39.9

Monika Rakusa
39.9
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    125 x 195
    216 stron
    ISBN: 978-83-7414-389-9

Tytułowe 39.9 oznacza wiek bohaterki a zarazem narratorki książki Moniki Rakusy. Przez dziewięć miesięcy, które dzielą ją od osiągnięcia wieku średniego chce ona dokonać życiowego bilansu, po to, by wreszcie „dorosnąć” i pogodzić się ze sobą. Zabiera się do tego radykalnie, nie tylko przy pomocy pamiętnika, w jakim opisuje całe swoje życie począwszy od dzieciństwa, ale także przy pomocy specjalistów. To, co przeszła i z czego wciąż nie może się otrząsnąć, wymaga jej zdaniem psychoterapii. Bohaterka decyduje się na ustawienia hellingerowskie, wiedząc, że na jej egzystencji zaciążyła nie tylko toksyczna relacja z matką, ale także żydowscy przodkowie.
O ile terapie nie przynoszą spektakularnych efektów, o tyle autowiwisekcja, którą przeprowadza 39-latka, najwyraźniej przynosi oczyszczenie, o jakie chodzi. Bohaterka układa w logiczny ciąg swoje życiowe wybory, dociera do źródeł swoich kompleksów i sprawdza krok po kroku, co ukształtowało jej światopogląd. A wszystko to osadza na tle powojennych dziejów Polski, które w jej przypadku rozpoczynają się od schyłku lat 60. Jest to więc opowieść, w której duża historia, w aspekcie społeczno-obyczajowym, zderza się z małą historią; małą najdosłowniej, bo kluczowe dla tej biografii wydarzenia rozegrały się w dzieciństwie bohaterki.
Oprócz sugestywnie przedstawionych realiów na uwagę zasługują tu dwa niezwykłe portrety kobiece: bohaterki i jej matki. Oba nakreślone są z imponującą szczerością, możliwą dzięki dystansowi czasowemu, jaki dzieli narratorkę od traumatycznych wypadków. Dopiero teraz potrafi ona ocenić i siłę, i słabość matki, jej walkę z ograniczeniami narzuconymi przez ułomność, a jednocześnie heroiczne zabiegi o to, by znaleźć partnera. Owe, uwieńczone w końcu sukcesem, poszukiwania w opowieści córki przybierają kształt tragifarsy, w której roi się od naciągaczy i wujków-dewiantów.
Dziennik Rakusy nawiązuje do schematu znanego z Dziennika Bridget Jones, lecz tylko formalnie. Protagonistka książki Rakusy również walczy z nieposłusznym ciałem albo narzuca sobie postanowienia poprawy. Niemniej czyni to w sposób, który w służącej rozrywce konwencji nie ma racji bytu. Jak się jednak okazuje, skostniały schemat może być naprawdę inspirujący.

- Marta Mizuro

Monika Rakusa (ur. 1966) psycholog społeczny, dziennikarka, autorka scenariuszy do filmów dokumentalnych. Pracuje nad drugą książka.

Fragment

18 lutego – Dzień, w którym dowiaduję się, co to mężczyzna.
Mama nigdy nie miała złudzeń co do mężczyzn. Gorzkie zdania na ich temat powtarzała mi niemal od urodzenia. Dawała mi przy tym do zrozumienia, że mam całą potrzebną „aparaturę”, abym mogła nimi doskonale manipulować. „Z twoją urodą, będziesz robiła z nimi, co będziesz chciała”. „Musisz tylko nigdy nie pokazywać im, że ci na nich zależy”. „Związek to gra. Najlepiej wychodzi w nim ten, kto ma znaczone karty”.

Miałam wtedy 4–5 lat. Jechałyśmy trabantem. Mama popełniła jakieś drogowe wykroczenie i zatrzymał nas milicjant. Bardzo się wystraszyłam. Zaczęłam płakać i łkając wykrztusiłam: „Proszę niech pan nie zabiera mojej mamusi do więzienia”. Milicjant wzruszył się i puścił nas wolno. Od tej pory miałyśmy z mamą sposób na milicję drogową Wrocławia i okolic. Potrafiłam na zawołanie płakać i powtarzać kilka razy w miesiącu tekst o więzieniu. Mama była zachwycona.
To była ważna lekcja. Czułam, że nie chodzi o jakiś marny mandat (choć płacić nie lubiła). Docierało do mnie, że stałam się jej słodką boginią zemsty. Wiedziałam, że ja im wszystkim jeszcze pokażę, ja im odpłacę za wszystko, ale przede wszystkim za nią.

