Tropami rena

Mariusz Wilk
Tropami rena
  • Noir sur Blanc
    Warszawa 2007
    145 x 205
    190 stron
    ISBN: 978-83-7392-247-1

Literatura polska ma ostatnimi czasy wyjątkowe szczęście do pisarzy-włóczęgów, którzy przemierzają rozmaite, często bardzo rzadko odwiedzane przez zwyczajnych turystów, zakątki świata i zdają z tych wędrówek relacje w prozach podróżnych. Jednym z nich - dodam też, że bez wątpienia jednym z ciekawszych - jest Mariusz Wilk, który szczególnie ukochał północne krańce Rosji. Najnowsza książka tego pisarza, Tropami rena, stanowiąca drugi tom Dziennika północnego, przedstawia przede wszystkim jego wyprawy na Półwysep Kolski. Po co Wilk tym razem tam jeździ? Interesuje go przede wszystkim koczowniczy lud Saamów, żyjący pośród surowej, acz pięknej przyroda poza kręgiem polarnym. Saamowie od wieków zajmowali się rybołówstwem i hodowlą reniferów - choć w tym drugim przypadku sprawa nie jest jasna, skoro jeden z miejscowych mówi autorowi wprost: "to nie człek oswoił dzikiego rena, lecz renifery oswoiły ludzi". W ogóle "aborygeni Północy" - jak nazywa ich Wilk - są ludem zamkniętym, niechętnie dopuszczają obcych do swoich tajemnic czy magicznych obrządków. Autor Wilczego notesu w najnowszej książce przybliża historię tego ludu, jego trudną walkę o przetrwanie w czasach ZSRR, pisze o ich obyczajach, stylu życia, wierzeniach i legendach (niezwykle interesująca jest dokonana przez Wilka swobodna adaptacja saamskich legend z rozdziału Bajka o pąsowej tropie). I - oczywiście - nieodmiennie sławi piękno krajobrazów Północy. Wędrując po Półwyspie Kolskim, przedstawia również rzeczywistość współczesnej Rosji, w której trudne do wyplenienia dziedzictwo komunistycznej przeszłości zderza się z kapitalistyczną teraźniejszością. Ten problem dotyka także Saamów, którym przetrwanie może zapewnić jedynie rozwój turystyki na zamieszkiwanych przez nich terenach, tyle tylko że grozi on ich nieodwracalnym zniszczeniem. Wilk przeplata teksty poświęcone Saamom krótkimi portretami pisarzy i poetów, takich jak Sándor Márai, Li Bo i Bruce Chatwin. Jest to hołd składany pisarzom-włóczęgom przez pisarza-włóczęgę.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Aleksandr Kobielew jest prezydentem Saami Council, to znaczy głównej saamskiej organizacji na świecie, zrzeszającej Saamów Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Inaczej mówiąc, Sasza jest prezydentem Sapmi — tak w języku saamskim nazywają krainę na skraju północnej Europy, zamieszkiwaną od tysiącleci przez Saamów. Prezydenta wybiera się w Sapmi co dwa lata.
Rozmowę z Saszą zaczęliśmy od języka, bo przecież bez języka nie ma mowy o przyszłości Saamów. Sęk w tym, że kolscy Saamowie do dzisiaj w praktyce nie mają swojego pisma. Próby stworzenia go w latach trzydziestych ubiegłego wieku na osnowie alfabetu łacińskiego zakończyły się w łagrach, a obecne doświadczenia z grażdanką, między innymi Aleksandry Antenowej, autorki saamskiego abecadła, jak na razie nie wyszły jeszcze z powijaków.
— Zauważ przy tym — zachichotał Sasza — że Aleksandra Andriejewna kiedyś uczyła w łowozierskiej szkole rosyjskiego, a za gadanie po saamsku biła nas po łapach.
