Dojczland

Andrzej Stasiuk
Dojczland
  • Czarne
    Wołowiec 2007
    125x195
    112 stron
    ISBN 978-83-7536-005-9

Osnowa fabularna tej książeczki – śmiesznej, a zarazem melancholijnej - jest prosta: od kilkunastu lat Andrzej Stasiuk jako pisarz odbywa tury objazdowe po krajach niemieckojęzycznych. Czyta, odpowiada na pytania, wraca do hotelu, rano wsiada w pociąg, idzie na spotkanie, czyta, odpowiada na pytania, wraca do hotelu…
Można pomylić daty i miejsca - przemyślenia pozostają prawdziwsze. Niekoniecznie prawdziwe, ale z pewnością – mniej pomylone. Dlatego Dojczland to raczej zapis wrażeń i refleksji, niż dziennik podróży.
Dzięki tym refleksjom Stasiuk porządkuje kulturową mapę Europy, orientuje Europę wedle własnego centrum. Robi jednak wszystko, aby pomimo kilkunastoletnich porównań Wschodu i Zachodu ojczyzną pozostał rodzimy grajdoł. Nie idealizuje Polski – no, może odrobinę. Ale często bywa ironiczny i cyniczny pod adresem Polski, polskiej biedy, naszego zadupia, naszej drugorzędności. Stawia ją na jednej płaszczyźnie z Rumunią, ostrzega, że jedyne obszary niemieckie podobne do Polski to tereny dawnego „enerdówka“. Niby więc żadnych złudzeń, a jednak konsekwentnie pisze tak, aby nie wrócić stamtąd z kompleksem niższości. Jego książka to swego rodzaju poradnik przetrwania dla każdego, komu przytrafiłaby się podobna przygoda – czyli radykalna konfrontacja rodzimego zacofania z obcą nowoczesnością. To raczej doświadczenie z psychologii osobowości niż z geografii. Jak stwierdza pisarz: „Jazda do Niemiec to jest psychoanaliza“.
Aby nie dać się przerobić „na Niemca“, czyli zwolennika wyższości kultury Zachodu nad Wschodem, trzeba, po pierwsze, patrzeć na Niemcy jako na kraj, do którego jedzie się zarabiać. Tam – pieniądze, praca, warunki; tu, w Polsce, czyli w Rumunii - ludzie, z którymi można rozmawiać, razem być, wspólnie coś przeżywać. Po drugie: trzeba patrzeć na biedę jako prawdziwą relację między człowiekiem i rzeczą. Kiedy nam się to uda, będziemy widzieli, że w świecie dostatku ludzie stają się niewolnikami przedmiotów – wyznaczających status i zastępujących dawny splendor rodowy („Myślę, że niemiecka motoryzacja to jednak coś w rodzaju nowego Almanachu Gotajskiego“). W świecie biedy jest inaczej: tu docierają zużyte zachodnie samochody, tu ludzie potrafią używać przedmiotów już nie nadających się do użytku i nie oceniają się po stanie majątku, ponieważ wiedzą, że wszystkie przedmioty są pożyczone i przemijające. Poza tym, trzeba tęsknić, a wiadomo, że kiedy tęsknimy za Polską, czyli Rumunią, to żadna Bawaria czy inna Westfalia naszej tęsknoty nie ukoi.
Ale „Cyganie zjednoczonej Europy“, którzy przejmą od Stasiuka ten dziwny system ubiezpieczeniowy, łatwo mogą popaść w schozofrenię: zarabiać tam i tęsknić, żyć tu i narzekać – to karkołomne zadanie dla emocji i psychiki. Dlatego Stasiuk dodaje do systemu autoironię – tarczę przed pytaniem o prawdę. Autoironia nikomu nie pozwoli odkryć, czy to tylko rola, czy też prawdziwy konflikt uczuć. Autoironia pozwala łudzić się, że stosunek do Zachodu może być cyniczny, a tęsknota za własnym krajem – autentyczna.
Kiedy Stasiuk chwilami odsłania maskę, kiedy mruga do nas okiem i mówi, że ten tekst o „Cyganach zjednoczonej Europy“ to tylko taki greps dla zachodniej publiczności, odkrywamy coś jeszcze. To mianowicie, że Prawdziwa kondycja wschodniego barbarzyńcy to właśnie rozdarcie powodowane przez dziedzictwo topornie wyciosanych kategorii – przez stężałe stereotypy, które każą wybierać między kulturą materialną i duchową, między wygodą i wiernością, między społeczeństwem obojętnym i społeczeństwem życzliwym.
Kto nosi te kategorie i te podziały w głowie, zawsze będzie rozdarty: mieszkając na Zachodzie będzie tęsknił za „Rumunią“ i swoimi „Cyganami“, a przebywając wśród swoich, będzie marzył o tamtym świecie. Jedynym lekiem na owo rozdarcie jest ustawiczna podróż – z Połland do Dojczland. I z powrotem.