19 lutego – Dzień kochanków mojej mamy
Mama nigdy nie miała złudzeń co do swoich możliwości. Niemal od urodzenia powtarzała mi, że kobieta z chorymi nogami musi za związek z mężczyzną drogo zapłacić. Podawała mi nieskończoną ilość przykładów kobiet wykształconych, które związały się z „mężczyznami stojącymi o parę klas niżej”. „Taka Ewa na przykład, i moja profesor od prawa rodzinnego, Ludmiła i Krystyna, Wanda i znajoma lekarka z Cieplic.”

Cena, jaką moja mama chciała zapłacić za swój związek, rosła z każdą chwilą. Najpierw był plastyk, który stracił nogę. Poznała go w Chylicach. Plastyk bez nogi stał w rankingu jednak wyżej niż kobieta z dwiema, ale chorymi. Przejęła go bowiem jakaś inna, zdaje się zupełnie zdrowa. Potem był prezes spółdzielni mieszkaniowej, ale się dla niej nie rozwiódł. Kiedy miałam siedem lat, niejaki Adam. On chyba wcale nie pracował. Kiedy się do nas wprowadził, całymi dniami chodził po mieszkaniu w zielonych obcisłych slipkach. Był miły, rysował mi króliczki i konie. Kiedyś postanowił asystować w kąpieli i o ile dobrze pamiętam, nawet mnie zaczął z namaszczeniem myć. Weszła matka i przerwała tę scenę. Ale nie odeszła od niego od razu. Odesłała mnie na powrót do Skorusów. Potem, zdaje się, Adam ją okradł, więc wyniosła jego rzeczy.
Pamiętam prawdziwą plejadę różnych wujków, z którymi przyjeżdżała do mnie do szpitali. Jeden z nich uciął sobie pogawędkę z panią, od której wynajęli pokój. Mama coś załatwiała, ja bawiłam się w kącie. Weszła gospodyni, na chwilkę przysiadła.
Zagadnęła:
– Jaka to ładna i zgrabna dziewczynka.
Uśmiechnęłam się jak zwykle wyjątkowo wdzięcznie i wróciłam do zabawy.
– I pomyśleć, że kaleka takie ładne dziecko urodziła.
– Też by z niej była niczego sobie kobieta, gdyby tak tymi nogami nie powłóczyła – dodał jej rozmówca. Potem westchnęli oboje nad życiem ciężkim.
A ja prawdopodobnie uśmiechałam się jeszcze wdzięczniej. Poszliśmy na jakiś obiad, za który mama zapłaciła (choć płacić nie lubiła). A potem wrócili trabantem do Warszawy i jak przypuszczam, odstawiła go pod sam dom.
W Warszawie był mąż naszej dozorczyni – kierowca w telewizji. Woził podobno samego Maćka Szczepańskiego. Poznał smak lepszego świata i odechciało mu się własnej żony. Pijany przychodził pod nasze drzwi i wołał „Tocha otwórz”. Kiedyś spytał mnie, czy chciałabym, żeby został moim tatusiem. Był też znajomy Zdzisi, fryzjerki, do której mama jeździła na Ochotę. A potem Longin Wierusz Biełowski, siedemdziesięciokilkuletni wojskowy, który za każdym razem przedstawiając się wołał „Jestem Longinus, ale nie Podbipięta”. I był to jego jedyny żart.
Skończyło się na Robercie. Mama poznała go w klubie dla samotnych w latach osiemdziesiątych. Był introligatorem. Kiedy przyszedł do nas, miał na sobie fioletowy garnitur. Mama przysposobiła go i przebrała. Włożyła jego rzeczy do mojej szafy. A mnie odesłała do Szymanowa. Żeby się lepiej poczuć, do teatru i filharmonii ubierała go w fular. Kiedy złamała nogę w 84 roku, przesiadła się na wózek, żeby mieć „lepsze entrée”. Kilka lat po tym, jak przestała chodzić, zaczęła się jej postępująca demencja. Robert nazywany przez nią „Robciem”, przeze mnie „Robotciem”, okazał się przyzwoitym człowiekiem. Opiekował się nią aż do jej śmierci w 2003 roku.

20 lutego – Dzień, w którym dowiaduję się, co to miłość.
Mama miała wielkie złudzenia w kwestii miłości. Moją wiedzą na ten temat biłam ją na głowę, mając lat kilkanaście. Ona, z uporem godnym gorszej sprawy, wierzyła za każdym razem, że się uda. Że jak zainwestuje więcej i bardziej się postara, to zostanie czterdziestoletnią Julią o kulach.