Ćwiczenia z utraty

Agata Tuszyńska
Ćwiczenia z utraty
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2007
    145 × 207
    240 stron
    ISBN: 978-83-08-04099-7

Ta historia zdarzyła się naprawdę: książka Agaty Tuszyńskiej jest głęboko poruszającym dokumentem choroby i śmierci jej męża. Pisze się takie teksty zawsze z pewnym wahaniem: czy należy już, na świeżo, przed obliczem literackiej publiczności, odsłaniać coś, co jest głęboko intymnym przeżyciem, dla nikogo z zewnątrz właściwie w swojej grozie niedostępnym. Odpowiedzi na takie pytanie autorka książki udziela za swymi poprzednikami i brzmi ona na pozór banalnie: - Pisz o tym, bo jesteś pisarką! Mieści się w tym przekonanie, że pisarz to ktoś taki, kogo obowiązkiem jest właśnie: odsłaniać i odziewać w słowa przeżycia o charakterze krańcowym i granicznym.
Opis śmiertelnej choroby Henryka Dasko, jest więc książką napisaną dla tych, którzy będą w takich zdarzeniach uczestniczyć zarówno w roli chorych, jak i tych najbliższych umierającemu. Jest przewodnikiem po piekle, a jednocześnie wezwaniem, by nie składać broni i nie poddawać się, aby stanąć do walki o każdy dodatkowy tydzień czy miesiąc życia. Można spytać: czy to sensowne, skoro walka jest beznadziejna, a trwanie w chorobie wiąże się z cierpieniami i poniżeniem. Na to pytanie autorka udziela odpowiedzi niejednoznacznej, bo osobistej. Jej wersja brzmi: trzeba walczyć wbrew wszystkiemu, przeciwstawiając się sugestiom płynącym ze statystyki medycznej i doświadczenia lekarzy. Nie chodzi tu o proste przedłużanie życia o kolejne dni, ale o dążenie, aby ono zamknęło się w kształt możliwie pełny i sensowny (szalona z punktu widzenia lekarzy podróż Henryka do Polski w przededniu śmierci jest sensowna jako domknięcie życia). Domknięcia domaga się także historia miłości, która staje się pełna dopiero wtedy, kiedy przechodzi przez najwyższą próbę, domaga się krańcowego poświęcenia.
I jeszcze jedna sprawa. Henryk Dasko był polskim Żydem, wygnanym z kraju po marcu 1968. To wygnanie uważał – obok śmiertelnej choroby – za największą tragedię swego życia. Poprzez wszystkie stacje jego męki możemy obserwować, jak niesłychanie bliska była dlań polska kultura i literatura, jak ważni byli przyjaciele i krajobrazy z młodości, jak w niedoli podtrzymywało go recytowanie polskiej poezji. Książka jest więc nienatrętnym, ale niesłychanie silnym aktem oskarżenia przeciw tym, którzy spowodowali ostatni wielki exodus Żydów z Polski.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Świat choroby, imperium choroby. Tak ją powinnam opisać. Planeta. Choroba jako nieznany ląd. Miejsce tymczasowe. Zawsze zdrowieliśmy. Ciężko chorowali i umierali inni.
Powtarzam. Byliśmy zdrowi, nigdy nie mogliśmy i nie chcieliśmy pozwolić sobie na luksus choroby. Teraz choroba jest wyrokiem. Jest zawieszeniem poprzedniego życia, może życia w ogóle. Choroba jest utratą, krzywdą. Zaprzecza NAM, sile woli i sile miłości.

Przynależymy jednocześnie do świata zdrowych i chorych – pisała Susan Sontag. W naszych ziemskich paszportach wbito obie wizy. Jednym dano przywilej zamieszkiwania planety zdrowych. Dla nich to naturalne. Tak było z nami. Odwiedzaliśmy czasem kraj choroby, ale rzadko, z konieczności, pospiesznie. Żeby jak najszybciej się zeń wydostać. Każdorazowa wizyta, choć krótka i z perspektywą powrotu, wydawała się nam upokorzeniem. Ciała odmawiały posłuszeństwa. Dręczyły nas gorączka, kaszel, wysypki i połamane kończyny. Chcieliśmy uciekać. Uciekać do siebie, do ojczyzny zdrowych, gdzie wszystko jest możliwe.
Nigdy nie zatrzymaliśmy się dłużej w kraju choroby, nie musieliśmy. Nie zostaliśmy tam zesłani ani wygnani. Nie braliśmy pod uwagę takiej ewentualności – przymusowej emigracji do świata chorych.

