Przezroczystość

Marek Bieńczyk
Przezroczystość
  • SIW Znak
    Kraków 2007
    124 x 195
    260 stron
    ISBN 978-83-240-0838-4

Co może łączyć poezję, architekturę i koncepcje władzy ostatnich dwóch stuleci? Marek Bieńczyk odpowiada: idea przezroczystości. Dwustuletnia historia nowoczesności – którą autor podsumowuje i żegna - zawdzięczała swoją dynamikę projektowi czynienia świata widzialnym.
Skąd jednak bierze się przezroczystość – idea nowoczesna - po końcu nowoczesności?
Odpowiedź na to pytanie jest jednym z najciekawszych wątków książki Bieńczyka. Otóż autor przekonuje, że przezroczystość – która urosła do rangi jedynej powszechnie akceptowanej ideologii – jest nieprawym dziedzicem nowoczesności. Modernizacja dążyła bowiem do wypracowania warunków pełnej kontroli nad społeczeństwem i do osiągnięcia tą drogą doskonałej organizacji. Tymczasem przezroczystość dzisiejsza jest dziwną tarczą chroniącą imperfekcję naszych instytucji. Parlamenty obradują przy włączonych kamerach, wielkie korporacje odsłaniają mechanizmy własnego funkcjonowania, zakłady produkcyjne pozwalają nam obserwować fazy wytwarzania produktu – od składników wyjściowych do towaru w sklepie. W żadnym z tych przypadków przezroczystość nie jest zaproszeniem do polepszania reguł ani też nie jest złożeniem obietnicy, że transparencja pozwoli cokolwiek poprawić – na przykład w funkcjonowaniu rządu czy w sposobach przetwarzania zwierząt w żywność. Przeciwnie: sprawy wystawione na widok publiczny zostaje zatwierdzone w swej niedoskonałości. Dlatego transparencja okazuje się przezroczystą tarczą chroniącą status quo dzisiejszego świata.
Ale Marek Bieńczyk nie poprzestaje na opowieści o przemianach myśli politycznej. Jest w jego książce jeszcze historia przezroczystości w poezji europejskiej i w architekturze, a także dzieje tej idei przeniesione na sposoby organizowania przestrzeni miejskiej. I jeszcze jedno: książka Bieńczyka to – jeśli kusić się o nazwę gatunkową – esej egzystencjalny, czyli pisanie, dla którego prywatne doświadczenie autora jest jednym z elementów samej opowieści i jednym z argumentów wywodu. Bieńczyk wplata zatem do swojej narracji wspomnienia (i zmyślenia) z własnego życia. Jako poetę od zawsze pociągała go idea napisania jednego, przezroczystego zdania, które pomieści wszystko, a zarazem będzie niematerialne. Kiedy jednak opowieść dobiega końca, poeta-narrator w miłosnym wyznaniu stwierdza, że wcieleniem wymarzonego zdania jest ukochana kobieta.