To właśnie szkoła sowiecka, gdzie uczyli ich po rosyjsku, sprawiła, że większość kolskich Saamów przestała mówić swoim językiem. Za cara do szkoły nikt ich nie zmuszał, nie było zresztą żadnej szkoły, jeśli nie liczyć szkółki cerkiewnej, do której faktycznie nikt nie chodził, bo dzieciaki koczowały z rodzicami po tundrze. Dopiero władza sowiecka wprowadziła obowiązkową naukę, w Łowozierze dla uczniów zbudowali internat i oderwali dzieci zarówno od rodziców, jak i od rodzimego języka. I teraz, kiedy się w końcu połapali, że bez języka nie ma mowy o narodzie, okazało się, że tylko starzyki jeszcze coś niecoś pamiętają. Jednakże utrwalić to bez pisma, to jakby wodę łapać w sieci.
— Wyobraź sobie, że twoi rodacy zapomnieli polski i mówią tylko po angielsku. No, ale przecież w każdej chwili mogą powrócić, bo mają polską literaturę, w której uwiecznili swój język. A my?
Drugim problemem jest saamska krew, to znaczy kwestia pochodzenia. Jeszcze bowiem do niedawna być Saamem było wstyd. Saamowie byli na Półwyspie Kolskim obywatelami ostatniej kategorii — po Ruskich, Ukraińcach, Żydach i Komi-Iżemcach. Kto więc mógł, wpisywał do paszportu inną narodowość. Paradoks w tym, że kiedy w Rosji znoszono w paszportach rubrykę „narodowość", bycie Saamem stawało się korzystne. Akurat wtedy zaczęło się przebąkiwać o prawach aborygenów Północy, zawiązywały się kontakty z Saamami ze Skandynawii, popłynęły dolary i granty.
— Ba, pewien kłusownik — wspomniał Sasza — Ukrainiec z Apatytów, dobijał się o status Saama, bo się dowiedział, że dla nas są zniżki na licencje myśliwskie.
Ot, i stanęło pytanie: wedle jakich kryteriów określać, kto jest Saamem, a kto nie. To bardzo ważne, jeśli serio się myśli o stworzeniu saamskiego parlamentu. Jedynie w Rosji jeszcze go nie mają. W Finlandii działa od 1973 roku, w Norwegii — od 1989, w Szwecji — od 1993. Aby utworzyć parlament Saamów
w Rosji, trzeba najpierw wiedzieć, kto ma prawo go tworzyć i z kogo? Innymi słowy, należy zrobić spis rosyjskich Saamów...
Przyjęto kryterium krwi: przynajmniej jedno z rodziców musi być Saamem.
— Zresztą, my się tutaj wszyscy znamy i wiemy, kto jest kto. Chodzi jedynie o akt prawny.
Najtrudniej ma się sprawa z saamską ziemią. Zbyt wielu do niej pretenduje, poczynając od armii rosyjskiej i lobbystów przemysłu wydobywczego, a kończąc na nowych Ruskich i turystycznym biznesie. Wystarczy rzucić okiem na mapę Półwyspu Kolskiego, by się zorientować, jak mało przestrzeni dla życia pozostawiono Saamom. Przegnali ich z wybrzeża Morza Barentsa, gdzie od wieków polowali na foki, teraz tam bazują podwodne łodzie atomowe. Wyparli ich z północnego zachodu, budując „zakryte" miasta Nikiel i Zapolarnyj. Odcięli ich drogą żelazną od jeziora Imandra, które było dla Saamów tym, czym Bajkał dla Buriatów. W końcu zasrali Monczegorskiem tundrę Moncze, a Chibiny — Apatytami. Teraz jęli ich wywłaszczać ze wschodniej części Półwyspu Kolskiego. Najlepsze łowiska północnego łososia na Ponoju wzięli Amerykanie w arendę na dwadzieścia pięć lat. Jokangę nowi Ruscy okupują. A niedawno szwedzka firma „Buliden" zamierzała nieopodal Łowoziera, nad rzeką Woronią, dobywać złoto metodą odkrywkową. To byłby koniec dla renów, a co za tym idzie i dla Saamów na Kolskim. Na szczęście tym razem w porę się zorientowali, podnieśli szum, poparli ich inni i Szwedzi się wycofali. Ale to nie znaczy, że ktoś nowy się nie pojawi. Dopóki jest co wydrzeć z saamskiej ziemi, dopóty byt Saamów na niej będzie zagrożony.
