Rebelia

Mariusz Sieniewicz
Rebelia
  • W.A.B
    Warszawa 2007
    123 × 195
    372 strony
    ISBN: 978-83-7414-332-5

Mariusz Sieniewicz dał się już poznać jako pisarz obdarzony niebanalną, nieokiełznaną wyobraźnią, być może jedyny – oprócz Jacka Dukaja – prozaik młodszego pokolenia, który potrafi w swoich tekstach kreować kompletnie nowe światy. Ale w najnowszej powieści, Rebelii, przeszedł samego siebie. Jest ona swoistą antyutopią, w której w wyjaskrawionej formie ukazywane są lęki i problemy współczesności. Autor opisuje „cywilizację Wielkiego Bobasa”, w której terror młodości, piękna i zdrowia powoduje, że starość jest prześladowana i wykluczana. Akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim na wyimaginowanej „wyspie starców”, gdzie staruszkowie nadzorowani przez metroseksualnych „dziewłopców-chłopczynki” (wyspa funkcjonuje po trosze na zasadach obozu pracy) mumifikują zwłoki młodych, pięknych ludzi, które znaleźć się mają w mauzoleum ku czci młodości. Ale panowanie rozpanoszonej młodości nie jest nieodwołalne, zdesperowani staruszkowie przygotowują „geriatryczną rewolucję”, na której czele staje Błażej Kolumb, po trosze zbawiciele starości, po trosze ktoś w rodzaju Neo z „Matrixa” (Sieniewicz miesza w powieści odwołania do „tekstów” z rozmaitych rejestrów kultury)… Sieniewicz nie po raz pierwszy zajmuje się problemem wykluczania i marginalizacji ludzi i całych grup społecznych, nie po raz pierwszy też dowodzi swoimi tekstami, że o tych sprawach można pisać językiem dalekimi od stylistyki ideologicznej agitki. Autor nie tylko pisze o rebelii starców, rebelia odbywa się też w języku jego powieści, gdzie zderzają się rozmaite odmiany języka, klisze ze współczesnej mowy sąsiadują z poetycką, pełną symboli metaforyką. Lektura nieomal każdego zdania „Rebelii” staje się dla czytelnika językową przygodą. Gdyby Witkacy żył obecnie, zapewne pisałby jak Sieniewicz!

