Mariasz

Artur Daniel Liskowacki
  • Wydawnictwo Forma
    Szczecin-Bezrzecze 2007
    180x180
    322 strony
    ISBN: 978-83-922577-8-3

Mariasz to dwie połączone ze sobą opowieści. Pierwsza z nich to zbeletryzowana biografia Antoniego Malczewskiego (1793-1826), romantycznego poety, który ogłosił za życia jedyne dzieło, powieść poetycką Maria (1825), oraz jako pierwszy Polak wspiął się na Mont Blanc (1818). Liskowacki skoncentrował się na ostatnich pięciu latach żywota Malczewskiego, czasie burzliwym, naznaczonym głośnym skandalem (gorszący ówczesne towarzystwo związek poety z zamężną i umysłowo chorą kobietą). Druga opowieść przedstawia wakacyjną przygodę małego chłopca zwanego Muszką. Rzecz dzieje się współcześnie, na letnisku. W warstwie anegdotycznej jest to relacja ze spotkania zaniedbanego emocjonalnie dziecka z Nieznajomym, ni to uciekinierem, ni to bandytą, któremu Muszka dostarcza jedzenie i przyodziewek. Mimo że każda z tych opowieści mogłaby istnieć autonomicznie, pisarz zdecydował się na syntezę. Co ją uzasadnia? Na pewno tytułowa karciana metafora (mariasz to zarówno dawna gra w karty, jak i aktualna nazwa pary – króla i damy w jednym kolorze). Mamy więc karciane odbicie: historia Malczewskiego jest opowiedziana od końca (pierwszym akordem jest zgon pisarza w maju 1826 r.), historia Muszki i Nieznajomego – tradycyjnie jako ciąg przyczynowo-skutkowy. W obu opowieściach pojawia się nie tylko motyw gry w karty, ale i gra w wielu znaczeniach. Malczewski prowadzi grę z otoczeniem o akceptację i uznanie, o przezwyciężenie środowiskowej infamii, podwójna psychologiczna gra łączy chłopca i groźnego mężczyznę.

- Dariusz Nowacki

Artur Daniel Liskowacki (ur. 1956) prozaik, poeta, eseista, krytyk teatralny, dziennikarz. Autor kilku tomów szkiców poświęconych niemieckiej i polskiej historii Szczecina.

