Dworzec Gdański

Henryk Dasko
Dworzec Gdański
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    ISBN 978-83-08-04199-4
    148 x 210
    248 stron

Henryk Dasko pochodził z rodziny żydowskiej i był synem politycznego prominenta z czasów stalinowskich. Jego życie potoczyło się burzliwie i w sposób niecodzienny. Znajdziemy więc w książce pokrótce opisane dzieje rodziny, jej losy wojenne, a następnie – już dokładniej – czasy powojenne, marcowy bunt studencki przeciw komunistycznej władzy, decyzję wyjazdu z Polski, próby urządzenia sobie życia na zachodzie, drogę do finansowego i osobistego sukcesu, zamkniętą dramatyczną puentą, którą dopisał los, kładąc autorowi na drodze śmiertelną chorobę.
Wspomnienia Daski pozwalają dotknąć z początku tej innej rzeczywistości, o której zazwyczaj mniej się opowiadało, tzn. świata ludzi w systemie komunistycznym uprzywilejowanych. Widać tu, że owe przywileje i apanaże nie były, jak na dzisiejsze standardy, zbyt wygórowane, zapewniały raczej w miarę normalny poziom życia – bez tych niedostatków, jakie trapiły przeciętnych mieszkańców PRL-u. Nie mniej cenna jest relacja z marca 1968, który zmienił zapatrywania autora na ustrój polityczny kraju.
Szalenie interesująca jest też epopeja autora w czasach pomarcowych, jego terminowanie w roli menedżera w zachodnich firmach elektronicznych, ponieważ razem z opisem losów osobistych Daski otrzymujemy tam sprawozdanie z kolejnych etapów rozwoju elektroniki, historię jej dziś już często zapomnianych rynkowych hitów. W tym świecie przybysz ze wschodu dawał sobie radę nadspodziewanie dobrze, co się wreszcie przełożyło na finansowy sukces i stabilizację.
Dasko nie należy do ludzi wykreślających ze swego życiorysu i z pamięci jakieś fragmenty, które mógłby dziś uznać za nieudane, ma też wiele zrozumienia dla czasów, o których dziś wspomina się zwykle używając jakichś stereotypowych, poprawnych politycznie formuł. Dlatego można wierzyć jego sprawozdaniom z okresu Stalina czy Gomułki, nie stoi bowiem za nimi żadna ideologiczna teza. Książka mówi z prostotą o wielu trudnych sprawach, pisana w ciężkiej chorobie, u wrót śmierci, nosi dlatego na sobie rys rzetelności przysługującej życiowym testamentom.

- Jerzy Jarzębski

Henryk Dasko (1947 - 2006) dziennikarz, eseista, tłumacz i podróżnik.