- Robert Ostaszewski

Fragment

Gigantyczna budowla przypominała neorenesansową świątynię, wyrzeźbioną w kosmicznym meteorycie. Pewnie galaktyczny kruszec stanowił najlepszą siedzibę dla zamieszkującego go sacrum. Kamienny mur rozpękał się podłużnymi witrażami, zaś wzorzysta kopuła – porosła gdzieniegdzie mchem, widoczna z każdej części wyspy – wyglądała niczym pancerz futurystycznego żółwia. Z górnej części frontonu łypało gigantyczne oko mandali. Pod nim widniała inskrypcja nieznanego autorstwa:
MŁODOŚĆ JEST WIECZNA WIECZNOŚCIĄ OD NOWA– NIKT O NIEJ NIE ZAPOMNI, A KAŻDY WIERNOŚCI DOCHOWA.
Do środka prowadziły żeliwne wrota z przerzuconą nad trzema kamiennymi schodkami kładką, przed którą urywał się ślad platform. Kaktus spojrzał w lewo, spojrzał w prawo i nacisnąwszy wysoko umieszczoną klamkę, nad głową, wyszeptał:
– No, pomóż, Błażej, do jasnej ciasnej! Powinieneś być wyższy, jak na wyższy szczeblu stoisz.
– Ależ masz kompleks drabiny – zrewanżował się Kolumb.
Pchnęli. Wrota skrzypnęły przeraźliwie. Brrr… po prostu horror! Owionął ich mroźny chłód – większy niż w młodni. Jeszcze tylko brakuje, by wilk zawył od strony hubowego cmentarza i cień ręki z nożem przemknął po murach. Kolumb pożałował swojej ciekawości. Usłyszał muzykę organów. Ktoś grał, jednak jej czystość i płynność pozostawiały wiele do życzenia. Dźwięki rwały się, były płaskie, kakofoniczne, nieregularne. Właściwiej byłoby stwierdzić, że ktoś dopiero poznaje tajniki nut, oktaw i wiolinowych kluczy, nie znajdując właściwego klucza do tej najbardziej z niedostępnych sztuk.
– Spokojnie. Wielki Bobas męczy na keyboardzie Bacha. Pasję według świętego Mateusza – pośpieszył z odpowiedzią Kaktus, gdy weszli do wnętrza świątyni, tonącej we fluoroscencyjnym świetle. – Nie bój nic. Poza swoim graniem niczego nie słyszy, nie widzi. Czasami podejrzewam, że jest głuchy i ślepy. Faszystowski narcyz!
Ale mina Kolumba już udowadniała popularną wśród filozofów tezę, że tylko umiejętność zdziwienia wyróżnia umysły myślące od bezmyślnych. Rozdziawił się jak świadome swej marności istnienie, przed którym wyrosło „coś” nie na człowieczą miarę ani ludzkie pojęcie… Wyobrazić sobie jednocześnie gabinety figur woskowych z całego świata, to nic sobie nie wyobrazić. Ogarnąć myślą wszelkie możliwe magazyny i garderoby na kuli ziemskiej z niezliczoną ilością lal, kukieł i manekinów, to ogarnąć jedynie pył własnej myśli. Wysiłkiem woli zebrać w jedno miejsce wszystkie tajne laboratoria, gdzie wedle chemicznych wzorów zaawansowanej nauki, odbywa się hodowla nowoczesnego homunkulusa, to mieć wolę mocy jamochłona.
Bo oto na cokołach i na podestach, na podstawkach i postumentach, z prętami wbitymi w krocze, stały zmumifikowane ciała. Niekończący się legion ciał! Nagich i młodych. Złączonych w pary lub samotnie rozmyślających o monadach.
– Zebraliśmy wszystko, co najlepsze w historii minionego stuogrodu i w czasach obecnych – oznajmił Kaktus, wypuszczając gęsty obłoczek pary. – Oczywiście to najlepsza wersja według Wielkiego Bobasa i chłopczynek. Gdyby cokolwiek ode mnie zależało, unieśmiertelniłbym zupełnie innych – zastrzegł. – Jak chcesz, rozejrzyj się. Choć muzeum jeszcze nie skończone i dopiero szykowane dla przyszłych pokoleń.