Fragment

Muszka szedł do czerwonego czworoboku, wierząc, że Nieznajomy pozostawił przyniesione sobie rzeczy tam właśnie. Jeśli nie, nigdy ich nie znajdzie i potem go o nie spytają. Wzruszy ramionami, albo wymyśli coś, a ona, słuchając w milczeniu, sięgnie po papierosa i zacznie go ugniatać bez pośpiechu, patrząc w okno.
Jeśli Nieznajomy tu nocował, to za szachulcową ścianą.
Prosta myśl, żeby tylko jej nie spłoszyć. Wysuwa się ostrożnie jak glista z ziemi. Chwytasz i przytrzymujesz, aż zwiotczeje w palcach i pozwoli się wyciągnąć; szarpniesz, urwie się. Tak się broni. A później odrasta. Chodził z ojcem na robaki. Na ryby nie. Ciemne grzbiety płoci w wia¬derku, przesadne zachwyty Surmaczowej, ależ pan dziś tego natargał. Uroczyste smażenie. Za¬pach oleju, przenikający każdy kąt. Ości między zębami.
Łap glistę, Muszka. Przecież ją widzisz. Nieznajomy nie mówił, że zostanie na noc. Mówił jedynie, że wolno tu przyjść dopiero po południu. Może wolał nie mówić. Nie mówić więcej. A może więcej nie mógł. Albo nie wiedział nic naprawdę. A to może także znaczyć, że jest teraz tam, w środku.
Muszka myślał już o tym, zbliżając się do miejsca. To by było przecież prawdopodobne. Przestało być, gdy Nieznajomy się nie pokazał. Nie wyszedł mu naprzeciw. Nie wyskoczył z żadnego ukrycia. Na przykład z tego.
A niby czemu miałby tam się chować przed Muszką. I siedzieć schowany cały czas, gdy Muszka łaził wokół.
Cały czas. Muszka spojrzał na zegarek. Dwunasta za dwanaście. Śmieszna godzina. Wszedł do środka. W kącie, pod ułomkiem dachu, leżała granatowa kamizelka. Podniósł ją, nie była mokra, ale ciężka od wilgoci. Powąchał, pies tropiciel. Bardziej pamiętał niż poczuł, kartoflane łęty, marchwiowa nać, drobna łuska, kurze łajno i zetlały, duszny opar jaśminowej wody. Wciągnął powietrze mocniej; gryzącej, nowej woni tytoniu jednak nie odnalazł. Wydało mu się to dziwne, przecież deszcz i dym pachną podobnie.
Wszystko przez ten smród. Siekierę można powiesić, mawiała Surmaczowa, otwierając okno. Wyobrażał to sobie kiedyś, wielkie, białe ostrze połyskujące u sufitu. Dławiący, mdły zapach przylepił się do czterech ścian, choć nie mają drzwi ani okien. I niebo widać teraz nad nimi, połyskujące wypłukanym słońcem.
Rozejrzał się za siatką, ale nigdzie jej nie zauważył. Wyszedł, żeby sprawdzić jeszcze wokół owocowych drzewek.
Nie od razu zrozumiał, że leży. Pchnięcie było silne, szybkie. Wiedział tylko to, leży na ziemi, na prawej ręce. Upadłem, pomyślał. Na pewno coś sobie zrobiłem.
Dopiero wtedy się przestraszył. I zobaczył nad sobą Nieznajomego. Stał w wysokim świetle, ciemny, nieporuszony.
Za to Muszka się poruszył; ręka bolała, spróbował przenieść ciężar ciała na plecy. Zrobił to, i Nieznajomy nie powiedział nic. Ale Muszka, leżąc na wznak, na kamizelce, która podwinęła się i gniotła go czymś w łopatkę, pomyślał, że lepiej było się obrócić na brzuch. Żeby nie widzieć. Na plecach leży owad. Udaje trupa. A i tak przesuwa się go patykiem po piachu, w stronę mrowiska, ogniska lub kałuży. Żeby było naprawdę.
Nieprzełknięta ślina spłynęła do gardła. Zakrztusił się, aż mu zabrakło tchu.
Na chuj ci zegarek, jeśli nie wiesz, która godzina, powiedział Nieznajomy.
Muszka milczał. Chciał zacisnąć powieki, ale nie miał odwagi. Musi patrzeć. Nieznajomy tego chce. I dlatego nad nim stoi.
Jak się nie znasz na zwyczajnym zegarku, to się naucz na słonecznym. Czy ja rzucam jakiś cień. Nie. To co to znaczy.
Że pan jest wampirem, powiedział Muszka.
Parsknięcie, szczeknięcie prawie. Dobry znak, bo nie śmiech.
Że mamy południe, gnoju. Nieznajomy poruszył się wreszcie, włożył ręce do kieszeni. Trącił Muszkę nogą. Miało cię tu nie być przed południem. To może cię nie być wcale.
Groźba, wypowiedziana wprost, zabrzmiała pusto. Dopóki Nieznajomy mówił, Muszka czuł się w miarę bezpiecznie. Ale gwałtowność ataku i tłumione napięcie, które Muszka słyszał w jego głosie, znaczyły więcej niż słowa.
Potrzebna była odpowiedź, jakakolwiek, nawet bez pytań.
Przyszedłem po kamizelkę pani Surmaczowej. Wszędzie szukała, musiałem.
Po co kłamiesz.
Przesłuchanie rannego jeńca, pomyślał Muszka. On stoi, ja leżę. Powinno być, łżesz jak pies. Może wszystko jest tak. Nie jest.
Jak pan wie, że ja kłamię i widzi co myślę, to.
Kopnięcie nie było zbyt mocne i jakby wymuszone, ale zabolało. Nieznajomy syknął, jakby jego zabolało również.
Już ci, kurwa, mówiłem, że masz odpowiadać na pytania, a nie się mądrzyć. Nie zapamięta¬łeś, taki tępy jesteś, czy co?
Muszka skulił się odruchowo, czekając na kolejne ciosy. Znów się bat. Nieznajomy znowu się bał. I Muszka bał się tego strachu. Wiedział, że nie wolno mu teraz krzyczeć, ani płakać. Ani prosić. Skamlesz, srasz, w dupę masz. Najbardziej w szkole bili tych, co usmarkani czepiali się kolan, błagali. Bili takich i czekali aż przestaną. Wtedy i oni przestawali bić. Ja się nie mądrzę, a pan wcale mnie nie pytał. O nic.
Nieznajomy milczał, jakby oglądając to, co usłyszał. Kto cię tu przystał, odezwał się w końcu; było słychać, że już pilnuje głosu.
Nikt. Ja sam.
Sam to sobie gra na saksofonie.
Muszka spojrzał niepewnie. Sam chciałem, powtórzył i dotknął nogi tam, gdzie powinno boleć od kopnięcia. Szukał tego miejsca palcami, wzdłuż łydki. Nie znalazł.
Sam, sam. Wielki Sam. Wiem, że nikt z tobą nie przyszedł. Ale tam, komu o mnie opowiadałeś?
Teraz. Musi to powiedzieć teraz.
Nikomu. Przyszedłem, bo chciałem. Żeby pan tu był.
Nieznajomy wyjął ręce z kieszeni. Nie miał w nich noża. Otarł dłonie o spodnie, a potem przykucnął i przez dłuższą chwilę przyglądał się chłopcu w milczeniu. Z uwagą, bez życzliwości, ale też bez niechęci. Muszka przyjął to spojrzenie jako szansę. Taką, od której jest jeszcze trudniej.
Daję ci fory, bierz wino. Ojciec grywał z nim w tysiąca tylko na wakacjach. Muszka nie cierpiał tej niepisanej umowy, według której już na starcie, przed licytacją, dostawał pikową parę. I tak była mu na nic, ojciec zawsze zdążył wyjść wyższym atutem zanim piki poszły na stół, albo, pogwizdując coś, co nie miało melodii, mocną lewą zabierał mu damę lub króla jeszcze przed meldunkiem.
Nieznajomy wyciągnął rękę i Muszka sprężył się cały, oczekując uderzenia. Ale poczuł tylko dotknięcie.
Skaleczyłeś się.
Nie. Nie wiem.
Przy goleniu pewnie.
Teraz Muszka odnalazł ten zapach. Gorzki, przesiąknięty wilgocią zapach papierosów i kwaśną, ostygłą woń potu. Jasna marynarka była wybrudzona na rękawach i przy guzikach. Ślady ziemi i trawy, podobne do plam na skórze starych ludzi.
Też chciał dotknąć swego policzka, ale tylko poruszył palcami.
Takie tam. Od gałęzi.
Nieznajomy podniósł się i rozejrzał bez pośpiechu. Jakby szukał jedynie potwierdzenia tego, co już wie. W końcu skinął dłonią.
No dalej. Wstawaj.