- Przemysław Czapliński

Fragment

JASTRZĘBIE W ZMROKU
O przejrzystości i przezroczystości chciałem napisać choć parę stron od dawna, od wielu lat. Przezroczystość – mówiłem sobie – wzywa mnie, drąży jak sonda, jest moja. W obcych miastach do obiadów wybierałem restauracje z panoramicznymi szybami, wieczorami zatrzymywałem się przy oświetlonych witrynach, przyjaciele zaczynali kpić, kupować mi na prezent szklane kule, powstała niezła kolekcja. Szkło było moim fiksum-dyrdum, wchodziłem do sklepów zoologicznych gapić się w akwaria, wracałem do muzeów, gdzie eksponaty (w Bolzano ten przedziwny Ötzi, zamarznięty na kość człowiek śniegu, praprzodek odnaleziony w lodowcu z kołczanem pełnym strzał) wystawiano za pancerną szybą; o Leninie i Mao Tse-tungu w szklanych trumnach wolałem zapomnieć. Pracując nad jakimkolwiek tekstem, rozrzedzałem bezwiednie konkret znaczeń, słowa uciekały od sensów, metafory gubiły idee, wszystko nieuchronnie dążyło ku abstrakcji, zza zdań prześwitywała biel. Śmiech powiedzieć, ale lubiłem klarowane zupy, jedzenie z żelatyną, ryby czy mięsa w galarecie, tymbaliki i inną podobną garmażerkę. Na ścianach w mieszkaniu wieszałem reprodukcje Edwarda Hoppera, lśniły za szkłem jak zbyt tanie odpustowe obrazki.
Lubiłem Hoppera, tak jak inni lubią wspomnienia. Kiedyś to przeżyłem, tak już kiedyś było; w fantazjach i w wierszach stawałem się bohaterem kolejnych obrazów, tym facetem w oszklonej werandzie, wpatrującym się w bezkresny horyzont, tamtym kawiarnianym gościem spoglądającym przez szybę na pustą ulicę. Niekiedy wplątywałem w te fantazje Olgę; gdy o tym mówiłem, irytowała się, więc szybko milkłem. Oczywiście (wyobrażałem sobie) bywaliśmy przede wszystkim Nighthawks, Jastrzębiami Nocy, ptakami ciemności, nocnymi markami, ćmami po zmierzchu, gdy siadywaliśmy w oszklonych barach, pustoszejących o północy jak gniazda po wiośnie; sączyliśmy drinki o amerykańskich nazwach, Bronx, Manhattan, a przy ostatniej whisky zostawaliśmy już sami, zanurzeni w uroczystej ciszy po życiu, które stąd odleciało. Wypełniała nas jak hel; unosiliśmy się lekko nad ziemią, nad samymi sobą, skrzydlaci stróże planety, jej emisariusze w kosmicznej nocy. Czuliśmy się swobodni i bezdomni; nasza wspólnota, Olgi i moja, mogła trwać gdzieś ponad miastem i nie umierać w jego murach, lecz wydana była na błądzenie bez celu po alejach nieba, polach nad Wisłą, dzielnicowych parkach, gdziekolwiek. Nighthawks, najsłynniejszy obraz Edwarda Hoppera, coraz częściej pojawiał się na okładkach książek, na pocztówkach, a nawet na torebkach reklamowych, z których – podstawione pod anonimowe rysy gości – twarze Jamesa Deana i Marlona Brando, niekiedy Marilyn Monroe, wpatrywały się tępo we własną samotność. Trochę mnie to peszyło i drażniło, moje wyobrażenie, moje marzenie, ulubiona fotografia nas samych, tak banalnie powtórzone i rozproszone na lśniących laminatach, zamienione razem z okładką Abbey Road czy zdjęciem z budowy Chrysler Tower w dostępne w każdym markecie puzzle Gelini, rozpisywane w opowieściach wyrastających z obrazu Hoppera jak grzyby ze ściółki. Było tego dużo, nieco za dużo, zbyt często „mój” obraz pojawiał się na okładkach książek i kalendarzy dołączanych gratis do pism, których i tak już nie chciano kupować, ale też godziłem się z tą powszechną fascynacją; skoro tak, skoro wzbierała w niej jakaś niewypowiedziana tęsknota ludzi, skoro mówiła o wspólnej im matrycy marzeń, to nabierała wagi. Choćby zbanalizowana i stereotypowa, opowiadała o jakimś pragnieniu, które jak głód mogło dotknąć każdego. Istniałem więc (wyobrażałem sobie) po to, by brać je na własne barki, w imieniu wszystkich prześwietlać je nad kieliszkami, nad pobrzękującymi lodem szklankami w lipcowe wieczory, nad szklankami grogu (co to, do licha, jest grog?), gdy mróz usidlał parę na oknach, wywoływał ją z ust przechodniów jak fumatę biankę dla nowej, zimowej religii.
