kto wie, że jest w większości. Zerknąłem na boki, nikt na nas nie patrzył.
Zwalnialiśmy, żeby skręcięć do zajezdni, pod ten handel. Ciężarówka wyraźnie wybierała centrum, długą drogę Wyzwolenia.
- Co: zostaw? Tłumaczę tylko. A pan wie, dlaczego?
- Zostaw starszego człowieka - powtórzył, i odwrócił się do okna. Ale przede wszystkim ode mnie.
Stałem z otwartą gębą, chociaż usta miałem zamknięte.
- Wszystko nam zabierają - powiedział starszy człowiek. Spojrzał na mnie - Wszystko.
Zatrzymaliśmy się, koniec trasy, każdy w swoją stronę.
Przesiadłem się na tramwaj, i dalej, do miasta. Robiłem swoje, trochę cudze, do wieczora. Zastanawiając się w chwilach na zastanowienie, czy Capcarap, gdy na mnie spojrzał, miał zaszklone oczy. Pomyślałem, że miał, i zachciało mi się sprawdzić, co zobaczył. Wszedłem do toalety, i myłem ręce, żeby patrzeć w lustro.
- Cap-carap - powiedziałem do siebie - Cap-carap. Zabieramy wszystko. Każdemu. My wszyscy, zawsze.
Nie udało mi się uśmiechnąć. Zgasiłem światło w toalecie, zabrałem swoje zabawki i poszedłem do domu.
Na przystanku sprawdziłem godziny odjazdów. Zgadzały się ze sobą. Miałem jakiś kwadrans do pospiesznego. To stałem sobie.
I wtedy, po drugiej stronie ulicy, zobaczyłem ciężarówkę, jadącą powoli, jakby na ugiętych kołach. Na długiej platoformie leżały sosny. Za nią jechała następna. A za nią jeszcze jedna, kolejna, a za nią jeszcze. I jeszcze. Aż po sam koniec ulicy, po sam las.