- Przemysław Czapliński

Fragment

No tak. Znowu zeszło na politykę, a tego chciałbym bardzo uniknąć. Ostatnimi czasy nacisk polityczny w Polsce nieco się nasilił. Rządzą tacy, którym się wydaje, że poza polityką nie ma życia. Dla nich zresztą rzeczywiście nie ma. Niby tacy sprytni i odważni, ale jak mieli do Niemiec pojechać, to jeden dostał sraczki ze strachu. Zdaje się, że prezydent. „Dolegliwości gastryczne” – tak to ogłosili ludowi w telewizji i gazetach. Na szczęście kolej rzeczy jest taka, że ci od polityki gdzieś zaraz przepadną, a my, lud, zostaniemy, ponieważ lud nie dostaje sraczki z byle powodu. W każdym razie chciałem powiedzieć, że chociaż jestem Polakiem, to na spotkania, na które jeżdżę, przychodzi chyba inny procent niż ten z sondażu. Tylko parę razy zdarzyło się, że ktoś wstawał i pytał dramatycznie: „Kiedy w końcu wasi homoseksualiści nabędą pełnię praw?”. Wtedy równie dramatycznie odpowiadałem: „Ten dzień jest już bliski”. Albo pytano: „Kiedy w końcu przestaniecie kraść nasze samochody?”. Odpowiadałem zgodnie z własnym przekonaniem: „Raczej nieprędko”. Przecież nie będziemy kradli ruskich. No, ale to były incydenty. Na ogół mojej publiczności chodziło o literaturę. Przychodzili posłuchać i potem już nie pytali o homoseksualizm, feminizm i tak dalej. Nie pytali nawet o Jedwabne. Naprawdę słuchali tekstu. Słuchali, jak myśli kogoś obcego brzmią w ich języku, a ja zastanawiałem się, na ile te myśli mogłyby być ich własnymi. Zastanawiałem się, czy niemiecki przybliża mnie do nich, czy oddala, czy po niemiecku moje słowa i myśli są tak samo dziwne i nieznane jak mój kraj, czy też wręcz odwrotnie. Siedzieli w ciszy i bez ruchu po kilkadziesiąt minut. W ich słuchaniu było coś nieustępliwego, coś ostatecznego. Tutaj nie było żartów. Tutaj Luter tłumaczył Biblię. Słowo w Niemczech to poważna sprawa. Kto wie, może nawet mnie udzielała się ta powaga? Może sam zaczynałem traktować poważniej to, co napisałem, tym bardziej że w niemieckim przekładzie było o jedną czwartą dłuższe. We Fryburgu trzeba było trochę uważać ze słowiańską beztroską, a we Friedrichshafen powściągać autoironię. W niektórych miejscach były bilety. Oni wszyscy, ci ludzie z miast, miasteczek, czasami wręcz ze wsi, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi przychodzili, by czegoś się nauczyć, by zdobyć jakąś wiedzę, by wyrobić sobie pogląd. Niewykluczone, że przychodzili sprawdzić, czy nie kłamię. Albo po to, by zbadać, czy moje człowieczeństwo jest podobne do ich człowieczeństwa. Albo też po to, by zaspokoić potrzebę obcowania z odmiennością. Patrzyliśmy na siebie z zainteresowaniem podszytym niepewnością. Dla wielu z nich, może dla większości, byłem pierwszym Polakiem, jakiego widzieli w życiu. W dodatku nie byłem ani robotnikiem rolnym, ani budowlanym, ani mitycznym złodziejem uprowadzającym na wschód beemki i mercedesy. Oni też byli moimi pierwszymi Niemcami. W końcu tak naprawdę jedyni Niemcy, których znam, to moi czytelnicy. Znam jeszcze paru innych, ale to nie są Niemcy, tylko znajomi albo przyjaciele. Poza