Poeta rozmawia z filozofem

Adam Zagajewski
Poeta rozmawia z filozofem
  • Zeszyty Literackie
    Warszawa 2007
    210 × 135
    145 stron
    ISBN: 978-83-60046-85-2

Nowy tom szkiców Adama Zagajewskiego o naturze pisania, o związkach literatury z filozofią i historią, o sobie i innych, o Miłoszu i Herbercie, Gombrowiczu i Cioranie, Máraim i Kertészu. Tytuł tego zbioru – Poeta rozmawia z filozofem – wzięty został z tekstu o korespondencji Zbigniewa Herberta i Henryka Elzenberga. "Jest to bardzo dobry tytuł dla całej książki – pisze zachwycona recenzetka - bo nastrój rozmowy przepaja wszystkie teksty tu umieszczone. Są one sprawozdaniami z lektury i przemyśleń, zapisem zaskoczeń, zadumy. Motywem tej rozmowy są rozważania o pisaniu, a przede wszystkim o poezji". Zagajewskiego ciekawi poezja, która "na przekór katastrofom rejestrowała, i tym samym także podtrzymywała, współtworzyła, współwytwarzała ciągłość naszego życia duchowego - owej nieustającej, dziedziczonej przez nas po minionych pokoleniach kontemplacji, kulminującej w doświadczeniu piękna i zła, czasu i dobra, transcendencji lub, dla innych, nicości, medytacji będącej czymś w rodzaju permanentnego ostrego dyżuru, bez którego człowieczeństwo w znanej nam dotychczas postaci musiałoby doznać poważnego uszczerbku".
"Nie wiem, jak nazwane zostanie miejsce, które w kulturze polskiej zajmie w końcu Adam Zagajewski" – pisze Irena Grudzińska-Gross. "Nie pasuje on do żadnej formuły, choć jest poetą i pisarzem z samego środka polskiej i europejskiej tradycji literackiej. Wielojęzyczny, erudycyjny, w wierszach pisze o muzyce i filozofii, o innych poetach, architekturze i sztuce. A jednak nie jest to poezja klasyczna, oderwana od dnia dzisiejszego; wręcz przeciwnie, dotyka codzienności, sięgają po nią ludzie w momencie trwogi. Przynosi ukojenie, mówiła o tej poezji Susan Sontag, choć nie jest to poezja konsolacyjna. Zagajewski-poeta nie ma w sobie gniewu ani obsesji, jest jednak zdecydowany i stanowczy. Czytanie go to nie jest walka, a rodzaj rozmowy, która uzależnia".

