Chodźcie, idziemy

Janusz Rudnicki
Chodźcie, idziemy
  • W.A.B
    Warsaw 2007
    123 × 195
    192 strony
    ISBN: 978-83-7414-282-3

Bohater nowej prozy Janusza Rudnickiego wraca z Niemiec do rodzinnego Koźla, nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić, z nudów smaruje sobie twarz czarną pastą do butów, wywołuje go na klatkę schodową listonoszka, zatrzaskują się drzwi do jego mieszkania, wybuch gazu niszczy jego blok, zresztą w całej Polsce źle się dzieje, bo raz po raz w różnych miejscach wybucha gaz; bohater wraz z innymi pozbawionymi dachu nad głową ludźmi tuła się po Polsce i Niemczech, przeżywając dziwaczne przygody… Rudnicki wymyślił historię, składającą się z ciągu groteskowych i absurdalnych sytuacji, raz śmiesznych, to znowu strasznych. W gruncie rzeczy jednak książka traktuje o sprawach jak najbardziej poważnych. Po raz kolejny autor Mojego Wehrmachtu zmierzył się z problemem – posłużę się określeniem Zbigniewa Kruszyńskiego – „ludzi przemieszczonych”, którzy wyjechali z kraju w poszukiwaniu własnego miejsca i wciąż tkwią w – jak stwierdza Rudnicki – „w szpagacie”, pozbawieni zakorzenienia i pewności, zmagający się z rozchwianą tożsamością. Chodźcie, idziemy jest także opowieścią o polsko-niemieckich traumach, o historii, która wciąż odciska swoje piętno na teraźniejszości, o katach, którzy stają się ofiarami, i ofiarach, które stają się katami. Rudnicki skreślił prozę smutno-śmieszną, przejmującą, a do tego brawurową stylistycznie. Co tu kryć, mało kto potrafi tak zakręcić frazą, jak autor Chodźcie, idziemy.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Iść po te zakupy, czy nie? A jak rozpozna mnie ktoś? Ale kto? Kto miałby? Ledwo com wrócił i okna rozpakował, żeby mi hołota z sąsiedniego bloku przez walizki nie zaglądała, do firanek. A poza tym samotnym przecież, jak teraz te białe moje zęby u lustrze, które nagle, po raz pierwszy, kontekst straciły twarzy, mojej.
Dlatego zdziwiłem się na dzwonek u drzwi, ki diabeł?
Otwieram te drzwi. Listonoszka. Pochylona, szuka czegoś w torbie, a w ustach kwiatek trzyma. I dysząc, przez kwiatek mówi. że
– ta cholerna winda znowu zepsuła, dobry!
– Dobry.
odpowiadam, a ona nagle jak wryta, i jej oczy też. A kwiatek leci w dół, bo jej górne i dolne wargi co raz dalej od siebie. To co? To oglądam jej zęby, pełne plomb i drutów, i myślę naprzód o drzwiach, potem o zasiekach, potem o wagonach towarowych, którymi niesie mnie zaraz na wiadomą rampę, innymi słowy, poddaję się asocjacjom jak bezwolna szmata, i tak mi czas leci jakoś. Nie nudzę się, tyle przynajmniej. Aż w końcu ona,
– to pan?!
pyta, bo widzieliśmy się już wczoraj, na klatce, przedstawiłem się, bo wróciłem, i mieszkam sobie sam, proszę pani, samotny biały żagiel na trzydziestu metrach kwadratowych powierzchni. Mówię,
– to ja, nie poznaje pani? Biały żagiel...
– Też mi biały,
ona, a ja zaraz przypominam sobie, o czym zapomniałem.
– Och, myśli pani o mojej twarzy? To od gazu w łazience, papierosa chciałem przypalić i żona w tym czasie ciepłą wodę w kuchni odkręciła.
– Pan jest żonaty?
ona na to, a jaka zdumiona!
– Nie,
ja na to, słowami swymi jeszcze bardziej zdumiony. Jaka żona?
– Nie, nie,
powtarzam, powtarzam.
– to żart, oczywiście, sam sobie odkręciłem wodę w kuchni i u tym czasie papierosa przypaliłem w łazience...
Zdania w jedną, ja w drugą. Niedrożność przełyku, korek, tama. Jej oczy wybałuszone na mnie, a moje na nią, bo się tak samo sobą jak ona mną dziwiłem. I tak stoimy. A próg nas dzieli. I ten kwiatek, co spadł.