Znałem deklamacje innych. Tyle drżących głosów próbujących utrzymać obraz Hoppera na wiotkich barkach wierszy, przetoczyć po nich jego kruchą kulkę. Topiły się w półcieniach tej nocy, wybrzmiewały szybko pozostawiając pojedyncze słowa jak ślady spojrzeń. „Tani zapach gardenii”, którą Sue Standing wyczuła na szyi kobiety w czerwonej sukni; „patroni życia”, których Samuel Yellen dostrzegł w całej trójce gości; wieść o kolejnym zwycięstwie aliantów, którą Ira Sadoff dosłyszała z niewidzialnego na obrazie radia; prowadzone przy barze strzępy rozmów o wojnie, Hemingwayu i Fitzgeraldach, które doszły uszu Susan Ludwigson, gdy pisała swój wiersz z charakterystycznym dla amerykańskiej poezji wyliczeniem prozaicznych szczegółów, stygnąca kawa, cztery solniczki na ladzie, samochód z pewnością zaparkowany w pobliżu, ach, i przecież, tam, przy tym barze, to jej rodzice, teraz spierają się o American Dream... Wszystkie te wiersze, i więcej, całe powieści (francuskie, angielskie) wyrosłe z Nighthawks, wzbite na ich skrzydłach, były wzruszająco nieistotne jak Ziemia widziana z Księżyca; ktoś patrzył z ich wnętrza na kawiarnię Phillies, na jej przezroczystą bryłę i usiłował przyswoić sobie widok; po czymś coś mówił, coś szeptał, opowiadał własne małe życie, swój taniec ćmy przed żółtym światłem wnętrza. Patrzył; światło za szybą, łagodna Meduza, przykuwało wzrok, odbierało oczy, tak jak odebrać można rozum; szyba oddzielała słowa od jaźni, opadały po tej stronie i nikły w ciemności.
Czuliśmy ten ciężar spojrzeń od lat skupionych wokół i oczy Olgi (wyobrażałem sobie) stawały się chwilami tak poważne i otchłanne, że nie dorastałem do ich brzegów. Patrzyła za wszystkich, jak ze stanowiska, wysłana na jaskółkę masztu, na najwyższe gniazdo, podczas gdy mnie trawiła jeszcze pokusa długiej opowieści. Widziała od razu więcej, może majestatyczną ciszę pranocy, nieruchomość ciał tkwiących na taboretach jak posągi z Wysp Wielkanocnych i tę szybę wokół niczym błonę pierworodną, pod którą człowiek się ukształtował, lecz nie zdecydował żyć i zastygł od razu w wiecznej, tępej, zbędnej gotowości podtrzymywanej szklankami taniego burbona; podczas gdy ja szukałem jeszcze utożsamień z ich losami, z samotnością jednego, z rozmową pozostałych (o tym, że na Harolda nie można liczyć, że Rangersi nigdy nie zdobędą mistrzostwa), z myślami barmana o ciężkim dniu, który znowu minął, z owym nocnym New Yorkiem z wczesnej wiosny 1942 roku, gdy wyczekiwanie wydarzeń po ataku na Pearl Harbor oczyszczało ulice, żłobiło jeszcze bardziej głębię nocy, naprężało powietrze w szklanej kawiarni Phillies tak, że gesty nieruchomiały na paru centymetrach i samotność trójki gości podkreślała smutek ciał wobec siły wyższej, wobec wielkiego nadchodzenia wojny.
Tyle szyb, tyle okien, tyle szklanych drzwi postawionych zostało przez Edwarda Hoppera, że gdyby zebrać je wszystkie razem, do siebie dodać, świat wydałby się przecięty na pół przez nowy Wielki Mur, który dzieli go na dwie strony, przetacza się przez miasta, wyrasta nagle wokół przydrożnych hoteli, zagubionych wiejskich domów, prowadzi swą niewidzialną szklaną serpentynę obramowaną tu i ówdzie framugami, ościeżynami, ostrzami ściągniętych do połowy zasłon i kurtyn. Po którejkolwiek staniemy stronie, zapatrzeni w pokoje, sale, komnaty skryte za szybami czy – odwrotnie – z ich wnętrza zapatrzeni w ulice, domy, niebo, czeka nas nieokreślona tęsknota: albo za życiem, które dzieje się w danej chwili, blisko, bliziutko czasu, że aż się o niego ociera, trzeszczy w jego szwach, bo oto założona kartka w książce, otworzony list, uniesiona filiżanka, wyjęta z szuflady teczka, albo za bezruchem, którego się czas nie ima, podkradającym się z zewnątrz pod nasze pokoje, wzywającym ku światłu południa, ku neonom nocy, pokrywającym przejrzystą ciszą nerwowe brzmienia dnia.