Huta

Grzegorz Kopaczewski
Huta
  • Czarne
    Wołowiec 2007
    125 × 195
    296 stron
    ISBN: 978-83-7536-014-1

Mamy rok 2008. Specjalna strefa zwana Hutą stała się wzorcową dzielnicą ponowoczesnej Polski, a może i Europy. Dawne tereny przemysłowe (wzorowane na autentycznej dzielnicy Katowic) zostały przekształcone w eleganckie kondominium, przepiękną dzielnicę zamieszkaną przez ludzi sukcesu i kultury, naukowców i artystów. Powieściowa Huta to jak gdyby połączenie Doliny Krzemowej z Geenwich Village. Tu mają swoje siedziby międzynarodowe koncerny najnowszych technologii, roi się od artystycznych klubów i galerii. Co więcej – w Hucie udało się zrealizować wszystkie utopie społeczeństwa obywatelskiego, każdy mieszkaniec jest człowiekiem szczęśliwym, kreatywnym i wolnym od piekła konsumeryzmu. To, co fantastyczne (futurologiczne) krzyżuje się z tym, co należy do antyutopii. Huta jest bowiem także gettem, sztucznym minimiasteczkiem odgrodzonym wysokim murem i monitorowanym przez setki kamer. Na zewnątrz pozostał ten Górny Śląsk, szerzej – ta Polska, której się nie udało.
W tak odmalowanych dekoracjach widzimy głównego bohatera, Tomasza, młodego doktoranta, socjologa, który wpada na ślad uniwersyteckiego spisku, a później staje się pracownikiem tajemniczego Instytutu i bierze udział w pojedynkach służb specjalnych.
Eksperyment społeczny nazwany Hutą ma swoje naukowe podstawy. Wszystko zaczęło się od pism filozofa i socjologa, rówieśnika Hegla, Kaspara Kuhna, który nie tylko stworzył konkurencyjną względem Marksa opowieść o logice rozwoju społeczeństw, ale i opracował podstawy statystyki prognostycznej, niezbędne algorytmy itd. To, nawiasem mówiąc, fikcja w fikcji: z jednej strony bowiem Kopaczewski wymyślił Kuhna wraz z jego burzliwym życiorysem i wywrotowym dorobkiem naukowy, z drugiej strony – jak się okazuje w finale utworu – niemiecki filozof jest też wymysłem bohaterów powieściowych, genialnych, zbuntowanych i ekscentrycznych uczonych z Uniwersytetu Śląskiego. Autor Huty wyśmienicie bawi się dyskursem naukowym, a czytelnik wraz z nim. I to właśnie w tej powieści jest najlepsze, no i unikatowe.

- Dariusz Nowacki

Grzegorz Kopaczewski (ur. 1977 r.) prozaik, autor dwóch powieści: Global Nation. Obrazki z czasów popkultury (2004) i Huta (2007).

