Dzień przed końcem świata

Aleksander Jurewicz
Dzień przed końcem świata
  • Wydawnictwo Literackie
    Krakow 2008
    ISBN 978-83-08-04163-5
    123 × 197
    140 stron

Nowa powieść Aleksandra Jurewicza to requiem dla zmarłego ojca pisarza. Autor wraca do wydarzeń, które rozegrały się ponad 20 lat temu, opisując trzy dni, od chwili, gdy na wieść o śmierci ojca zjawia się w rodzinnej wsi, do momentu pogrzebu. Trzy dni cierpienia i lęku. Trzy dni, podczas których świat 32-letniego wówczas pisarza walił się z hukiem. Trauma spowodowana utratą jest wciąż, nawet po wielu latach, dojmująca, dlatego pisarz próbuje poradzić sobie z nią, pisząc szczerze do bólu, momentami nawet ocierając się o granicę emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Narracja jest fragmentaryczna, poszarpana. Autor przeplata dwa główne wątki, miesza płaszczyzny czasowe, bo pisze nie tylko o dniach poprzedzających moment złożenia trumny do grobu, ale także wspomina wydarzenia z dzieciństwa. Dlaczego? Czemu sceny rozpaczy po stracie ojca sąsiadują ze śmiesznymi albo pełnymi absurdu wspominkami z dawnych lat, takimi jak opowieść o ogarniającym wieś niepokoju na wieść o przepowiedni głoszącej rychły koniec świata?
Śmierć kogoś bliskiego przekreśla utrwalony porządek życia, sprawia, że pogrąża się ono w chaosie. Pomóc mają tu rytuały pogrzebowe, szczegółowo opisywane w powieści - działają niczym środki przeciwbólowe, choć o ograniczonym działaniu. Narrator wstydzi się, że nie umie zapanować nad strachem. Musi występować w zupełnie nowej roli, do której nie jest przygotowany w najmniejszym stopniu. Po śmierci ojca to on musi wspierać matkę, opiekować się przestraszonym młodszym bratem. Stąd jego trudne do opanowania emocjonalne rozchwianie.
Wraca do przeszłości, przypominając sobie, kim był dla niego ojciec, wraca do kluczowych, najczęściej szczęśliwych wydarzeń. Próbuje sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało jego życie. Ciągle w myślach prowadzi z umarłym rozmowy, nawet częściej niż za jego życia, intensywniej, jakby chciał odpokutować za stracony czas, kiedy wybuch złości albo ambicji nie pozwoliły mu wysłuchać ojca. Ciężka i bolesna to pokuta.
Jurewicz daje przepiękne, poruszające, pełne niuansów i swoistej poezji świadectwo miłości syna do ojca. Jest to coraz rzadsze i dlatego warte uwagi.

- Robert Ostaszewski

Aleksander Jurewicz (ur. 1952) poeta i prozaik, autor sześciu tomów prozy.

