Głową o mur Kremla

Krystyna Kurczab-Redlich
Głową o mur Kremla
  • W.A.B.
    Warszawa 2007
    140x200
    496 stron
    ISBN 978-83-7414-323-3

Ta obszerna książka mówi o dzisiejszej Rosji – o trzech jej kręgach: społeczeństwie, władzy, wojnie. Wszystkie trzy kręgi przenika tendencja zasygnalizowana w tytule: w Rosji odradza się polityka imperialna, której symbolem i ośrodkiem jest Kreml.
W pierwszej części nie brak obrazów, które dobrze znamy z mediów: ubóstwo, arogancja urzędów, alkoholizm, przestępczość. Jeśli jednak ta opowieść jest wiarygodna, to dlatego, że zaświadczona własnym życiem autorki, że oparta na przykładach obrazujących dzień powszedni, podparta odwołaniami do poważnych studiów i statystyk. Wszystko to czyni z książki jedną z najpełniejszych prezentacji codziennego życia rosyjskiego społeczeństwa. A wyłania się z tego obrazu społeczeństwo bezsilne.
Bezsilne wobec kapitalizmu oligarchicznego, tworzonego przez ścisły sojusz biznesmenów z klasą przestępczą i politykami. Kapitał taki podtrzymuje korupcję władzy, napędza przemoc, a przede wszystkim nie sprzyja bogaceniu się przeciętnych ludzi, którzy okazują się najszerszą klasą wykluczonych. Bezsilne wobec niedemokratycznej władzy, ponieważ społeczeństwo to nie dysponuje tradycjami, na których mogłoby zbudować wspólnotę obywatelską. Kurczab-Redlich odsłania próżnię, która rozciąga się pod powierzchnią życia społecznego. Rosjanie nie mają ani tradycji proobywatelskich, ani silnego oparcia w rodzinie. W XX wieku nie wykształcili mocnych więzi obywatelskich, zaś rodzina znajduje się w stanie rozpadu. Wysoki procent rozwodów, pogarda dla kobiet, alkoholizm, niskie płace to czynniki, które wystawiają jednostkę na samodzielną konfrontację z państwem. Obywatel, jak w feudalizmie, nie ma żadnej swojej reprezentacji, więc między nim i państwem nie ma ani partii, ani urzędów, które broniłyby jego interesów.
Dwie pozostałe części są właściwie potwierdzeniem znanej tezy Clausewitza, że wojna (i zdobywanie władzy) to przedłużenie polityki uprawianej innymi metodami. Putin nie musiał dojść do prezydentury drogą demokratyczną, ponieważ ani społeczeństwo, ani jego współpracownicy w demokrację i jej sens nie wierzyli. Z kolei wątek czeczeński to przykład, jak Putin uczył się nowych metod prowadzenia konfliktu nie tyle na arenie wojennej, ile w teatrze symbolicznym: przedstawiając Czeczenów jako terrorystów, Rosja zyskała od światowej opinii carte blanche na prowadzenie walki wszelkimi metodami.
Najsłabszą częścią dzisiejszej Rosji, jak przekonuje autorka, jest społeczeństwo. Słabe społeczeństwo jest najsilniejszą bronią Kremla w odbudowie imperium.

- Przemysław Czapliński

Krystyna Kurczab-Redlich – wieloletnia korespondentka w Rosji, autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii, laureatka wielu dziennikarskich nagród. W roku 2005 jej kandydatura została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla.