Fragment

Pociągi odjeżdżały z niewielkiego dworca w północnej części Warszawy, który już wtedy wyszedł z użytku.
Każdy z warszawskich dworców miał swój wizerunek. Począwszy od Dworca Głównego, uświetnionego w Niedzieli na Głównym, polskiej wersji francuskiej piosenki kabaretowej Dimanche à Orly Gilberta Bécaud. Na praskiej Warszawie Wileńskiej zbierali się lokalni pijacy. Przez Warszawę Zachodnią ciągnęły pociągi towarowe. Miały swój klimat nawet stacje dojazdowej kolejki EKD, a wśród nich charakterystyczne podmiejskie Warszawa–Włochy. Czarna wilanowska wąskotorówka przypominała zabawkę kupioną w domu towarowym.
Dworzec Gdański jeszcze w latach pięćdziesiątych kojarzył się z sopocką lukstorpedą, rasową przedwojenną konstrukcją przypominającą transoceaniczne liniowce. Pod koniec tej dekady dworzec wyszedł jednak z użycia i korzystały z niego tylko pociągi międzynarodowych relacji.
W roku 1968 Dworzec Gdański stał się jednak zupełnie innym symbolem. To przez jego perony przewinęło się trzynaście tysięcy emigrujących polskich Żydów. Niektórzy twierdzili, że po raz kolejny Żydzi mają przywileje, rdzenni Polacy emigrować nie mogli. Sentymentalną historię pożegnań dworcowych opisywano wielokrotnie i szczegółowo. Dla wielu te betonowe perony symbolizowały ostatni skrawek domu. I najbardziej bolesny z ciosów zadanych przez ojczyznę, mówiącą „nie chcemy was”. Wśród marcowych emigrantów byli tacy, którym dziesiątki lat zajęło pożegnanie z tamtym światem. Niektórym nie udało się to nigdy. Inni odrzucali sentyment i starali się jak najszybciej zapomnieć.
Dla mnie dworzec nie znaczył nic, kompleksowości moich związków z Polską nie dało się zredukować do pasków betonu i wstążek szyn kolejowych.
Zachowało się niewiele fotografii — mój zbiór jest zapewne najobszerniejszy. Rodzice, ostatni uścisk Mamy. Wiktor Kubar i jeszcze jeden przyjaciel Ojca, Dolek Wendel. To do Dolka, mieszkającego aż przy Unii Lubelskiej, z Parkowej aż kilka kilometrów, poszedłem w wieku lat dziewięciu, kiedy jakieś bandziory ukradły mi rowerek. Teraz przyszedł pożegnać się ze mną.
Michał, elegancki jak zawsze — jasne sztruksy, koszula z kołnierzykiem na guziczki i fajka z korzenia wrzosu, którą czasem wolał od gauleoise’ów ojca generała, podwójnie wędzonej kiełbasy i eksportowego piwa — artykułów dostarczanych ze specjalnych sklepów. Podkradaliśmy to, wzbudzając łagodny gniew generała. Zakończył już swoje wojny i tolerował nasze słabości.
Pojawiła się też Agnieszka i jeszcze paru przyjaciół.
Któregoś dnia, nieco wcześniej, zaskoczył mnie widok blond sąsiada, Grunwalda, i jego siostry, odjeżdżających do Szwecji. Nie miałem pojęcia, że są Żydami.
Był początek sierpnia 1969 roku. W maju ukazał się oficjalny komunikat oznajmiający, że żydowska emigracja zakończy się w październiku.
Wybrałem Kopenhagę. Dania wydawała się nieszkodliwa. Chciałem zostać Amerykaninem, ale był to szczytowy okres wojny w Wietnamie, a do tego nie zamierzałem przyłożyć ręki.
Decyzja „jechać czy nie” była najtrudniejszym wyborem mojego życia. Nie chodziło o rozstanie z Rodzicami. Zdawałem sobie sprawę, że w pewnym momencie opuszczenie rodzinnego domu jest rzeczą naturalną. Nie chodziło nawet o Agnieszkę. Nie widzieliśmy się poprzednio przez rok, kiedy jej ojciec wysłany został na placówkę do Turcji. Nie było to łatwe, ale przetrwaliśmy. Nie bałem się samotności — paczka rozjechała się — jeden do Izraela, dwóch do Szwecji, do Göteborga, niedaleko Kopenhagi, i wiedziałem, że mnie nie opuszczą.
Załatwienie spraw wyjazdowych nie było trudne. Polska nie utrzymywała wprawdzie stosunków dyplomatycznych z Izraelem, ale kraj ten był reprezentowany w Warszawie przez poselstwo holenderskie. Emigrujące rodziny korzystały z usług nowo powstałego, drobnego przemysłu, zajmującego się budowaniem skrzyń na sprzęty domowe i transportem.
Mój dramat polegał na pożegnaniu z Polską i konieczności zrzeczenia się obywatelstwa, a to oznaczało zaprzeczenie całego mojego życia. Obawiałem się utraty tożsamości. Do wiosny 1968 roku nie przeszła mi przez głowę myśl o wyjeździe, bez względu na to, jak jasno świeciły światła Zachodu.
Moim światem była kultura, a to oznaczało Polskę i tylko Polskę. Czemu więc wyjechałem? Istniały inne możliwości. Wiedziałem, że nie zostanę Duńczykiem. Z dwudziestu kilku tysięcy polskich Żydów wyjechało około połowy. Michał i Wiktor Kubar zostali. W moim przypadku nie zaważył pojedynczy czynnik. Chodziło o straszną atmosferę, groźbę przedłużonej służby wojskowej w specjednostkach oraz fakt, że tylu wokół mnie, równie jak ja spolonizowanych, decydowało się na wyjazd.
„Jeśli chce pan wyemigrować, proszę podpisać te papiery”.
Było to podanie do Rady Państwa o zrzeczenie się obywatelstwa polskiego.
Podpisałem. Dokument stwierdzał, że nie jestem obywatelem polskim. Kim więc byłem?
Ogarnęło mnie poczucie dezorientacji. Ale decyzję podjąłem i nie można było się wycofać. Spakowałem się. Najcenniejszą rzeczą była zielona fibrowa walizka wojennej jeszcze proweniencji, w całości wyładowana książkami moich ukochanych autorów polskich. Wszystkie te książki stoją nadal u mnie na półce — żadna nie zginęła mimo licznych przeprowadzek.
I tak, w ciepłe popołudnie 4 sierpnia 1969 roku znalazłem się na Dworcu Gdańskim.
Wyjechałem radzieckim pociągiem sypialnym biegnącym na Zachód.
Była to nieskomplikowana, wygodna podróż, przypominająca wyjazd na wakacje w Polsce.