Haszyszopenki

Jarosław Maślanek
Haszyszopenki
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    123 x 195
    256 stron
    ISBN: 978-83-7414-470-4

Haszyszopenki to powieść o przyjaźni dwóch 12-letnich chłopaków – Maksymiliana i Wronka. Ojciec Maxa jest działaczem „Solidarności”, ojciec Wronka – milicjantem. Rzecz dzieje się w roku 1982, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, gdzieś w prowincjonalnej Polsce – w małej miejscowości, która istnieje wyłącznie dzięki państwowej fabryce zbrojeniowej. Mieszkańcy tej miejscowości to socjalistyczny plebs, pozbawiony tradycji, która pozwoliłaby stawić opór korozyjnemu działaniu socjalizmu. Ich egzystencja składa się z pracy „na państwowym” i z picia po pracy. Ubóstwo, nadmiar ludzi w zbyt małej  przestrzeni, niedobór nadziei i szans na inne życie…
Taka rzeczywistość może wytwarzać tylko jedno – nieustające frustracje, niechęci, nienawiści. W takim świecie dwóch głównych bohaterów usiłuje ocalić jakiś okruch niezależności i sensu, chowając się w chłopackiej przyjaźni. Stanowić ma ona przeciwwagę dla pełzającego rozkładu. Nie jest to jednak dobra przyjaźń. Emocjonalnie wydrążony Wronek stanowi dla Maksymiliana gwarancję przygody, ale zarazem jest jak urokliwe bagno: wciąga, unieruchamia, pochłania, zabija. Chłopcy nieświadomie przenoszą problemy rodzinne na własną przyjaźń, ale są zbyt niedojrzali, by mogli w ten sposób zbudować dobrą więź i siebie ocalić. Z ryzykancką desperacją i z okrucieństwem, na którego dnie czai się zdradzona miłość, gotowi są popełnić największe głupstwa.
Ich plan to w istocie próba odbudowy życiowego ładu. Skoro obaj chłopcy czują się nieakceptowani przez swoje rodziny, przez społeczność szkolną i przez mieszkańców osiedla, tedy intuicyjnie wybierają drogę, która powinna przywrócić im godne miejsce we wszystkich grupach społecznych. W świecie Maślanki dorośli podlegają – niemal stalinowskiemu – fatalizmowi stwierdzenia „Każdy musi zostać kapusiem”, więc dzieci wybierają okrutną drogę zemsty odnowicielskiej. Intuicyjnie sądzą, że wymierzenie kary „kapusiowi” oczyści całą rzeczywistość i przywróci ład ról społecznych.
To zdumiewające, że rzeczywistość pierwszego roku stanu wojennego ukazana z perspektywy dwóch chłopców i ich przyjaźni pozwoliła autorowi opowiedzieć więcej niż gdybyśmy widzieli działaczy „Solidarności”, strajki czy uliczne manifestacje.