Fragment

Wrzesień 2003 roku. Jedna ze stolic w Europie Wschodniej. Wieczór. Do samochodu wsiada szczupły młody człowiek. Niezbyt przyjemnie pachnie: w obozach dla uchodźców kiepsko funkcjonują łazienki, a pieniędzy jest tak mało, że i na pastę do zębów zabraknie. Nie chce podać swego nazwiska. Odpowiada półsłówkami. Boi się. Ucieka przed Ruskimi. Jest bratem jednej z tamtych kobiet.
To ją pokazywała telewizja dzień po dniu, gdy rozgrywał się dramat w „Dubrowce". Pociągła twarz, duże oczy, długie łuki brwi, spojrzenie śmiałe - prosto w kamerę.
Miała na imię Asia. I dwadzieścia osiem lat. Była nauczycielką. Kończyła studia na Uniwersytecie w Groznym.
I miała czterech braci. Najstarszemu podczas tortur odbito nerki i płuca. Średni, też po torturach, został kaleką na całe życie. Najmłodszego zastrzelono nocą. Ostatni, Achmed, właśnie ze mną rozmawia.
Miała też dwóch mężów. Obaj walczyli. Pierwszy poległ w 1996. Drugi - na początku 2002 roku. Pewnego dnia znikła. Matce powiedziała, że jedzie do Rostowa na badania. Leczyła raka piersi. Zostawiła trzyletnią córeczkę.
Mój rozmówca z trudem mówi o siostrze. Ona już odeszła. A na ziemi pozostała osiemnastoosobowa rodzina, którą metodycznie unicestwiają: dom spalono, rodziców zabito, reszta krewnych jest prześladowana.
„Czy Asia dobrze zrobiła?" - pytam mego rozmówcę. „Dobrze - odpowiada. - Wszyscy o nas zapomnieli. A oni pokazali, że żyjemy. I nie chcemy wojny".
W jakimś piśmie znajduję pośmiertne fotografie terrorystów. Asia, czyli Asiet Giszlurkajewa, uśmiecha się spokojnie. I kpiąco.
Najdziwniejsze jest to, że część kobiet biorących udział w akcie terrorystycznym w Domu Kultury „Dubrowka" miała przy sobie bilety powrotne. A pod czarną szatą - dżinsy.
Rusłan M. zna mnie od dawna. Jest operatorem telewizyjnym. Zjedliśmy razem beczkę gorzkiej soli wspólnych czeczeńskich doświadczeń. Wie, że poszukuję informacji o szachidkach. W dzisiejszej Czeczenii to temat bardzo niebezpieczny, a Rusłan ma pięcioro dzieci. Milczał. Pewnego ponurego styczniowego poranku, kiedy podczas kolejnej zaczystki w jego rodzinnej wsi Ałchazurowo zgwałcono kilka dziewcząt, ni stąd, ni zowąd, w zimnym samochodzie, opowiedział mi tę historię. Okazuje się, że był najbliższym przyjacielem męża Luizy. Po jego śmierci opiekował się nią i jej dzieckiem.
- Nie była ślicznotką - mówił. - Nie była młódką, miała dwadzieścia dziewięć lat, kiedy wyszła za mąż. Było to nietypow dla Czeczenów małżeństwo: mąż tak ją kochał, że nie wstydził się o tym mówić. A to Czeczenowi nie przystoi. Tak jak i opowiadać się żonie czy pytać - przy innych - o radę. Ale on był dumny z jej mądrości. Mieli córeczkę. Trzyletnią. Jedynaczkę. Luiza więcej dzieci mieć nie mogła.
Tamtego dnia była zaczystka. Siedemnastu pijanych żołnierzy wpadło do jej domu. Na piecu stał kocioł z wrzątkiem (Luiza zabierała się do prania). Do wrzątku wrzucono dziecko. Żołnierze, śmiejąc się, przytrzymywali Luizę, nie pozwalając jej na żaden ruch. A potem ją gwałcili. Wszyscy. Butelką też. Na ciele gasili papierosy. Nożami wycinali krzyże.
Nie posiwiała, nie zwariowała.
Pewnego dnia zniknęła i zobaczono ją dopiero na scenie podczas przerwanego przedstawienia Nord-Ost.
Nazywała się Luiza Bakujewa. Gdy zginęła, miała trzydzieści dwa lata.
Sprawa dramatu w „Dubrowce" ożyła rok później, przede wszystkim na łamach nielicznych, niskonakładowych pism czytanych przez inteligencję. Blok informacyjny telewizji państwowej poświęcił jej dwie minuty.
Rosjanie niechętnie wracają do tamtych dni. Na wznowiony kosztem wielu milionów rubli spektakl Nord-Ost nie poszli, zmuszając władze do zdjęcia musicalu z afisza. Był to chyba jedyny wyraz ich obywatelskiej postawy.
Rosyjskie społeczeństwo, dalekie od wzorca społeczeństwa obywatelskiego, jest jak ocean, nad którym - hen wysoko - wznosi się skała władzy. W tym oceanie miliony jednostek żyją oddzielnie, nie znajdując drogi do siebie. Nie przybliżają się też do skały. Jest im obojętna.
23 października 2003 roku ojciec, który stracił syna, zwrócił się do słuchaczy radia Echo Moskwy (wśród nich przeważa demokratycznie nastawiona inteligencja): „Od godziny piątej do szóstej czterdzieści terroryści się bronili. Mogli przez ten czas wysadzić budynek i zabić zakładników. Nie tknęli żadnego. Kto więc bardziej liczył się z ich życiem - terroryści czy ci, co szturm wymyślili? Zwracam się do wszystkich: nas nieszczęście zmusiło do walki z władzą. Wy nie czekajcie, walczcie z nią, póki czas". Na to dziennikarz: „Pan rozumie, że pański punkt widzenia w dzisiejszej Rosji nie dotrze do naszych rodaków?" „Rozumiem".
W rocznicę tragedii Moskwa była taka, jak zwykle. Koncerty, kluby, zabawa. Nikt nie wyszedł na żaden plac z żądaniem prawdy o dramacie w Domu Kultury „Dubrowka". Ani tym bardziej - z żądaniem wyprowadzenia z Czeczenii osiemdziesięciotysięcznej armii Federacji Rosyjskiej. Żeby Nord-Ost się nie powtórzył.
Kto odpowiedział za tragedię w Domu Kultury „Dubrowka"? Kto odpowiedział za dramat, który w rosyjski krwioobieg wszedł pod nazwą Nord-Ost? Ci, którzy albo przypadkowo się napatoczyli, albo z pełną premedytacją zostali w sprawę „wmontowani", tak jak absolutnie niewinny Zaurbiek Talchigow, którego skazano na osiem lat i sześć miesięcy ciężkiej kolonii karnej.