czytelnikami nie poznałem żadnych. Jeśli oczywiście nie liczyć pasażerów pociągów, podróżnych na dworcach i lotniskach. Ich widywałem częściej niż czytelników i widywałem ich więcej, ale niewiele o sobie wiedzieliśmy. Ja miałem tę przewagę, że wiedziałem, kim są. Oni natomiast nie wiedzieli, kim jestem ja. Mogli podejrzewać, że nie jestem jednym z nich, mogli podejrzewać, że jestem na przykład wysokim Turkiem, ale nie mogli zgadnąć, kim jestem naprawdę. Natomiast ja patrzyłem na nich i wiedziałem: jesteście Niemcami. Wszyscy, prawie wszyscy w pociągach i na dworcach. Miałem o nich tę zasadniczą, podstawową wiedzę, której oni nie mogli mieć o mnie. Czułem się jak szpieg. Obserwowałem ich, rozmyślałem o nich i – gdy miałem nastrój – robiłem nawet notatki. Wnikałem w ich niemieckość. Jechałem srebrnym ICE z Dortmundu do Berlina, sączyłem jima beama, bazgrałem w notesie, patrzyłem na zielone równiny, na lesiste wzgórza Harzu i mogłem do woli rozmyślać o niemieckości. O Fryderyku I Barbarossie i o wspomnieniach mojego ojca, który pamiętał z dzieciństwa, że we wsi stacjonowało wojsko i żołnierze swój przydziałowy chleb wymieniali na mleko i byli dobrzy. Także wieś nawet żałowała, gdy któregoś świtu odeszli – to był czerwiec 1941, wieś leżała nad samym Bugiem. O samochodzie DKW, którym jeździł mój wujek, a potem o jego P70 – niewykluczone, że to były pierwsze ślady niemieckości, jakie pojawiły się w moim życiu, chociaż chyba nawet nie miałem pojęcia, że DKW i P70 są niemieckie. To były po prostu pierwsze auta, którymi jechałem. Po drodze z Heilbronn do Frankfurtu mogę o tym wszystkim rozmyślać w kosmicznym wagonie ICE i przyglądać się jednocześnie pasażerom, jak ciągną za sobą walizki na kółkach i w skupieniu wpatrują się w elektroniczne wyświetlacze w poszukiwaniu swoich miejsc i rezerwacji. Przesuwają się ostrożnie ze śmiesznie zadartymi głowami. Czasami przymykam lekko oczy i wtedy ich sylwetki stają się niewyraźne, rozmyte. Na miejscu obok, jeśli nie jest zarezerwowane, kładę jakieś rzeczy, bo nie chcę, by ktoś się dosiadł. Wcale nie pragnę ich bliskości. Chcę, by ich postacie mieszały się z moimi myślami, ze wspomnieniami o samochodach wuja i z opowieściami mojej babki: Już miała umrzeć, już stała pod ścianą, ale oficer z jakiegoś powodu się rozmyślił, schował pistolet i poszedł sobie. Chcę, by nałożył się na to rozmazany prędkością pejzaż ze strzelistymi wieżami na horyzoncie i niewyraźne obrazy starych miasteczek o czerwonych dachach, chcę, żeby to wszystko wymieszało się i zamieniło w jakiś zrozumiały obraz: Moja babka pod ścianą własnego domu, srebrny ICE, Axel z termosem kawy na drezdeńskim dworcu, Klaus Kinski w Fitzcarraldo, Bruno S. w Stroszku, chleb za ciepłe, świeżo udojone mleko, pięćset tysięcy używanych golfów na polskich drogach, bitwa pod Grunwaldem, starzy ludzie w Polsce powtarzający jak automaty: „Panie, za Niemca to był porządek”, napisy na murach w moim powiatowym mieście: „Gdyby Hitler żył, byłaby praca”, a do tego jeszcze „Meine liebe Augustin” oraz „Śmierć jest mistrzem z Niemiec…”.