Życie przerośnięte tkanką choroby. Jej atak niszczący wszystko. Wybuch. Dynamit. Nie ma miejsca na boczne drogi. Rozsadziło od środka nasz niespełniony los. I wszystko, co mieliśmy – co mamy – stało się ostateczne. Nie będzie więcej, nie tak jak było. Podróże, ubrania, gesty, obietnice już się nie powtórzą w kształcie sprzed diagnozy. Piosenka Cohena I am your Man, krawat Armaniego, skórzane fotele Porsche, książka Konwickiego, wrotki nad jeziorem, żółte tulipany, odurzające lilie na przywitanie, wszystko inne, inaczej. Nie ten smak. Posmak popiołu.

Szpital stał się miejscem życia, nie jak dotąd miejscem szybkich, ukradkowych odwiedzin innych.
Z choroby się wychodzi, tak uczyło doświadczenie. Tu jest inaczej. Ciągle nie mogę (nie chcę) zaakceptować diagnozy, przyznać się do tej różnicy. Zaprzeczamy chorobie. Wierzymy, że to odwracalne. Siła woli ma nam dać siłę życia.

Przeciętna wielkość naszego mózgu to 1400 cm sześciennych (półtora litra mleka, tyle samo whisky i kapuśniaku?). Mózg mężczyzny waży od 1250 do 1750 g. To czyni z najbardziej wyrafinowanego organu półtora kilograma ziemniaków albo tyle samo karkowego schabu? Podobno najcięższy ze zbadanych mózgów miał autor Rudnina, Iwan Turgieniew – ponad dwa kilogramy.
Silnie pofałdowana powierzchnia mózgu umożliwia „upakowanie” w czaszce jak największej liczby komórek nerwowych. Najważniejsza ich warstwa grubości zaledwie 2 do 3 milimetrów to kora – cortex, główny obszar przetwarzania informacji, zwłaszcza tych procesów, które wiążą się ze świadomą reprezentacją. Kora ma dużą powierzchnię (jak olbrzymie pole), by mogła zmieścić się w czaszce musi być ściśnięta, stąd pofałdowanie i bruzdy. To co w nas najważniejsze wygląda jak zmięta kartka papieru. Jest niepowtarzalne jak linie papilarne dłoni.

W operację szliśmy na oślep. Nie chcieliśmy wiedzieć zbyt wiele.

Przednia część mózgu, czyli płat czołowy zajmuje około 40% jego całości, odpowiada za cechy charakteryzujące nas jako ludzi. A więc tu jest siedziba ambicji H. i jego wewnętrznej siły, jego uroku i umiejętności przekonywania. Tu także zmagazynowana jest jego wiedza – w postaci pojęć, w związku z językiem. To wszystko ma pozostać nienaruszone. Podobnie jak wszelkie rodzaje pamięci – epizodyczna, semantyczna, proceduralna, katalogowa.

Panika odebrała mi pamięć. Przez tygodnie działałam jak w znieczuleniu. Jak marionetka z papieru poruszana siłą konieczności służenia choremu. Wykonywałam konkretne czynności, zadania, ruchy, rozmowy, działałam, przynosiłam, przebierałam, kupowałam, prałam , karmiłam. Kiedy przyszła pora rozmawiałam z rabinem o pochówku, a przedtem z wujem Jankem i Martinem o pieniądzach i uroczystości żałobnej. Czy chce być skremowany? Żydów się nie kremuje. Czy wiem? Nie, nie wiem. Wiedziałam, że chciał mieć kilka fotografii w trumnie. Trumna, skoro trumna, więc nie będzie popiołu. Jakie fotografie i kto podejmie się ich kopiowania? Cmentarz ten sam, gdzie pochowani rodzice Estery. Nie wiem, gdzie są pochowani. Zapytać. Na północy miasta. Z innymi Żydami.

Zapisać. Zapisać, żeby nie zgubić. Tak radził Miłosz. Dlaczego nie gubić? Może trzeba i warto zapomnieć. Może niepamięć mnie ocali? H. nie chce wracać w ten stan, nie chce ponownie przeżywać choroby. Robi wszystko, żeby wzmocnić nadzieję. Ma pewność, że najgorsze już za nami, że nic ostatecznego nas nie czeka. Drwi z diagnoz i statystyk. Dwa lata? Dlaczego podają tylko najgorsze przewidywania?
Jaką niezwykłą trzeba mieć siłę, by wierzyć w pokonanie niepokonywalnego? Skąd H. ją bierze? Już teraz nie ze mnie. Ze mnie można czerpać jedynie strach.