- Przemysław Czapliński


Fragment

Koniec i początek
Nie mogłem zasnąć. Leżałem odkryty, spocony. Wpatrywałem się w sufit, ledwo widoczny w ciemności. Ramię trochę piekło, skaleczenia na twarzy pulsowały bólem. Słyszałem, jak rodzice rozmawiają z Trzynachą. Najpierw spokojnie, potem coraz głośniej. Sąsiad wyszedł od nas późno w nocy. Drzwi mojego pokoju uchyliły się i ojciec zajrzał do środka. Po chwili cicho się wycofał.
Kiedy w końcu usnąłem, miałem dziwny sen. Że siedzimy z Wronkiem u mnie w pokoju, on na fotelu, który stoi między biurkiem a oknem, ja na krześle przy biurku, i gadamy jak zwykle o niczym. Niechcący przewracam szklankę z herbatą. Wrzątek oblewa Wronka, a on tego nie zauważa. Naczynie toczy się po blacie, Spada na fotel i przelatuje przez mojego przyjaciela. Obudziłem się. Było już widno.
Nie znosiłem zmian, bałem się nowości. Dlatego lubiłem nasz blok, miejsce znane od dzieciństwa, o wyraźnych granicach; z nim wiązały się najwcześniejsze wspomnienia. I chyba dlatego bałem się tego snu ostatniej nocy wakacji, ze środy na czwartek tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. Wronek był ze mną od dawna, nie chciałem go stracić. A jednocześnie nie chciałem już dalej ciągnąć wojny z Trzynachą. Podjąłem decyzję, muszę tylko pogadać z Wronkiem.
Usłyszałem, jak przyjaciel gwiżdże pod blokiem. Wyjrzałem przez okno. Wronek chował się za krzakami. Pomachał, wskazał na piwnicę. Zrozumiałem. Pobiegł tam, schylając się jak pod ostrzałem.
Wyszedłem z pokoju. Rodziców nie było. Spojrzałem zatem na zegarek. Sporo po dwunastej. Ale spałem!
Wbiegłem szybko do łazienki, wysikałem się, obmyłem twarz. Odbicie zasłoniłem dłonią. Nie chciałem patrzeć na siebie.
Zbiegłem do piwnicy. Chłód i stęchłe powietrze wygoniło resztki snu. Bolała mnie trochę głowa. To pewnie dlatego, że długo spałem.
Wronek czekał na dole. Stał w kącie, gdzie światło żarówki nie rozjaśniało mroku.
– Cześć – powiedziałem i od razu przeszedłem do rzeczy. – Słuchaj, ja już nie chcę drażnić się z Trzynachą. Zostawmy go w spokoju. To było dobre w wakacje, ale zaczyna się szkoła.
– Za późno – przerwał. Nie widziałem, czy się uśmiecha, ale miałem wrażenie, że tak właśnie jest.
– Jak to za późno?
– Za późno, żeby zostawić go w spokoju. – Podszedł do mnie.
Ubranie przylegało mu do ciała, jakby spadł na niego krwawy deszcz. Rude włosy zlepione w strąki, zaplątane w nie czerniejące skrzepy.
– Co zrobiłeś?! – wykrzyczałem. Myślałem, że głowa pęknie mi z bólu.
– To, co planowaliśmy. – Twarz oblepioną zasychającą krwią wykrzywiał uśmiech.
– Nieprawda!
– W jego mieszkaniu.
Złapał mnie za ramię. Poprowadził po schodach w górę. Dostrzegłem, że na rękach ma robocze rękawice, wilgotne od krwi.
Opierałem się, ale był bardzo silny, jak dorosły mężczyzna. Doprowadził mnie pod drzwi numer trzynaście. Popchnął je i zaciągnął do kuchni.
Trzynacha leżał na podłodze. Wronek ukląkł przy odrąbanej ręce. Podniósł ją, obejrzał i odrzucił. Sięgnął po siekierę z rdzawym ornamentem na ostrzu.
– Rąbałem tak, jak uczył drwal, pamiętasz? – Stanął nad zwłokami, uniósł siekierę. – Żeby nie odciąć sobie tego, co nie trzeba. I nie za wysoko. Pamiętasz? – powiedział, zdejmując rękawice. Strzepnął je jak Jędrek i odrzucił na zwłoki.
Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w trupa ormowca. Leżał na plecach. W oko wbity ołówek, prawa ręka odrąbana, rozpruty brzuch, wnętrzności spływające na podłogę. Zastygła kałuża krwi.
– I po haszyszopenkach – powiedział Wronek.
Patrzyłem i nie chciałem widzieć. Próbowałem zamknąć oczy, ale powieki nie opadały; chciałem zasłonić je rękami, ale te odmówiły posłuszeństwa.
Zacząłem krzyczeć.
– Ściągniesz tu cały blok! – Wronek przyskoczył do mnie i zatkał mi usta dłonią. – Zaraz tu wszyscy będą, palancie! – Popchnął mnie na ścianę i dalej, w kierunku wyjścia. Otworzył drzwi i wypchnął mnie na korytarz. Na klatce panowało poruszenie. Pierwsza biegła w naszą stronę Piastowa, jak zwykle na czele forpoczty informacyjnej. Za nią dostrzegłem innych sąsiadów, a wśród nich Strażnika Polepę, który chyba powinien być w pracy. Coś krzyczeli, panował harmider zwielokrotniony klatkowym echem. Otwierały się kolejne drzwi.
– Szybciej! – krzyknął Wronek. – Zawsze wszystko popsujesz.
Piastowa stanęła jak wryta, kiedy zobaczyła zakrwawionego Wronka. Polepa wyminął ją i wbiegł do mieszkania Trzynachy.
Przyjaciel jeszcze raz uderzył mnie w plecy i wpadłem do Wronkiewiczów. Oparłem się o ścianę i powoli zjechałem na podłogę. Czułem się tak, jakby ktoś na głowę nasunął mi hełm, który chroni przed bodźcami ze świata zewnętrznego. Dźwięki dochodziły z oddali, obrazy przebijały się przez gęstą mgłę.
Widziałem, jak Wronek przesuwa barykadę, blokuje drzwi; słyszałem hałas, który zapanował na klatce, gdy sąsiedzi odkryli, co się stało u Trzynachy. Ale miałem wrażenie, że to wszystko dotyczyło kogoś innego. Coraz bardziej zapadałem się w sobie, świadomość usypiała. To tylko sen, koszmar, znikam.
Wronek już stał z pistoletem ojca, kiedy do drzwi zaczęli dobijać się pierwsi sąsiedzi.
– Otwórzcie! – to Polepa. Jego głos przebijał się przez harmider panujący na korytarzu, krzyki, oburzenie, nawet płacz. – Spokój! – zakomenderował strażnik. I do nas: – Chłopaki, otwórzcie drzwi. Nic wam się nie stanie.