Pociąg do życia wiecznego

Jerzy Pilch
Pociąg do życia wiecznego
  • Świat Książki
    Warszawa 2007
    320 stron
    125 x 200
    ISBN: 978-83-247-0720-1

Począwszy od roku 1994 Jerzy Pilch publikuje w odstępach 2-3 letnich wybory swoich najcelniejszych felietonów, których pierwodruki ukazały się na łamach prasy. Pociąg do życia wiecznego gromadzi teksty ogłoszone w latach 2002-2006. W nocie dołączonej do książki znalazła się informacja, że tworząc aktualny wybór, autor umyślnie zrezygnował z tekstów o literaturze i futbolu (dwu fenomenach szczególnie mu bliskich), ponieważ planuje umieścić pominięte felietony w kolejnej książce.
W Pociągu do życia wiecznego można wyśledzić dwie dominanty tematyczne. Pierwszą z nich są – szeroko rozumiane – sprawy publiczne, związane z bieżącą polską polityką, a zwłaszcza z życiem partyjnym, którego Pilch jest ironicznym obserwatorem i komentatorem. Ten rodzaj felietonowej pasji można by nieelegancko nazwać żerowaniem na gafach, niezręcznościach i zwykłej głupocie klasy politycznej. Druga – zdaje się, że ważniejsza – dominanta tematyczna to sprawy poniekąd osobiste, na ogół osadzone w żywiole wspomnieniowo-nostalgicznym. Tutaj najwięcej mówi Pilch o swoim samopoczuciu, o lekturach i wydarzeniach artystycznych, które szczególnie go poruszyły, o ważnych dla niego spotkaniach z nietuzinkowymi postaciami.
Jerzy Pilch uchodzi za niedoścignionego mistrza współczesnej polskiej felietonistyki, autora niezwykle przenikliwego, operującego subtelnym, wyrafinowanym dowcipem. Teksty zgromadzone w Pociągu do życia wiecznego dowodzą, iż na ów mistrzowski tytuł w pełni zasługuje.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Kolejnym przejawem szerzącego się na ziemiach polskich faszyzmu sanitarnego jest zbliżający się wielkimi krokami i z tryumfem w mediach ogłaszany całkowity zakaz palenia papierosów w pociągach InterCity. Z odpowiednich ankiet przeprowadzonych przez PKP wynika, za takim zakazem opowiada się osiemdziesiąt procent podróżnych. Dla palaczy fakt, że w pożałowania godnej epoce zdrowego (i przez to wiecznego) życia mają aż dwadzieścia procent poparcia, jest niemałym honorem - niemniej zdrowa większość ma, jak zwykle, miażdżącą przewagę nad chorą mniejszością. Nałóg - jak powszechnie wiadomo - jest chorobą, ale chorobą dwuznaczną, chorobą zawinioną, chorobą ekscentryczną; chorobą wprawdzie w tradycyjnym sensie nie zakaźną, ale w sensie istotnym wielokroć gorszą od zakaźnej - buchające od palacza dym i fetor trują ze skutkiem natychmiastowym wszystkich w pobliżu - słowem, nie jest to choroba, której ofiary miałyby jakieś szansę ubiegania się o status czy przywileje osób niepełnosprawnych. Wręcz przeciwnie: przestrzeń palaczy jest wszędzie unicestwiana, palarnie z prawdziwego zdarzenia dawno zostały zmiecione z powierzchni ziemi; to, co jest: jakieś upokarzające „miejsca do palenia" na zapleczach kibli - też powoli znika.
