Czarny ogród

Małgorzata Szejnert
Czarny ogród
  • SIW Znak
    Kraków 2007
    165 x 235
    552 strony
    ISBN 978-83-240-0896-4

Czarny ogród to żywo i z rozmachem napisana opowieść o katowickim osiedlu Giszowiec i jego mieszkańcach. Niemieccy właściciele spółki Gische (stąd nazwa osiedla) w drugiej połowie XIX wieku rozwinęli na wielką skalę działalność przemysłową i wydobywczą na Górnym Śląsku. Z roku na rok rosło zapotrzebowanie na węgiel kamienny, obficie zalegający w okolicach Katowic, coraz trudniej jednak było pozyskać robotników. Dyrektor generalny kopalń i hut koncernu Gische wpadł na świetny pomysł: trzeba stworzyć osiedle domków wystylizowanych na chłopskie chaty, domków zatopionych w zieleni, z ogródkiem i szopą przy każdym z nich. Ledwie co przekwalifikowani z rolników górnicy będą lepiej i wydajniej pracować, jeśli zapewni się im godziwe warunki życia. Pierwsi mieszkańcy tego unikatowego na skalę światową osiedla wprowadzili się do swoich domków równo 100 lat temu. Małgorzata Szejnert, przekopawszy się przez setki dokumentów, pamiętników i kronik, barwnie opisała życie codzienne mieszkańców Giszowca oraz sąsiednich dzielnic. Na tę opowieść o „dobrych kapitalistach” oraz pracowitych i cnotliwych Ślązakach nakładają się historie mniej sympatyczne: ścieranie się żywiołu niemieckiego i polskiego przed I wojną światową, trzy zbrojne powstania, które doprowadziły do odzyskania części Górnego Śląska przez Polskę w 1921 roku, koszmar II wojny, narodziny Polski Ludowej, późniejsze eksperymenty społeczne, które niemal doprowadziły do zagłady Giszowca (część dzielnicy została wyburzona w latach 70. XX wieku pod budowę wieżowców). Czarny ogród jest opowieścią wielogłosową, w której sprawy małe przenikają się z wielkimi, losy prostych ludzi krzyżują się z biografiami znakomitości polityki i kultury rodem z Górnego Śląska. Obszerna książka Szejnert to wybitne osiągnięcie sztuki dziennikarskiej, jedna z najważniejszych publikacji o tematyce śląskiej, jakie pojawiły się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.