Kolumb był trochę onieśmielony, bo jakże tu nie być onieśmielonym, gdy z wysokości cokołów patrzą na człowieka najwybitniejsze ponoć eksponaty przeszłości, która – gdyby nie atrofia Kolumba pamięci – mogła przecież stanowić dokument jego przeszłości. Odwagi dodała mu Huanita Loslobos. Stała jakby ktoś zaklął tancerkę w trakcie walca. Worobiow dobrze ściągnął – ocenił i ruszył dalej. Te pierwsze bóstwa człowiecze, licząc od drzwi, wydawały mu się dość trywialne, nijakie, nawet karteczki niewiele mówiły. Jakiś „Max Coldwey. DJ. US.” z gramofonem w rękach, jakiś „Otto Szmidt. Designer. D.” ze wzniesionym czołem lub inny „James Peadlow. Snowboardzista. GB.”, trzymający kawałek zakrzywionej deski pod pachą. Jednak im dalej zanurzał się w zmumifikowany świat ciał, głów i rąk, zastygły w najwymyślniejszych pozach, tym jego ciekawość i podziw rosły, a Panteon nieśmiertelnych zdawał się nie mieć końca. Najpierw zerkał na karteczkę, by wiedzieć, z kim ma przyjemność, następnie podziwiał fachową robotę juwenarbeiterów. Wszystkie mumie lśniły mistrzowskim wykończeniem skóry, zapierającą dech w piersiach grą mięśni, idealną proporcją kończyn względem tułowia. Ciała bez skaz i zmarszczek kusiły wypolerowaną gładkością. Doskonałość pyszniła się sobą – od stóp do głów, od jednego bóstwa do następnego. Najstarsze wiekiem miały nie więcej niż trzydzieści ogrodów. Miniony, choć nie zakończony stuogród musiał być niemożliwie bogatym czasem młodości.
O, cóż to za chłopak z apolińskim ciałem koloru mlecznej czekolady i filuternymi frędzlami zamiast włosów? Etykietka już wyjaśniała: „Bob Marley. Muzyk”. W dłoniach trzymał gitarę, która przywołało Kolumbowi w myślach słowa starej piosenki: chłopak z gitarą, byłby dla mnie parą, pararara-rara-ra… Po nim mumia z rozbrajająco dużymi oczami – „Kurt Cobain. Muzyk.” A ta blondynka, pomalowana złotem i różem, pewnie miss mauzoleum – „Barbara Handler. Barbi.” Obok, wyciągający do niej smukłe dłonie: „Ken Handler. Ken”. Dziwna profesja – być „Barbi”, być „Kenem”. Niczym hostię wznosił posypaną sezamem bułę „Lous Lassem. Wielki restaurator”. Z książką w jednej dłoni, w drugiej z karabinem stał „Krzysztof Kamil Baczyński. Żołnierz-poeta”. I zaraz, jakby dla odmiany z butelkami wódki przepijali do siebie kolejno: „Jim Morrison. Muzyk-poeta”, „Rafał Wojaczek. Poeta” i „James Dean. Aktor”. Kolumb chyba zabrnął w okolice włóczęgów i artystów, ponieważ swą milczącą wyniosłość słały ku niemu młodociane głowy „Jacka Kerouca. Pisarza” i kolejnego płodziciela wierszy – „Allena Ginsberga”. Mumie trzymały, prócz flaszek, papierosy, a twarze przecinał grymas, jakby miały zgagę, co tylko dodawało im uroku tragicznych macho. Posąg „Krzysztofa Kamila Baczyńskiego” nie pasował do tak „niesportowego” towarzystwa.
Kolumb przecisnął się między wdziękami „Marylin Monroe” i „Mary Pickford”, o bombastycznych etykietkach „ulubienice świata”, by od razu trafić na pasaż, który należał chyba do mędrców mauzoleum młodości. Rozpoczynał go nagusieńki z farbowanym pierwszym wąsem „Francis Fukuyama. Ostatni historyk historii”. Dłonie następnego – „Michela Houellebecqa” składały się, nie wiadomo, do bitki albo do oklasków, z przegubu dłoni zwisała siatka. I nie wiadomo również z kim chciał się bić lub komu bić brawa. Czy dla wspomnianego ostatniego w historyka w historii, czy też dla „Jacquesa Derridy. Posmodenisty postmorten” o przecudnie niejednoznacznej twarzy. Trzeci stał nieco z boku i nazywał się „Albert Camus”. Jego nastrój najtrudniej było odczytać. Poza nic nie mówiącą nagością, puste oczy, charakterystyczne dla antycznych posągów, wyrażały równie pusty smutek. Chłopiec o imieniu „Le Corbussier” trzymał pionowo pudełko zapałek, pochłonięty mocno strukturą prostopadłościanu. Natomiast inny – chuchał troskliwie w makietkę piotomkinowskiej wioski. Kim był ów chuchacz? Zerknięcie na etykietkę i wszystko jasne – „Herbert McLuhan”. A całą kompanię mędrców próbowali objąć kordialnym gestem dwaj bracia syjamscy: „Walt Disney” i „Bill Gates”. Uśmiechali się, jakby chcieli wyznać: nasza idea przerosła najśmielsze oczekiwania.