Lód

Jacek Dukaj
Lód
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2007
    145x205
    1054 strony
    ISBN: 978-83-08-03985-4

Akcja ogromnych rozmiarów powieści Jacka Dukaja rozgrywa się najpierw w Warszawie, potem w luksusowych wagonach pociągu kolei transsyberyjskiej, wreszcie na Syberii, w okolicach Irkucka. Początek wydarzeń przypada na rok 1924, ale to historia alternatywna, fantastyczna: wskutek spowodowanego uderzeniem meteorytu tunguskiego zlodowacenia większości obszarów Rosji nie wybuchła I wojna światowa, nie było rewolucji październikowej, rządzi nadal car Mikołaj II, a Polska znajduje się pod zaborami. Nie zmieniły się też od początku wieku obyczaje, moda, ortografia. Car jednak chciałby się pozbyć lodu, dlatego jego urzędnicy wysyłają na Syberię Polaka, Benedykta Gierosławskiego, którego ojciec, zesłaniec syberyjski, uległ niezwykłej metamorfozie i – sam zlodowaciały – umie się podobno dogadać z niezwykłymi quasi-istotami, które powodują anormalne spadki temperatury. Syn ma go odnaleźć i skłonić do współdziałania w likwidacji lodu. Ta akcja spotyka się z silnym przeciwdziałaniem tych wszystkich, którzy na zlodowaceniu Syberii robią świetne interesy: niskie temperatury powodują bowiem powstanie licznych nowych tworzyw i gałęzi przemysłu, dzięki którym Syberia staje się mocarstwem ekonomicznym, a obok tego kwitną sekty religijne, którym mróz zwiastuje odrodzenie ducha. Zaciekła walka między stronnictwami ma wymiar polityczny, ekonomiczny, mitologiczny i religijny. Do tego autor dodaje jeszcze wymiar logiczno-filozoficzny, świat „zimy” bowiem jest – podług niego – światem rządzonym przez logikę dwuwartościową, wyraźne opozycje prawdy i fałszu, a także dobrze określone ideologie, a co za tym idzie – historyczne konieczności. W świecie „lata” natomiast włada – niedawno przez polskich logików, Łukasiewicza, Kotarbińskiego czy Tarskiego (Tajtelbauma), odkryta i opracowana – logika wielowartościowa, gdzie przestaje działać zasada wyłączonego środka, wyrazistość idei rozmywa się, podobnie jak wszelkiego typu determinizm, który wypiera losowość nieodłącznie związaną z biologicznym życiem. Opozycja tych dwóch światów leży u podstaw zasadniczych dyskusji ideowych początku XX wieku.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Minęło się samotną dorożkę oczekującą na kolejnych podróżnych ze spóźnionego Ekspresu; dorożkarz pociągał z flaszki ukrytej w rękawicy nieforemnej. Stróżujący pod okapem dworca żandarm popatrywał na chłopa z zawiścią.
– Tutaj przychodzi i odchodzi, miesiąc ciepły, miesiąc zimny – a przecież bliżej kraju lodu niż wasza Warszawa. Co takiego przyciąga je do jednych miast, od innych odpędzając?
– Ba!
Od szerokiej drogi biegnącej równolegle do torów odchodziły stąd pod kątem dwa trakty, ten z lewej prowadzący prosto ku nielicznym światłom w oknach drugiego i trzeciego piętra budynków centrum Jekaterynburga. Wszystkie domy widoczne z ulicy przydworcowej wzniesiono z drewna, na planie długiego prostokąta. Bardziej przypominały przerośnięte chałupy niż dworki szlacheckie, nie wspominając już o warszawskich kamienicach; niskie, pochyłe, wyglądały na wpółzakopane w płytkich przecież zaspach. Szerokie okiennice były zatrzaśnięte, śnieg lepił się do szczelin i załomów, układał na dachach pochyłych w schodkowe gładzie, słaby wiatr wciągał go w zaułki i przejścia między domami.
Szło się w milczeniu.
– Panie Benedykcie? Za czym pan się tak rozgląda? Umówił się pan z kimś? – Fessar uśmiechał się z dwuznaczną ironją. – Narzucam się, niech pan powie, że się narzucam.
Nagła myśl: to on! on, on, Turek przeklęty, no przecież! wyszedł, czekał, przylepił się bez pytania, pod tym futrem może mieć dwa sztucery, tuzin bagnetów, i jak się uśmiecha, on, on!