Fragment

Pisać na komputerze. Czy to coś zmienia? Pisać gęsim piórem, wiecznym piórem, ołówkiem... Pierwsze maszyny do pisania: ogromne czarne dinozaury, ozdobione złotymi napisami, dziś ozdoba restauracji czy lokali bankowych. Moje odkrycie maszyny do pisania: mój ojciec, inżynier i profesor politechniki, posługiwał się często maszyną. Niekiedy, gdy przygotowywał książkę (na tematy techniczne) czy podręcznik, prosił o pomoc mamę, która mozolnie przepisywała tekst zupełnie dla niej niezrozumiały. Lubiłem wtedy patrzeć na nią — w okularach, skupiona, była kimś innym niż zazwyczaj. Ale ojciec sam wpisywał ołówkiem wzory matematyczne, skomplikowane jak zapisy DNA.
Myślę, że pisarze dzielą się na tych, co lubią swój charakter pisma, i tych, co go nie znoszą (a także na tych, co piszą ładnie, i tych, co brzydko — a jednak te dwa podziały nie pokrywają się całkowicie). Mnie w każdym razie nigdy się nie podobało moje pismo ręczne. Wskutek tego, lub odwrotnie, nie wiem, co tu jest przyczyną, a co skutkiem, nigdy nie przepadałem za fizyczną czynnością pisania, pokrywania papieru czarnym lub niebieskim wężykiem pisma. Nie rozkoszowałem się czernieniem papieru, jak mówią Francuzi i jak lubił też mówić Jerzy Stempowski, wybitny eseista. Odkrycie maszyny do pisania mojego ojca było dla mnie czymś epokowym. Ojciec zgodził się, żebym od czasu do czasu ćwiczył pisanie na jego maszynie. Na początku szło mi to bardzo kulawo, używałem tylko jednego palca, potem dwu. Często metalowe prowadnice czcionek zahaczały się o siebie, blokowały się, musiałem je wyplątywać z tych małych katastrof. Mimo to maszyna do pisania wydawała mi się niezwykłym osiągnięciem technicznym: system dźwigni, kół zębatych, a może nade wszystko wałek pokryty gładką czarną substancją, której istotą była miękka bierność, przyjmowanie uderzeń czcionek, wałek, obracający się posłusznie i zmuszający do takiego samego posłuszeństwa kartkę papieru — wszystko to budziło mój najwyższy podziw. Oto czego dopracowała się ludzkość w pochodzie wynalazków mechanicznych, które kumulowały się wolno na przestrzeni wieków. I wreszcie pod koniec XIX wieku powstała ta wspaniała maszyna. Suchy trzask czcionek uderzających o wałek należał do dźwięków szlachetnych i zrytmizowanych. Do dzisiaj jestem właściwie przekonany, choć zdaje się nic nie potwierdza tego przeświadczenia, że maszyna do pisania jest aparatem bardziej skomplikowanym niż komputer. Jej nienaganne zachowanie... Dźwięk dzwoneczka, gdy dochodziło się do marginesu — jakby jechało się na saniach, w zimie. Chromowane, błyszczące dźwignie... Delikatny zapach oleju maszynowego... Jedno tylko przeszkadzało mi: konieczność ciągłego czyszczenia czcionek, które zbierały kurz, przylegający do czarnego atramentu.
Gdy już jako tako opanowałem sztukę pisania na maszynie, dokonałem szybko następnego odkrycia: miałem przed sobą nie anemiczny wężyk mojego nieporadnego pisma, tylko równe, okrągłe lub szpiczaste litery, ustawione w doskonałym szyku, nienastępujące sobie na pięty, trzymające się w równych odległościach od siebie, jak kompania honorowa jakiegoś małego kraju. Te literki, z których każdą kochałem, były arcydziełem grafizmu; to była już prawie książka, druk. W ten sposób maszyna do pisania przerzucała most między duszą i światem zewnętrznym, między tym, co najgłębiej prywatne, i tym, co publiczne, i to błyskawicznie, natychmiast, bez pośrednictwa redaktorów, wydawnictw, agentów literackich.
Czy komputer także buduje podobny most? Tak, oczywiście. Na początku jednak, paradoksalnie, irytowała mnie bezdźwięczność komputera. Błogosławili ją ci, co pracowali w nocy; jeden z moich przyjaciół musiał wiele już lat temu przejść na pracę na komputerze, ponieważ jego sąsiedzi w paryskiej kamienicy protestowali przeciwko nocnym hałasom. Nie mogli spać.
Łoskot maszyny do pisania oznajmiał całemu otoczeniu, że tu dzieje się coś ważnego: że tu wyzwala się energia naszego życia wewnętrznego i materializuje się na białym papierze. Kanonada czcionek uderzających o papier to były salwy tryumfalne, narodzinom nowego zdania (bo często pisałem wprost na maszynie, nawet wiersze — tylko ich wstępne wersje zapisywałem piórem, ołówkiem czy długopisem) towarzyszyły wystrzały, nieomal ognie sztuczne. Teraz, gdy posługuję się komputerem, wciąż postępuję tak samo: wstępne wersje wiersza powstają w notesie czy na kartce papieru, potem dopiero przenoszę je na ekran. A komputer z właściwą sobie dyskrecją milczy, albo prawie milczy. Słyszymy delikatne stukanie klawiatury, ale zazwyczaj wtedy tylko, kiedy chodzi o kogoś innego. W bibliotece czy w cichej kawiarni (jeśli są jeszcze ciche kawiarnie) będzie nas drażnił alfabet Morse'a cudzej klawiatury, nie naszej. Ten nam nigdy nie przeszkadza. Skoro wcześniej nie mieliśmy nic przeciwko marszowej muzyce remingtona czy olivetti... Wracając do metodologii mojego pisania: najczęściej tylko w przypadku prozy — szkiców — pracuję od początku na komputerze. Chociaż prawie zawsze posługuję się też notatkami poczynionymi w jednym z tych małych zeszycików, bez których nie wychodzę z domu. Ale słowa, które piszę w tej oto chwili, pojawiają są na błękitno-białym ekranie mojego iBooka.
Czy to coś zmienia? Czy w samej naturze pisania coś się zmienia przez to, że zamiast gęsiego pióra używamy komputera? Dla kogoś, kto przeżył za młodu miłość do maszyny do pisania, zmienia to z pewnością dużo mniej niż dla tych wszystkich, co zaczynali od pióra tylko, od pisania ręcznego. Na ogól uważa się, że dla literatury wynalazek komputera oznacza niezbyt fortunne zwiększenie produkcji, wielosłowie, nadmierną łatwość tworzenia. Czy naprawdę? Może źle to zaobserwowałem, ale wydaje mi się, że — w moim przypadku — nic takiego się nie dzieje. Dni czy tygodnie nieme, kiedy nic nie udaje mi się napisać, są równie nieme teraz, gdy czeka na mnie mój laptop, jak były dawniej, gdy na biurku stalą maszyna do pisania, a obok niej pióro, długopis, ołówek i notes. Dni dobre czy doskonałe nie stały się jeszcze wspanialsze. Dni średnie są równie przeciętne jak w dawnych latach. Niewiele się zmieniło.
Duch ludzki, niewidzialny, delikatny i niezwyciężony zarazem, musi pracować w różnych materiałach i technikach, i doskonale sobie radzi z ich nieustanną ewolucją. Skoro daje sobie radę z naszym jakże zawodnym ciałem, z palcami, ze starością i chorobą, z reumatyzmem i nerwicą, skoro zasypia wieczorem i budzi się rano, a we śnie wędruje nie wiadomo gdzie — dlaczego miałby się przestraszyć komputera?