Aż ona przestępuje w końcu z jednej nogi na drugą. Nachodzi się przecież, bolą ją. Ruch nóg uruchamia pozostałą część jej ciała, wraca do siebie i mówi,
– czuć tu coś gazem. Paczkę dla pana sąsiada mam, ale pana sąsiada nie ma w domu, mógłby pan jako sąsiad sąsiada paczkę odebrać, sąsiadowi?
– Mógłby. Mógłby chętnie. Odbiorę.
Mam podpisać, że odebrałem, ale
– gdzie? Na czym?
Ona, że
– może na ścianie?
Próbuję raz, drugi, na ścianie, długopis nie chce.
– Tusz uciekł. Trzeba pionowo, pisać, wie pan? Poziomo nie.
Zamyślam się. Podział na pisanie bajecznie prosty. Zamyślam się głęboko tak, że Listonoszka machać musi mi ręką przed oczyma, żeby wyciągnąć mnie na powierzchnię.
– Halo! Dzień dobry! Tu jestem.
– Pionowo, mówi pani?
– No.
– To może pani wejdzie do środka, bo tu nic ma jak, długopis trzymać pionowo.
– Nie, nie, zaraz tu coś...
Rozgląda się, ja się rozglądam, aż w końcu
– niech pan podpisze szybko, schylę się,
mówi, i zaczyna się schylać, na co ja, że
– może ja się schylę, żeby pani nie fatygować.
Jej oczy znowu robią się duże.
– Ja mam odebrać paczkę, czy pan? Chce się pan podpisać na własnych plecach?
mówi do mnie powoli, niepewnie, i wpatruje się we mnie tak, że czuje się tak, jakby przed nią stał kto inny. A nie ja.
– No to niech się pani schyli,
powiedziałem, no to się schyliła, jakoś tak tyłem do mnie, a wyszedł wtem na to z mieszkania Sąsiad z lewej, kiedy witaliśmy się, powiedział mi, że pamięta mnie jeszcze, jak sikałem do piaskownicy, wyszedł ten Sąsiad więc i wtedy taką głupią jakąś lubieżną minę zrobiłem, że niby tkwię sobie w tej listonoszce po uszy, hic et nunc, na co Sąsiad w jakiś taki znak zapytania się zamienił, na co Listonoszka głowę w moją stronę obróciła, po czym pisnęła dziko, widząc mnie lubieżnym, i obraziła się, po czym wyprostowała, ale to z miejsca! A Sąsiadowi wyleciała siatka z ręki, a z siatki wyleciały mu butelki na kaucję, prosto na ziemię, i zbiły się! I Sąsiad nie mógł tchu złapać, aż złapał i pyta.
– kim pan jest?
Wtedy przypominam sobie znowu o tym, o czym zapomniałem, że twarz swoją pastą do butów wysmarowałem, szyję też, i uszy, i mówię.
– och, myśli pan o mojej twarzy?
Mówię,
– to od gazu w łazience, papierosa chciałem przypalić i żona w tym czasie ciepłą wodę w kuchni odkręciła.
– Pan jest żonaty?
on na to, a jaki zdumiony!
– Nie, nie, to żart, oczywiście, sam sobie odkręciłem wodę w kuchni...
Na co Listonoszka, że ma tego dość, idzie, i że zostawia sąsiadowi zawiadomienie o paczce w drzwiach, i poszła, a Sąsiad? Nic, stoi tylko z otwartymi ze zdumienia ustami, a mnie przecież plomby hipnotyzują, więc znowu niesie mnie po wagonach... Ach, cóż to za porządek, tu! Szkło leży, on stoi, ja stoję, może miotełkę przyniosę? I szufelkę? Ale skąd? Nie mam przecież, niczego jeszcze nie mam, ledwom wrócił, więc on przyniesie, jak najbardziej, nie ma o czym mówić, w końcu to on opuścił, no ale przeze mnie, mówię, nie ma o czym mówić, przyniesie i już. Poszedł i wrócił, z dużą miotłą, bo małej nie miał, i szufelką. I chce zamiatać. Nie ma mowy, ja pozamiatam, on przyniósł, ja pozamiatam. I zamiatam. On stoi, ja zamiatam. Kwiatek widzę, ten, który wypadł Listonoszce z ust. Kwiatek zamiatać? Wątpliwości mam. pytam,
– kwiatek zamiatać? To tak, jakby ustrzelić kaczkę i zjeść ją z nabojem. Potrzyma pan?
– Potrzymam. Trochę tu gazem czuć. Ten kwiatek jest sztuczny, to od Słupnika.
Listonoszka dzisiaj urodziny ma i jak co roku Słupnik usadza jej kwiatek do swojej skrzynki.