Fragment

Gerard Kasperczyk, który skończył siedemnaście lat i po pracy u majstra Bochynka biega z kolegami po Giszowcu i okolicy, rozglądając się za dziewczętami, opisuje wielki ruch przy amerykańskich willach. Brama, która zawsze strzegła mieszkańców, jest otwarta na oścież. Wszyscy wyjeżdżają. Niektórzy zostawiają meble i naczynia. Nie wiadomo, czy z pośpiechu, czy w przekonaniu, że niedługo wrócą.
Państwo Georg Sage Brooks  przekraczają granicę Polski 29 sierpnia. Czynią to pod Bytomiem i kierują się do Holandii.
Augustyn Niesporek porządkuje negatywy, których uzbierało się już tak wiele, że zagracają pracownię, a część coraz większej rodziny musi w niej mieszkać. Szklane płyty, jakich  używa się w atelier, zajmują bardzo dużo miejsca. Dwudziestotrzyletni Paul, najstarszy syn Augustyna, który przejmuje stopniowo warsztat fotograficzny, dochodzi do wniosku, że trzeba się pozbyć tych klisz, zwłaszcza gdy całkowicie tracą aktualność, tak jak zdjęcia weteranów w powstańczych mundurach, świętujących swoje rocznice. Augustyn przyjmuje tę decyzję ze zrozumieniem. W jaki sposób zakład pozbywa się szklanych płyt — tego nie wiemy. Wiemy, że ich nie ma.
Rodzina starszego wachmistrza Andrzeja Pawlaka, która sprowadziła się do dwóch pokoi z kuchnią w trzypiętrowym domu w Szopienicach, zdążyła w nim pomieszkać tylko parę miesięcy. Pawlak w ostatnich dniach sierpnia pożegnał rodzinę. Jego Krakusi szkolą się w lasach koło Giszowca, mundurują, zbroją i pozyskują środki transportu. Z magazynu mobilizacyjnego nie dostali bowiem ani jednego samochodu. Zachowują się więc w lasach giszowieckich jak śląscy powstańcy przed dwudziestu laty - rekwirują samochody na szosie koło willi dyrektorskiej, a konie i rowery wypożyczają od miejscowych ludzi, obiecując, że zwrócą, kiedy zwyciężą.
Sąsiedzi z szopienickiej kamienicy namawiają Helenę Pawlakową, by uciekała z dziećmi przed Niemcami, którzy wchodzą już do Katowic i jej rodzinie na pewno nie będą pobłażać. Helena, nieduża, o okrągłej buzi, zabiera więc troje dzieci, z których najmłodsze ma cztery lata, i idą piechotą do Sosnowca. Na szczęście najstarsza córka Halinka ma piętnaście lat i może dźwigać toboły. Pod Sosnowcem nocują, a rano wędrują dalej do Strzemierzyc, gdzie wciskają się do bydlęcych wagonów obitych blachą, w których już pełno uciekinierów. W olkuskich lasach przeżywają bombardowanie, tracą połowę bagaży, ale docierają do Wolbromia, gdzie zrujnowana lokomotywa ostatecznie odmawia biegu. Nocują u dobrych ludzi i furmanką docierają do Sławie koło Miechowa; mieszkają tam gościnni krewni sąsiadów.
Tymczasem wachmistrz Pawlak i jego Krakusi otrzymują rozkaz zamknięcia luki powstałej między Tarnowskimi Górami (11. Pułk Piechoty) a Siewierzem (3. Pułk Ułanów Śląskich). Przemieszczają się tam nie bez trudności; mają mapy tylko z kierunkiem na Berlin. Nie dostali działek przeciwpancernych. Wloką za sobą jak kule u nóg tabor trzydziestu furmanek.
1 września syn Eduarda Schultego, dziewiętnastoletni Ruprecht, który chce być farmerem i odbywa letnią praktykę w zaprzyjaźnionym majątku na Dolnym Śląsku, słyszy nad głową gang silników lotniczych. Szwadron stukasów i junkersów leci w stronę wschodniej granicy Niemiec. Wolfgang, starszy o rok brat Ruprechta, musiał zrezygnować z wakacyjnej podróży do Szwajcarii i Włoch i prawdopodobnie wkracza właśnie do Polski ze swoją jednostką.
W sierpniu załoga kopalni Giesche liczy cztery tysiące trzydzieści osiem osób.
1 września jest mniejsza o sześćset trzydzieści.
Z tego: trzystu dziewięćdziesięciu mężczyzn zostało powołanych do polskiego  wojska. Dwustu czterdziestu uciekło, żeby przeczekać i zobaczyć, co będzie dalej.
Według giszowieckiej kroniki harcerskiej, druhowie z Giszowca - część i wróciła właśnie z obozu w Ligotce Kameralnej na Zaolziu — chcą walczyć u boku polskich żołnierzy. Zamierzają bronić elektrowni przy kopalni Giesche. Ale pod naporem Niemców polskie oddziały wycofują się za Przemszę i wysadzają most. Siedmiu harcerzy na rowerach, wśród których są bracia Ludwik i Konrad Lubowieccy i Teodor Botor, szuka jakiegoś punktu mobilizacyjnego, widzą jednak, że to beznadziejne. Usiłują gonić polskie wojsko. Pod Kozienicami łapią ich Niemcy, ale puszczają do domów. Chłopcy wyjaśnili pewnie po niemiecku, że są na wycieczce.
Gertruda Badurzanka też chciała walczyć, w łączności. Przygotowała się z koleżankami ze swojej nikiszowieckiej drużyny do obsługi telefonicznej. Drużynowa Stefcia Szmolówna wyznaczyła druhnom dyżury przy katowickich telefonach, siedziała przez całą noc w jakimś biurze z oczami wlepionymi w słuchawkę, ale nie odezwał się nikt.
Niemcy wmaszerowują do Giszowca 4 września. Gerard Kasperczyk widzi, że wiele osób, zwłaszcza starszych, wychowanych w niemieckiej szkole i pamiętających pierwszą wojnę światową, patrzy na te oddziały z zainteresowaniem bliskim sympatii. A niektórzy żołnierze też się do mieszkańców uśmiechają. Pewność siebie, energia i schludność zwycięzców robią lepsze wrażenie niż chaos, w jakim opuszczały gminę polskie oddziały, które miały jej bronić.
— Ledwie się wojna zaczęła, a oni już byli, ci Niemcy. My inne wojsko zobaczyli. Tamci byli biedni, na konikach, na furkach. A ci jechali autami.
Przyjaciółka Dorki i Gertrudy Badurzanek Maryla Wacławkówna widzi zrozpaczona, że łan astrów w jej giszowieckim ogródku przy ulicy Ogrodowej, dawniej i od jutra  Gartenstrasse, został zrujnowany. Ktoś wdarł się z ulicy, zerwał
kwiaty garścią i rzucił pod nogi żołnierzom. Ksiądz Dudek, który niedawno wrócił z wczasów w Krynicy, wita Niemców z ambony. Mówi, że parafia czekała na nich siedemnaście lat. Zbyszek Stacha, syn Wincentego, słyszy to na własne uszy i biegnie powtórzyć ojcu, który jeszcze wczoraj był urzędnikiem państwa polskiego.