— Nawet jagiel stąd wywożą na Zachód. Po kilkaset ton suchego chrobotka reniferowego rocznie. Wiesz po co?
— Nie mam pojęcia.
— Żeby nim mogiły dekorować!
Zapadło milczenie. Sasza się zamyślił, a ja przeżuwałem jego słowa. Mimochodem powstała niepokojąca i jakże trafna zarazem metafora Europy, obkładającej swojego trupa życiodajnym porostem renów, które były źródłem życia dla pierwotnych Europejczyków.
— Dzisiejsi Europejczycy — Sasza spojrzał na mnie, jakby czytał moje myśli — najpierw budują dom, a dopiero potem się zastanawiają, co pod nim rosło. Wybierają miejsce pod budowę, kierując się wyłącznie własnym pożytkiem, a nie korzyścią dla ziemi. Dla nas ziemia jest święta.
Dlatego trzeba działać, by uchronić saamską ziemię od ekologicznej barbarii. Nie chodzi bynajmniej o odrywanie Półwyspu Kolskiego od ruskiej „macierzy", jak im niektórzy zarzucają, a jedynie o to, aby Saamowie — rdzenna ludność tego terytorium — współgospodarzyli ziemią. To znaczy — mieli wiążący głos na temat jej użytkowania. Jak, dla przykładu, kanadyjscy Inuici w Nunavut. Aliści do tej pory murmańska duma nie przyjęła ustawy o rdzennej ludności. Komi-Iżemcy są przeciw, bo też chcieliby się załapać.
W tym miejscu Sasza zrobił niewielką dygresję na temat roli hrabiego Witte w dziejach kolskich Saamów. Pod koniec dziewiętnastego wieku Rosjanie zamierzali zbudować port nad Morzem Barentsa (dzisiejszy Murmańsk) i połączyć go drogą żelazną z resztą kraju. To ogromne przedsięwzięcie planowano na ziemiach mało zaludnionych, a w dodatku nieruskich. Siergiej Witte przewidywał, że w dalekiej przyszłości mogą być problemy. Dlatego poparł przesiedlenie Komi-Iżemców znad Peczory na Półwysep Kolski, zawczasu gotując konflikt dwóch małych narodów, a Rosji przeznaczając w tym sporze rolę rozjemcy.
— Toż to absurd — aż żachnąłem się od tej dygresji — żeby ludzie, którzy pojawili się tu zaledwie sto parę lat temu, rościli sobie prawo do miana aborygenów.
— Niemniej jednak to fakt.
Przy tym Komi-Iżemcy wprowadzili tutaj swoje metody wypasu renów, odpowiadające bezkresowi Bolszeziemielskiej Tundry, natomiast zabójcze dla ograniczonych pastwisk Półwyspu Kolskiego. Saamowie od wieków puszczali stada na lato samopas, dzięki czemu reny nie wydeptywały karmu do gołej ziemi, tylko podszczypywały go, przechodząc z miejsca na miejsce niewielkimi grupami. Z takiego wypasu biznesu się nie zrobi, to raczej sposób życia niż zarabianie na życie. Natomiast Komi-Iżemcy przez okrągły rok trzymają ogromne stada w kupie pod okiem pastuchów i póki reny nie wyjedzą karmu na jednym miejscu, nie przepędzają ich na drugie.
— Oni po prostu hodują reny, a my dzięki renom żyjemy.
Jeśli reny wyginą, to i nas nie będzie.