– Coś mi pan nietęgo wygląda. – Fessar przystanął. – Nie jest aż tak zimno. – Spojrzał uważnie. – Bardzo pan blady. Ręka się panu trzęsie.
Natychmiast opuściło się dłoń z cygarem. Uciec z oczyma – tam: grupka mężczyzn o topornych gębach, pewnie robotnicy z jakiejś huty, idą poboczem, wymieniając głośno uwagi, surowa scenka rodzajowa – patrzeć na nich, nie patrzeć na Turka, nie dać po sobie niczego poznać.
A on swoje:
– Tu nad Isetską jest w hotelu wcale przyzwoita restauracja i jeśli pozwoli się pan zaprosić na bardzo wczesne śniadanie, mielibyśmy okazję porozmawiać w cztery oczy i cztery uszy, co w pociągu po prawdzie nigdy nie jest możliwem.
– Ale o czym? – spytało się ostro.
Turek skrzywił się, ścięgna twarzy wystąpiły mu pod skórą jak od wielkiego wysiłku, przesunął w ustach cygaro, pomasował potylicę.
– Oni mogą gadać o duchach i inszych mamidłach, ale ja siedzę w tym interesie od lat, widziałem Cziornoje Sijanije i blaski Soboru Chrystusa Zbawiciela, [...] uff, no i dokąd pan tak pędzi, że –
Krzyk przeciął mróz jekaterynburski – urwane rzężenie konającego – krzyk i rzężenie; człowiek umiera podczas nocy śnieżnej.
Spojrzało się między domy. Tam ruch w cieniu – postać ludzka – nisko – czarny kształt wznosi się i opada. Postąpiło się krok. Na moment wpłynęło w śnieżną jasność lico ciemnookiego młodzika – Miej nas w opiece! – z szeroko otwartymi ustami i smugą brudu na policzku, bardzo blade. A wznosiło się i opadało jego ramię z kamieniem w garści, którym to kamieniem rozbijał czaszkę rozciągniętego na ziemi człowieka.
Rozległ się przenikliwy gwizd. Trzasnęło drewno. Się odwróciło się. Ünal Tayyib Fessar, naciągnięty jak cięciwa łuku, z zębami zaciśniętemi na cygarze i w futrze rozchełstanem, brał oburącz znad głowy zamach laską ciężką. Trafi, zgruchocze kości. Mróz pękł ponownie, od strzału karabinowego: pierwszy z robotników zwalił się na środek ulicy, twarzą w lód. Drugi uchylił się przed laską Turka. Mieli noże. Padł kolejny strzał. Się kręciło się w miejscu jak pajac na patyku, zawsze o jeden obrót w tyle. Nożownicy, potykając się, umykali w ciemność zaułka; ostatni obejrzał się ze strachem i wściekłością – za siebie, na bramę domu po przeciwnej stronie ulicy.
Stopy oderwały się od ziemi, pobiegło się ku tej bramie. Człowiek w żółtym płaszczu rzucił się do ucieczki.
Ulica była szeroka, pusta, śnieg cicho opadał na śnieg, biegło się przez skryte w ciemności obce miasto, drzwi pozamykane, pozatrzaskiwane okiennice, ani żywej duszy, jedna latarnia na skrzyżowaniu, skrzyżowanie też puste, tylko szelest wiatru, trzeszczenie zmarzliny pod butami i oddech chrapliwy, goni się człowieka w żółtym płaszczu.
Ulica była prosta jak strzelił, ale rozciągnięta na pagórkach, falowała nieprzerwanie, góra, dół, on pojawiał się i znikał za szczytem wzniesienia, się bało się, że skręci wówczas gdzieś w bok, skryje się w cieniu – ale nie, gnał przed siebie, nawet nieczęsto się oglądając wstecz, miał konkretny cel, nie uciekał na oślep.
Zrozumiało się, gdy temperatura powietrza spadła na tyle, że chrapliwy oddech zmienił się w duszący kaszel i mróz wkręcił się w gardło jak gwintowany sopel – a człowiek w żółtym płaszczu biegł dalej, prosto w objęcia Lodu.
Wzdłuż bulwaru nadrzecznego paliło się kilka latarni, z głębi przecznicy płynęła także żółta poświata; lśnienie lodu przebijało przez zamarznięty śnieg i półmrok letnio-zimowego przedświtu.