Fragment

Tato zmienił się od wczorajszego wieczoru, kiedy go widziałem, zamykając kaplicę, jakby przez noc pod naszą nieobecność biesiadował z pochowanymi na cmentarzu sąsiadami i znajomymi. Takiego ojca jeszcze nie widziałem i może gdybym mijał go na ulicy, nie potrafiłbym rozpoznać go od razu. Mimo zbliżającego się południa w kaplicy paliło się światło. Kiedy wszedłem, trzymając na rękach córkę, poczułem ten jedyny zapach bezsilnej żałobnej melancholii — zapach tlących się świec, więdnących kwiatów i obumierającego ciała. I pewnie lament mamy miał swój zapach, łzy sióstr i brata ojca, nasze sieroce osłupienie też miało swój zapach. I zapach pobliskich wrześniowych ściernisk i lasu wsączał się przez nieszczelne okienka i otwarte drzwi. Wydało mi się, że ojciec jeszcze mocniej posiwiał. „To dzieje się za prędko, w jakimś niezrozumiałym pośpiechu, za gwałtowne tempo, zbyt szaleńczy galop do tej niewielkiej cmentarnej rozpadliny". Znowu przypomniała mi się tamta dawna, dawna paniczna ucieczka ojca z domu wariatów. Spojrzałem na siostrę, która stała z opuszczoną głową, splótłszy ręce na brzemiennym brzuchu, jakby chciała zasłonić swoje przyszłe dzieciątko przed światem umarłych,
którego my teraz dotykaliśmy. Gdybym mógł odciągnąć ją teraz z tego miejsca i wziąć za rękę, jak w dzieciństwie, które niedługo pogrzebiemy razem z ojcem. Więc gdybyśmy mogli znowu, jak kiedyś było na początku, wrócić tam, gdzie rosły porzeczki. Gdyby można było tam się ukryć, otarłbym jej z policzków łzy, chociaż dzisiaj nie byłyby tak miękkie i ciepłe jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i mieliśmy ojca, i powiedziałbym, z trudem wymawiając słowa przez zbierające się kamienne łzy:
— Wiesz, Grażynka, nasz tato chyba udaje, że umarł. Na pewno musisz pamiętać, jak położył się na łóżku tamtego dnia, kiedy uciekł przed wariatami, aż powyginały się szprychy w jego rowerze, i przeleżał nieruchomo do następnego dnia. Pamiętasz?
— Nie pamiętam.
— Zapomniałaś?
— Nie, nie pamiętam.
To są ostatnie w życiu chwile, kiedy ojca widzimy. Ręce ma jakby odlane z wosku, z kącika ust nieustannie wypływa strużka pośmiertnej krwi, nabrzmiewa twarz. Już prawie nie mój ojciec. Może ten prawdziwy jest teraz w domu i niecierpliwie nas wypatruje, i nie rozumie, gdzie jesteśmy?
Posłańcy Hadesu w czarnych garniturach stali cierpliwie pod ścianą.
Czekali, aż dam im znak, ale jeszcze nie potrafiłem tego uczynić, chociaż żałobnym śpiewaczkom kończyły się pieśni, a na zegarku ojca już było dwadzieścia po dwunastej.
Ojciec też już nie wytrzymywał, coraz mocniej siniał i puchł, jakby był tym wszystkim przemęczony i chciał czym prędzej odpoczywać.
Nieznośna cisza nastała po wybrzmieniu ostatniej pieśni i w tej ciszy słyszałem pospieszne wertowanie kartek śpiewników, szuranie krzesłami, wzbierający harmider na dziedzińcu przed kaplicą.
Na zielonym cyferblacie duża wskazówka zbliżała się do czterech minut przed wpół do pierwszej.
Zacisnąłem usta i nie mogłem zrobić żadnego gestu, chociaż wiedziałem, że trzeba to uczynić, że na to czekają, są przygotowani, że trzeba zacząć uprzątać zwłoki, w które wcielił się ojciec, zacząć zabierać się do sprzątania po śmierci. „Boże — pomyślałem z rozpaczą — nie mogę tego zrobić, nie mam sumienia...".
W myślach panicznie zacząłem odliczać do siedmiu, a potem liczyłem na nowo. Dopiero po trzecim liczeniu, co do dzisiaj mnie prześladuje przed zaśnięciem i w nadrannej bezsenności, w obcych miastach i na polnych drogach dzieciństwa, gdy chciałem wyliczyć ojcu czwarty raz, popatrzyłem na siostrę, a potem ostatni raz spojrzałem tacie w jego zamknięte oczy, pocałowałem spętane różańcem dłonie i głośnym, łamiącym się szeptem powiedziałem:
— To już wszystko, mamo...
Zdążyłem jeszcze tylko zauważyć wieko trumny i przeciskając się przez tłum żałobników, zostawiając za sobą krzyk mamy, w popłochu uciekłem.
Uczepiłem się czegoś kłującego, chyba był to krzak głogu, z którego wyfrunęły spłoszone wróble.
Usłyszałem pierwsze, głuche i silne uderzenie młotka zabijającego wieko trumny, a potem następne uderzenia i krótką ciszę przed wbijaniem następnych gwoździ — sumienne, rytmiczne odgłosy młotka wbijającego główkę gwoździa w trumnę. Znowu krótka pusta chwila i następny gwóźdź wywołuje jęk trumiennych desek, jeszcze jeden gwóźdź i jeszcze jeden, jakby nie mieli nigdy skończyć. A kiedy cisza przedłuża się, pojmuję, że ostatni gwóźdź został wbity i nigdy więcej nie zobaczę ojca, najwyżej czasami rozpoznam go we śnie. Dopiero teraz czuję ból i wyplątuję palce z ciernistych gałęzi.
Słyszę mocowanie się z zardzewiałymi zawiasami drzwi, jakieś trzaski drewna albo żelaza i zapach śmierci z otwartej na oścież kaplicy osiada na głogach.
Ksiądz w pogrzebowej pelerynie w asyście dwóch ministrantów zbliżał się cmentarną dróżką.
Od wioski niosło się głuche bicie dzwonu.