Z InterCity znikną przedziały dla palących, nastąpi chwalebna zdrowotna urawniłowka. Wsiądę do pociągu Warszawa - dajmy na to - Wrocław i przez przeszło pięć godzin nie będę palił, nie będę skazywał na bierne palenie siedzącego w kącie dobrze zbudowanego bliźniego mego, który na tak długiej trasie wzmacniał się będzie chlebem z aromatycznym smalcem, bułką z samym zdrowiem buchającą wiejską kiełbasą, który skorupami z jajek na twardo zaścielę podłogę, a lukrem z pączków uświni siedzenia; będę siedział spokojnie i mówił sobie: nic się nie dzieje, bierne jedzenie nie jest szkodliwe, na razie uczeni amerykańscy nie doszli do takich odkryć, psychiczna presja się nie liczy, nic się nie dzieje. Z tęsknoty za papierosem nosem pociągnę żałośnie, mój niepalący, zdrowy i dzięki temu pałający empatią bliźni zaproponuje mi „najlepszy na katar ząbek czosnku", odmówię, on „w takim razie profilaktycznie" dwa wciągnie. Jak popiwszy posiłek życiodajną fantą, jak beknąwszy i podłubawszy w zębach, pocznie się szykować do spoczynku, jak buty zżuje i nogi na sąsiednim siedzeniu relaksacyjnie wyciągnie - mogę mieć -nie będę ukrywał - kryzys. Odczekam, aż oczy zamknie, i chyłkiem przemknę do toalety, i tam, papierosy wydobywszy, zapalę, i świadom, jakie rygory łamię, zajaram z całą desperacją. Nie mam złudzeń. Ledwo dwa razy się zaciągnę - błękitny dym mego papierosa porazi subtelne nozdrza, zagrożony rakiem bliźni ocknie się, kierownictwo pociągu wezwie, przyjdą i w drzwi załomocą. Pięćset - będzie mnie moja tytoniowa swawola kosztowała.
Nie snuję żadnych tandetnych grotesek - wszyscy mieliście takie podróże, wszyscy jechaliście przez Polskę z upiorem w przedziale - jak nie był to monstrualny żarłok, to było to niewinne dziecko z trzema lodami Magnum i workiem chipsów w garści, jak nie był to urodzony gawędziarz morderca, to była to spowita w obłok zmysłowej wody Masumi piękność wierna stylowi i kosmetykom z lat 70. minionego wieku. Jak nie zmuszali do biernego świadkowania ich konsumpcji, to zmuszali do biernego słuchania przeważnie - tak się jakoś dziwnie w polskich pociągach składa - spiskowych opowieści. Jak nie gazowali przedziału oparami chłopskiego jadła, to go dezynfekowali ruskimi perfumami. Ale na Boga! Było gdzie uciekać! Póki były przedziały dla palących - było się gdzie przed tymi postrachami PKP ewakuować!
Przedziały dla palących (zwłaszcza w pierwszej klasie) to nie były zwyczajne getta dla palaczy - to były azyle, to były oazy spokoju i wolności! Ileż razy w tych, rzekomo skażonych, miejscach szukali ocalenia niepalacze! Ileż razy my, palacze, widząc panikę i śmierć w oczach jakiegoś po godzinie jazdy do cna znękanego pasażera, przygarnialiśmy go i - przynajmniej na czas, gdy dochodził do siebie, a nieraz i dłużej - powstrzymywaliśmy się od palenia! A i potem podróżowaliśmy w zgodzie i harmonii! Czasem jakiś zdrowuch przechodził korytarzem, kroku przyspieszał, nos zatykał; raz spojrzał w naszą stronę, potem ani, ani - przedział samobójców lepiej omijać z daleka.
Kilkanaście lat temu byłem w samym sercu pewnego amerykańskiego stanu, który był jednym wielkim polem kukurydzy, w środku tego pola był wielohektarowy park, chodziłem tam wieczorami, siadałem na ławce, zapalałem papierosa; z odległego lasu wyłaniali się biegacze, stawali na mój widok jak wryci, potem zmieniali trasę i obiegali mnie gigantycznym, wielokilometrowym łukiem; prawie traciłem ich z oczu, ale w ciszy zupełnej słyszałem, jak ostrzegają się wzajemnie panicznymi zawołaniami: Smoke! Smoke! Smoke! Mniejsza o to, jaki angielski zwrot nasuwał mi się w odpowiedzi - tęskniłem za ojczyzną. Dziś w wiadomej sprawie nie ma nawet gdzie z ojczyzny wyjechać - faszyzm sanitarny szerzy się wszędzie.
Palenie jest oczywiście szkodliwe i może prowadzić do śmierci, jednak nadzieja niepalących, że będą żyć wiecznie, jest złudna. Palenie zabija, tak jak kiedyś zabijał na przykład absynt, wątpię wszakże, by ofiary absyntu - jakby piły co innego - do dziś żyły w zdrowiu. Nawet jakby piły wyłącznie niegazowaną nałęczowiankę.