Fragment

Moja przeprowadzka z Chorzowa do Huty trwała dwie godziny. Ubrania i książki przewiozłem taksówką. Wszystko co posiadałem zmieściło się w astrze kombi. Właściwie  ciągle nic więcej nie posiadam. Nic od tamtego czasu sobie nie dokupiłem. Posiadanie jest w Hucie niemodne. Źle. Posiadanie w Hucie jest zbędne. Bo po co ci pralka skoro jest Cleanicum, po co telewizor gdy jest Teledromat, do czego ci dvd gdy masz karnet do Casablanki, po co ekspres do kawy gdy mieszka się nad  Kawoholikiem. Po co ci samochód skoro mieszkasz w Hucie?
Pod wieczór, gdy już porozkładałem się w nowym mieszkaniu, zapukał sąsiad. Znana twarz. Z zebrania. Pisarz – aktywista społeczny; ten co zamęczał Joachima ciągłymi wnioskami.
- Cześć. – Zaczął nieśmiało, podejrzliwie rozglądając się wokoło. – Sąsiadem jestem. Z naprzeciwka. Chciałem się przywitać.
Miał przy sobie dwa piwa, jedno już napoczęte. Wpuściłem go.
- Podoba ci się w Hucie? – Od pierwszych słów można było się domyślić, że nie przyszedł gadać o moim samopoczuciu. Usiedliśmy na kanapie. Podał mi piwo. Ciepłe.
- Może być. Tobie?
- Coraz mniej. Za to coraz bardziej naciskają. Mówią, że na moje mieszkanie jest sześciu chętnych. Z nagrodami za filmy, książki i inne zawodzenie. A to gówno prawda jest, bo wiadomo, że limit mieszkaniowy dla artystów na ten rok wyczerpał się. – Zrobiłem zdziwiony wyraz twarzy. – Tak. Mają limity dla wszystkich pożądanych grup społecznych. Wiem, bo mam znajomą w radzie dzielnicy. Nawet stypendia już rozdali, więc po co to straszenie? Niby wszystko takie przejrzyste, wszystko omawiane publicznie, a jak co do czego, to cię szantażują. Niby wszystko takie otwarte i tolerancyjne, a po co mur zbudowali? Że niby zabytek i trzeba odrestaurować, a każdy wie, że tu od Załęża siatka była, nie mur żaden. A kładka dla pieszych do Silesia Center? Bali się, że ludzie zaczną robić zakupy w centrum handlowym, bo taniej, to nie zgodzili się na budowę. Niby w referendum mieszkańcy odrzucili, ale co to za głosowanie z domowego komputera. Jak ktoś nie ma, to nie zagłosuje. I nie obchodzi ich, że nie masz. A ja akurat miałem kłopoty i musiałem się pozbyć. Potem mówią, że nie robię nic w kierunku poprawy wizerunku Huty. Nie będą trzymać sieroty, która nie jest w stanie napisać nic nowego. Muszę brzmieć jak sierota, co?
- Nie. – Brzmiał jak sierota, wyglądał jak sierota, miał ruchy jak sierota.
- Nie chciałbyś kupić trochę ubrań? – Wypalił. - Wszystkie markowe. Do dziś mi przysyłają. Mamy podobną sylwetkę.
Był zgarbiony i chudy, nie miał klaty ani dupy. Wyglądał jak sierota.
- Może kiedy indziej. Mam przeprowadzkę na głowie. I robotę.
- Dostałeś pracę w Hucie?! – Skinąłem na tak. – Gdzie?
- W Instytucie Historycznym.
- Ich szef też jest w Radzie. Dobrze się ustawiłeś. – Zaczął się wiercić, wreszcie wstał. – OK, pora na mnie. Miło było poznać sąsiada. Do zobaczenia.
Wyszedł. Nie przedstawił się. Ani ja jemu. Gdy już kładłem się spać, zapukał ponownie. Znowu z piwem. Znowu z ciepłym.
- Wiesz, jak oni to robią, że Huta ma taką dobrą prasę? – Powiedział, gdy rozłożył się na kanapie.
- Nie. Nie zastanawiałem się.
- Udostępniają wnętrza telewizji. Albo nawet mieszkania co popularniejszym dziennikarzom. Wszyscy chcą mieszkać w Hucie. A te mendy telewizyjne i prasowe są nawet gotowe za to płacić. I to dwa razy więcej niż normalni mieszkańcy. Jak ja albo ty. Każdy chce być artystą, albo przynajmniej żyć jak artysta. Nie wiem, jak żyją artyści, ale ci co płacą po kilka tysiaków za mieszkania pewnie wiedzą. Mieszkań nie dostaną tylko ci z brukowców i pism katolicko- narodowych. A i tak piszą podania. Hucie ich krytyka jest na rękę. To podkreśla kierunek, w którym idzie dzielnica. A wiesz, skąd się wziął obecny miesiąc skandynawski?
- Mamy miesiąc skandynawski?
- Nie słyszysz tego szwargotania po ulicach?
- No rzeczywiście, jakby więcej się słyszało germańskich języków.
- Dwa miesiące temu z Balic i Pyrzowic otwarto nowe połączenia do Skandynawii. Moda na muzykę i film z drugiej strony Bałtyku to nie przypadek. Przegląd Strinberga też. Oczywiście wszystko dozowane w małych dawkach, by się nie zdewaluowało. By napędzić snobów. Nawet mi zaproponowano napisanie sztuki. Żeby akcja działa się podczas przyjacielskiego skręcania mebli z Ikei.  
- Dobry pomysł. – Nawet się uśmiechnąłem. – I co? Napisałeś?
- Noooo… – zaczął się wykręcać całym ciałem – najpierw nie chciałem. Potem sobie pomyślałem, że to dobre tło. Ale zaczęli naciskać. A co to ja jestem! Tekściarz tego dupka z końca korytarza? Jak on się nazywa?
- Kto?
- No ten, ostatnie drzwi na naszym piętrze. Śpiewa w telewizji, teraz słynny przebój ma. „Odlecę w górę w siną dal”, jakoś tak leci. I w serialu gra. Justyna, moja koleżanka, mówi, że wynajęli mu mieszkanie, bo chłopak bardzo chciał być artystą, takim prawdziwym, mówił, i trzepią go tu z kasy nieźle, ale mu się podoba. A, że prawie co dzień jest w Fakcie, to Hucie PR nakręca za darmo. To prosty chłopak jest.
Posiedział do końca puszki. Ponarzekał niehutniczo, powspominał niehutniczo, uniósł za sobą niehutniczy pesymizm.